Psy.pl

reklama

Wyszukiwarka

Obaszar wyszukiwania
Zapisz się do naszego newslettera

Zapisz się do serwisu

Obaszar logowania się do serwisu

Forum

Tagi

Pan w pracy, pies pod opieką

Bartosz Soja

20-12-2006

Mój Pies: 1/2007 (184)

strona: 24

Pracownicy psiego przedszkola w San Diego od poniedziałku do soboty zajmują się 60 psami. Czworonogi mają własny telewizor i płyty z muzyką relaksacyjną

Pierwszy razem ze swoją panią przyjeżdża Zorro, pięcioletni łaciaty kundelek. Już przed siódmą rano poszczekuje, drapie w drzwi i merda ogonem. Nie może się doczekać, kiedy wejdzie do środka.

Tuż po nim w towarzystwie swoich opiekunów zjawiają się kolejno: czarny jamniczek Miki, owczarek niemiecki Rocky, pudel Babe i kilkadziesiąt innych psów. Tom Brynie wita się z każdym, odpina smycze i wpuszcza czworonogi do pokojów zabaw. Małe idą na prawo, większe na lewo. - Zapraszam do środka. Śmiało, nie bój się. Nic ci nie grozi, no, może tylko to, że za chwilę zostaniesz wylizany - mówi do mnie Tom, próbując się przecisnąć między psami.

Wychowują, szkolą, bawią
- I tak jest przez sześć dni w tygodniu od ośmiu lat. Uwielbiam się witać z tymi pieskami - mówi Tom Brynie, właściciel Camp Diego Canine Daycare Center - miejsca, gdzie zapracowani mieszkańcy San Diego oddają pod opiekę fachowców swoich pupili na czas nieobecności w domu. Pytam Toma, czy to takie psie przedszkole. - I tak, i nie - odpowiada. - Nie przyjmujemy wyłącznie młodych psów. Nawet staruszki świetnie się tu czują. Spójrz na Sarę - Tom wskazuje dłonią rudawą spanielkę. - Ma dziesięć lat. A mieliśmy też starszych wychowanków - dodaje.

- Zajmujecie się także wychowaniem psów? - To jest odpowiedź „tak” na pytanie o psie przedszkole. Wychowujemy, szkolimy psy i bawimy się z nimi. Nie jesteśmy jedynie przechowalnią czy hotelem - mówi Tom.

Wszyscy pracownicy Camp Diego, a jest ich w sumie 12, zanim podjęli pracę, brali udział w kursach prowadzonych przez psich szkoleniowców. - Z wykształcenia jestem psychologiem, a moja żona Pat, z którą prowadzę Daycare - fizykoterapeutką. Wcześniej pracowaliśmy w miejscowym szpitalu. Sporo musieliśmy się nauczyć, ale się opłaciło - wspomina właściciel Camp Diego i podchodzi do witryny z książkami, które traktują o opiece nad psami.

- Zanim otworzysz taki biznes, musisz dowiedzieć się wszystkiego o rasach i ich zwyczajach. Nic nie może cię zaskoczyć - mówi Tom. - Weźmy takiego setera irlandzkiego: potrzebuje dużo ruchu, ale za to nie jest agresywny w stosunku do obcych psów. Z kolei terier łatwo się przywiązuje do człowieka, ale trudniej mu nawiązać koleżeńskie stosunki z innymi czworonogami... Teraz pokażę ci, gdzie przebywają nasi podopieczni.

Uwaga: psy!
Tom wstaje zza biurka, wyłącza komputer. Idziemy krótkim korytarzem. Z daleka dobiega szczekanie. Na ścianach wiszą dyplomy i zdjęcia. Te pierwsze to wyróżnienia przyznawane co roku przez radę miejską San Diego najlepszym ośrodkom zajmującym się całodzienną opieką nad zwierzętami. Reszta to fotografie championów, medalistów różnych wystaw. - Wszystkie te czworonogi były naszymi wychowankami - chwali się Tom. - Nadal mamy kontakt z ich właścicielami, którzy wyprowadzili się do innych stanów. Zbliżamy się do drzwi. Szczekanie jest coraz głośniejsze. Be aware of dogs! (Uwaga: psy!) - ostrzega napis. Wchodzimy. - Przywitajcie naszego gościa z Polski - namawia podopiecznych sympatyczna pani w okularach. To Suzanne, jedna z opiekunek i szefowa psiej kuchni. Pokaźne stadko psów już biegnie w moją stronę. Pierwszy dopada mnie brązowy kundelek Pat. Przyjaźnie merda ogonkiem i aż się prosi, by go pogłaskać. - Mogę? - pytam nieśmiało. - Oczywiście. Nic ci nie grozi. Znam te psy na wylot - mówi Suzanne. - To pokój, w którym odpoczywają - wyjaśnia Tom. - Mają nawet telewizor, a po południu puszczamy im muzykę relaksacyjną. Nie masz pojęcia, jak je to uspokaja... - dzwonek telefonu przerywa opowieść Toma.

