Psy.pl

reklama

Wyszukiwarka

Obaszar wyszukiwania
Zapisz się do naszego newslettera

Zapisz się do serwisu

Obaszar logowania się do serwisu

Forum

Tagi

Kraty przyjazne psom

Bartosz Soja

20-10-2008

Mój Pies: 11/2008 (206)

strona: 28

Pies, który zza krat schroniska trafia za kraty więzienia, jest szansą dla przebywających tam więźniów i sam od nich dostaje szansę na lepsze życie

Jeff jest więźniem zakładu karnego w miejscowości Lee na Florydzie. O tym, za co go skazano, nie chce mówić. Wstydzi się swojej przeszłości. Chętniej rozmawia o tym, co będzie robił za trzy lata, kiedy dobiegnie końca jego dziesięcioletni wyrok. - Zostanę wolontariuszem w schronisku dla psów. Będę je szkolił. Więzienie nauczyło mnie miłości do zwierząt - zapewnia Jeff, który nim trafił za kraty, nie miał do czynienia z psami. Skąd się więc wzięło to uczucie do czworonogów?
Podobnie jak siedmiu innych więźniów Jeff bierze udział w opracowanym przez biuro szeryfa w Lee programie szkolenia psów. W jego ramach odbywający karę zajmują się czworonogami z okolicznych schronisk. Po przeszkoleniu zwierzęta są przekazywane osobom, które potrzebują psa przewodnika czy asystenta. - Z programu wszyscy czerpią korzyści. Z jednej strony ci, którzy potrzebują wyszkolonych, umiejących się zachować w różnych sytuacjach psów,
a z drugiej więźniowie, dla których praca z czworonogami jest doskonałą formą resocjalizacji - tłumaczy sierżant Dominic Debattee z biura szeryfa, które zajmuje się koordynacją programu od 2004 r. W Stanach Zjednoczonych taka forma resocjalizacji jest bardzo popularna - trudni się nią kilkanaście organizacji pozarządowych.

Psy pańskie
Pierwsza taka organizacja - The Prison Pet Partnership Program - powstała w Tacomy w stanie Waszyngton na początku lat 80. XX w. Pomysł jej założenia zrodził się w głowie siostry dominikanki Pauline Quinn. Jej historia posłużyła za scenariusz filmu „Within these walls”.
W rodzinie Pauline Quinn przemoc była chlebem powszednim. Ojciec wykorzystywał córkę seksualnie i katował. Uciekła więc z domu, ale wpadła w złe towarzystwo. Po wielu perypetiach trafiła do szpitala sióstr dominikanek, by urodzić tam swoje poczęte w wyniku gwałtu dziecko. Zakonnice przejęły się jej losem. Gdy Pauline oddała córkę do adopcji, wynajęły jej pokój, znalazły pracę w szpitalu i - co stało się punktem zwrotnym - podarowały jej suczkę owczarka niemieckiego Joni. To ona pomogła Pauline pozbierać się psychicznie. - Bezwarunkowa miłość, którą obdarzyła mnie Joni, była czymś najcenniejszym, co mi się przytrafiło - mówi Quinn, która po kilku latach wstąpiła do zakonu dominikanek. Tak oto jej historia splotła się z nazwą zakonu, którą ironicznie tłumaczy się jako Domini canes - Psy pańskie.
Siostra Quinn wpadła na pomysł zorganizowania terapii z udziałem psa dla więźniarek z zakładu karnego Gig Harbor. - Skoro Joni wyprowadziła mnie na ludzi, może także pomóc innym - twierdziła. Był rok 1981, kiedy dogadała się z naczelnikiem więzienia, że raz w tygodniu będzie przychodzić z Joni, by kobiety mogły się z suczką pobawić i pospacerować. Wkrótce sam naczelnik poprosił ją, by odwiedzała zakład częściej, bo obecność psa ma dobry wpływ na więźniarki.
Spotkaniami zainteresował się dr Leo Bustad, dziekan wydziału weterynarii Uniwersytetu Stanowego w Waszyngtonie, i wraz z siostrą Quinn stworzył pierwszy w Stanach Zjednoczonych program, w ramach którego więźniowie uczestniczyli w zajęciach z czworonogami. Takie były początki The Prison Pet Partnership Program. W ciągu kilku lat nabrał on takiego rozpędu, że okazało się, iż chętnych jest więcej niż wolontariuszy z psami. Nawiązano więc kontakt z lokalnymi schroniskami. - Zwykle prosimy o przekazanie nam szczeniąt, bo im młodsze zwierzę, tym szybciej i efektywniej można je wyszkolić - tłumaczy koordynator szkoleń w PPPP Grace VanDyke.