60 psów na 370 metrach
Pałeczkę przewodnika przejmuje Suzanne. Dowiaduję się od niej szczegółów dotyczących funkcjonowania domu dziennej opieki dla psów w San Diego, m.in. o obowiązujących ograniczeniach dotyczących liczby zwierzaków mogących tu przebywać. Wynikają one z powierzchni budynku i terenów do niego przyległych. Ponieważ wynosi ona 4 tys. stóp kw. (371,6 mkw.), Camp Diego może przyjąć maksymalnie 60 psów. Na tyle bowiem zezwalają przepisy federalne sformułowane przez Animal Care - amerykańską organizację rządową zajmującą się ochroną zwierząt.

Suzanne, która pracuje tu od 1996 roku, wspomina początki: - Przejęliśmy budynek po klinice weterynaryjnej. Upewniliśmy się w ratuszu, czy na pewno możemy zmienić jego przeznaczenie i urządzić w nim psie przedszkole. Odpowiedziano nam, że tak. Problemy zaczęły się dwa miesiące po otwarciu. Właściciele sąsiadujących z budynkiem warsztatów samochodowych zaczęli się skarżyć, że psy zbyt głośno szczekają. Sprawa trafiła do sądu i ciągnęła się do października 2006 roku! Dopiero wtedy dostaliśmy oficjalnie pozwolenie na prowadzenie działalności i potwierdzenie, że przez te wszystkie lata działaliśmy legalnie.

Pieniądze - dodatek do pasji
W czasie, gdy Suzanne opowiadała o burzliwej historii Camp Diego, wspólnie przygotowaliśmy lunch dla psiaków. Trzeba mieć nie lada głowę, żeby spamiętać, co który z nich lubi, a czego jeść nie może. Każdy dostaje swoją porcję w osobnej misce. Inna karma dla psów dużych, inna dla mniejszych. Sucha dla tych, które opuszczają przedszkole wcześniej. Coś z puszki dla pozostających w nim do wieczora. No i witaminy. Zdrowie wychowanków jest przecież najważniejsze.

Zastanawiam się, ile taka przyjemność musi kosztować: opieka, szkolenie, jedzenie... Z informatora, który Tom dał mi w biurze, wynika, że na dzień pobytu zwierzaka trzeba przeznaczyć 35 dolarów. Jeśli zapłacimy z góry za tydzień lub za miesiąc, możliwa jest kilkunastoprocentowa zniżka. Jak na realia Stanów Zjednoczonych nie jest to stawka wygórowana, pytam więc, czy to dochodowy biznes. - Miesięcznie na wszystkie opłaty i pensje pracowników wydajemy około 35 tysięcy dolarów. To spora suma. Działamy na granicy opłacalności, ale nie to się liczy. Wszyscy kochamy psy i nie pracujemy tu tylko dla pieniędzy, ale dlatego, że to lubimy - mówi Suzanne.

Smycze z klamerkami
Zanosimy posiłek do pomieszczeń, w których już za chwilę odbędzie się uczta. Po drodze moją uwagę zwracają dziesiątki smyczy z przypiętymi do nich klamerkami, na których wypisano imiona psów. - Musimy jakoś odróżnić smycze - tłumaczy Suzanne, widząc moją zdziwioną minę. - Inaczej już pierwszego dnia każdy wyszedłby nie w tej, w której się u nas pojawił.

Po dłuższej przerwie ponownie dołącza do nas Tom, który zabiera mnie na wybieg dla czworonogów. Mam mieszane uczucia. - Trochę małe to podwórko jak na tyle psów - mówię otwarcie. - Faktycznie - ze smutkiem w głosie stwierdza właściciel Camp Diego. - Staramy się, by psy bawiły się tu oddzielnie: najpierw te większe, później maluchy. Poza tym nasi opiekunowie potrafią świetnie zorganizować im czas. Do tego stopnia, że popołudniami, kiedy już pora wracać do domu, trudno niektórych z naszych podopiecznych dobudzić - śmieje się Tom, którego znów ktoś odwołuje.