Tu paragraf się nie liczy
W Lee więźniowie szkolą psy raz w tygodniu przez dwie godziny. - W programie uczestniczy tylko siedmiu więźniów - choć chciałoby cztery razy tyle - bo na więcej nie mamy funduszy - tłumaczy sierżant Dominic Debattee. Przygotowanie jednego psa, który zostanie przewodnikiem osoby niewidomej, kosztuje około 10 tys. dolarów. Składają się na to wydatki związane z zakupem sprzętu, przewozem psów ze schronisk do zakładów karnych i z powrotem itp. - Trening trwa około ośmiu miesięcy - tłumaczy koordynatorka programu. Koszty szkolenia częściowo pokrywają stanowe departamenty więziennictwa. Zdecydowana większość funduszy pochodzi jednak od darczyńców, organizacji pozarządowych i ze zbiórek.
Szkolenia psów odbywają się we wszystkich zakładach według tych samych zasad. Najpierw wolontariusze organizacji prowadzących treningi wybierają psy, które wezmą udział w szkoleniu. Następnie zapada decyzja, którzy więźniowie się nimi zajmą. - Moment, w którym poznają swoich czworonożnych uczniów, zawsze jest wzruszający. Na twarzach pensjonariuszy widać radość. Nietrudno zauważyć, że zapomnieli na ten czas, w jakim miejscu przebywają - mówi sierżant Dominic Debattee.
Praktycznie każdy więzień ma szansę na spotkanie z czworonogiem. - Nie chcemy nikogo dyskryminować. Nie kierujemy się ani długością wyroku, ani paragrafem. Niejednokrotnie psimi trenerami zostawali ludzie, którzy mieli na koncie ciężkie przestępstwa - mówi sierżant Debattee. O tym, czy dany więzień będzie szkolił psy, czy też nie, decydują dwa pierwsze spotkania - na ich podstawie można określić, czy między nim a czworonogiem zadzierzgnie się nić porozumienia. - W ciągu sześciu lat, kiedy pracuję jako koordynator, nigdy się nie zdarzyło, by ktoś zrezygnował ze szkolenia czy okazał się nieodpowiedni - mówi Grace VanDyke z PPPP.

Po wolność do więzienia
Podczas zajęć zawsze są obecni wolontariusze reprezentujący organizację oraz osoby, dla których psy są szkolone. Profesjonalni trenerzy służą pomocą, ale większość więźniów szybko doskonale sama sobie radzi. - Nasze rady potrzebne są zazwyczaj podczas kilku pierwszych spotkań. Weterani programu tak opanowali techniki szkoleniowe, że nie potrzebują już pomocy. Niektórzy wychowali po kilka psów. Gdyby znajdowali się na wolności, śmiało mogliby pracować jako psi trenerzy - mówi Grace VanDyke.
Carol Blakley, matka częściowo sparaliżowanej dwudziestodwuletniej Ashley, przyjeżdża z córką do Gig Harbor od czerech miesięcy. - Trafiłyśmy do więzienia w poszukiwaniu wolności. Jeszcze pół roku temu Ashley była całkowicie zależna ode mnie i męża. Co prawda może chodzić z balkonikiem, ale zawsze musieliśmy być obok niej. Proszę sobie wyobrazić, jaka to udręka dla młodej dziewczyny, która nie może się nigdzie ruszyć bez rodziców. Odkąd zaczęliśmy zajęcia w zakładzie karnym, wszystko się zmieniło. Pies, z którym ćwiczy Ashley, umie przyprowadzić jej balkonik, a także zaszczekać, kiedy córka się wywróci w czasie spaceru. Wydaje się, że to niewiele, ale dla nas i dla niej to bardzo dużo - opowiada Carol.
Równie pozytywnie praca z psem wpływa na samych więźniów. Uczą się oni nie tylko technik szkoleniowych i obcowania z czworonogiem, ale przede wszystkim stają się lepszymi ludźmi. - Dla podopiecznych zakładów karnych najważniejsza jest samoakceptacja - uważa dr Leo Bustad z Uniwersytetu Stanowego w Waszyngtonie. - To stan prawie nieosiągalny dla kogoś, kto zmarnował życie i skończył w takim miejscu. Kontakt z psem pozwala odwrócić uwagę i nie rozmyślać nad przeszłością. Równie istotne, a może i ważniejsze jest jednak to, że więzień, który przygotowuje zwierzę do pomocy niewidomemu czy niepełnosprawnemu, czuje, że jest komuś potrzebny, a przez to odnajduje cel w życiu i akceptuje swoje nowe ja.

Pies na nową drogę życia
Najtrudniejsze chwile więźniowie przeżywają, gdy po ośmiu miesiącach szkolenia muszą się rozstać z czworonożnymi podopiecznymi. Zdarza się jednak, że więzienna przyjaźń ma ciąg dalszy.
Erica za cztery miesiące skończy odsiadywać swój piętnastoletni wyrok. Z psami pracuje w więzieniu od pięciu lat. Ostatniego pupila, mieszańca charta o przepięknej pręgowanej sierści, zaczęła szkolić pół roku temu. Leif, bo tak się wabi psiak, do tego stopnia zawrócił jej w głowie, że zawsze, gdy wychodziła na przepustkę, jeździła odwiedzać go w schronisku. Nie uszło to uwagi wolontariuszy z PPPP. - Od momentu, kiedy Erica zaangażowała się w nasz program, zawsze przywiązywała się do psów. Widzieliśmy, z jakim zapałem podchodziła do pracy i jaką przyjemność sprawia jej przebywanie z czworonogami - mówi Grace VanDyke. W uznaniu zasług organizacja The Prison Pet Partnership Program zaproponowała Erice, by po odbyciu kary Leif zamieszkał z nią, a ona sama podjęła pracę w PPPP. - To będzie dla mnie prawdziwy początek nowego życia - mówi Erica. - Nic lepszego nie mogłabym sobie wymarzyć.

Bartosz Soja

Oceń artykuł

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5.0
dodaj swoją opinię Komentarze: Opinii użytkowników: 0