Slalom na podwórku
Tym razem zostaję z Kate, wychowawczynią psiego przedszkola, specjalistką od socjalizacji psów i ich szkolenia. To, co mi opowiada i co sam obserwuję, potwierdza słowa Toma. Zwierzaki mimo małej przestrzeni nie czują się na podwórku skrępowane. - Można tu przeprowadzić ćwiczenia, a nawet zorganizować tor przeszkód. Wystarczy przestawić ławkę, ustawić kilka tyczek - twierdzi Kate. - Najważniejsza jest jednak możliwość przebywania z sobą. Treningi ruchowe i zabawy, które proponujemy naszym wychowankom, są tak dobierane, by psy mogły się jak najlepiej integrować i poznać. Jesteśmy jednym z niewielu miejsc w San Diego i okolicy, które oprócz opieki nad zwierzętami oferuje również ich socjalizację - przekonuje Kate.

Zaznacza też, że nie każdy czworonóg zostanie do Camp Diego przyjęty. - Nie mają u nas szans psy ras potencjalnie niebezpiecznych, takie jak rottweilery - zapewnia. One wymagają szczególnej uwagi. Niestety zdarza się, że także przedstawiciele łagodnych ras czy kundelki zostawią ślady swoich zębów na dłoni opiekuna lub zawarczą na innego czworonoga. W takich sytuacjach psa izoluje się na pewien czas w osobnym boksie, a potem przez kilka dni obserwuje. Gdy takie zachowania się powtarzają i działania wychowawcze nie przynoszą rezultatu, zwierzak nie może się więcej pojawić w Daycare. Jeśli właściciel opłacił pobyt z góry, pieniądze są zwracane.

Zgubiła ich pazerność
Pojawia się Tom, przynosi złe wieści. Jamniczek Miki ma biegunkę i trzeba go zawieźć do lekarza. Niestety, ja też muszę wyjść. Umówiliśmy się bowiem, że moje odwiedziny są możliwe tylko pod okiem właściciela. - Widzisz, jak to u nas jest, każdy w biegu - mówi Tom. - Pociesz się, że wszystko, czego się dzisiaj dowiedziałeś, masz za darmo. Ja dziesięć lat temu zapłaciłem za tę wiedzę cztery tysiące dolarów. Na tyle bowiem wycenili informacje właściciele pierwszego psiego przedszkola w Stanach Zjednoczonych w Saint Louis. Pięć lat temu splajtowali. Widać zgubiła ich pazerność. W tej branży pieniądze nie są najważniejsze. Przekaż to wszystkim, którzy chcą otwierać psie przedszkola w Polsce.


Raczkujące przedszkola

W Polsce miejsc, w których ktoś fachowo zaopiekuje się naszym psem, gdy jesteśmy w pracy - podobnych do tych istniejących w Stanach Zjednoczonych - jeszcze nie ma. Niektórzy dog sitterzy przyjmują pod swój dach kilka psów, co przypomina nieco daycare. Cena za godzinę pobytu wynosi od 2,5 do 5 zł i zależy od wielkości i charakteru psa.

Kinga jest praktykantką w lecznicy weterynaryjnej, miała dotąd pod opieką do sześciu psów naraz. Twierdzi, że nie było z nimi problemów - szybko znalazły wspólny język. Kiedy pojawił się klient z agresywnym czworonogiem, nie przyjęła go. Kinga zapewnia psom całodzienną opiekę i pielęgnację. Karmę zwykle przywożą właściciele.
Joanna Snopkiewicz (www.soskotipies.pl) od wielu lat opiekuje się czworonogami. Nie tylko wychodzi z nimi na spacer, ale także pielęgnuje je, troszczy się o ich wygląd, zdrowie i wychowanie. Teraz zamierza otworzyć psie przedszkole. - Znalazłam już odpowiedni lokal, tuż przy dużej lecznicy. Przyjmować będę wszystkie psiaki - zapowiada. - Podzielę je na grupy wiekowe, by starsze mogły wypoczywać, a młodsze się bawić. Zagwarantuję odpowiednią dawkę ruchu, opiekę weterynaryjną i wszystko to, czego zażyczy sobie właściciel.

Bartosz Soja

Oceń artykuł

Twoja ocena:

Średnia ocen:

0.0
dodaj swoją opinię Komentarze: Opinii użytkowników: 0