Psy.pl

partnerzy serwisu

                                                      

Obaszar logowania się do serwisu
Obaszar wyszukiwania
szukanie zaawansowane

POLECAMY

Chcesz wiedzieć więcej? 

Przeczytaj artykuły, które polecamy!

CZYTAJ

Kącik adopcyjny

150 alaskan husky, 50 ton i 4 dni

Robert Czulda

17-11-2008

Mój Pies: 12/2008 (207)

strona: 66

Gazy bojowe, artyleria, karabiny maszynowe - tak w 1914 r. myśleli o nowoczesnej wojnie oficerowie walczących armii i twierdzili, że psy na nic się w niej zdadzą. Szybko jednak zmienili zdanie

Choć naczelny wódz armii francuskiej marszałek Joseph Joffre wycofał wszystkie psy z frontu w 1914 r., to właśnie podczas wielkiej wojny przeszły one prawdziwy chrzest bojowy. Pomysły na to, jak korzystać z ich pomocy, ograniczała tylko wyobraźnia. Armie wszystkich krajów biorących udział w wojnie szkoliły psy wartownicze, kurierskie, transportowe, rozpoznawcze. Wprowadzono do służby czworonogi - głównie teriery - pomagające walczyć w okopach ze szczurami, które stanowiły tam prawdziwą plagę. Wykorzystywano też psy do przenoszenia gołębi, które były niezawodnym środkiem komunikacji na dłuższych dystansach. Żołnierze spragnieni papierosów mogli liczyć na to, że doniosą je na linię frontu czworonogi. Gdy zaś padali ranni, byli odwożeni do punktu medycznego przez... psie ambulanse - dobierane specjalnie silne zwierzaki ciągnęły dwukołowy wózek, na którym spocząć mogło nawet dwóch żołnierzy. Inne psy transportowały karabiny maszynowe, lekkie armaty lub zaopatrzenie. W czasie jednej z akcji 150 alaskan husky w ciągu zaledwie czterech dni dostarczyło walczącym aż 50 ton zaopatrzenia.

Kompan ostatnich chwil
Najwięcej było psów sanitarnych. Podczas zaciętych walk natarcie często się załamywało, a na pasie ziemi niczyjej - między siłami wroga a własnymi pozycjami - znajdowali się uwięzieni żołnierze. Wielu z nich potrzebowało natychmiastowej pomocy. Sanitariusze mieli trudności z dotarciem do nich
- pomóc mogły im tylko psy. Pracowały głównie nocą. Szkolono je tak, by potrafiły odróżnić rannego od zabitego. Jeśli pies natrafił na martwego żołnierza, czołgał się dalej, aż znalazł rannego. Ten mógł skorzystać z przytroczonej do szyi lub pleców zwierzaka menażki z wodą lub podstawowych leków i bandaży. Często jednak się zdarzało, że świadomy zbliżającej się śmierci żołnierz wtulał się w psa - jedynego kompana w ostatnich chwilach życia. Dopiero gdy umierał, pies ruszał dalej. Do takich czworonogów należał Prusco, który podczas jednego z nieudanych ataków pomógł odnaleźć stu francuskich żołnierzy. W raportach można przeczytać, że przeciągał nieprzytomnych, by ukryć ich w lejach po bombach. Jednak nie sposób ocenić stopnia wiarygodności tych informacji - mogły mieć one charakter propagandowy i służyć wzmocnieniu morale żołnierzy.
Wiadomo jednak, że psy odnajdywały nieprzytomnych żołnierzy. W takiej sytuacji czworonóg miał za zadanie zabrać jakiś element wyposażenia żołnierza - hełm, czapkę czy strzęp munduru - by następnie po zapachu łatwiej ponownie odnaleźć potrzebującego pomocy, sprowadzając sanitariusza. Jeden z takich psów - Captain - w ten właśnie sposób pomógł jednego dnia ocalić aż 30 francuskich żołnierzy. Z kolei w armii niemieckiej wyposażano psy w krótkie smycze; jeśli zwierzak trzymał smycz w pysku, oznaczało to, że znalazł rannego (dziś szkoli się psy tak samo, używając tzw. bringseli).

Sanitariusze airedale terriery
Psy sanitarne należały do najbardziej odważnych i przydatnych w I wojnie światowej. Jedną z historii tych czworonogów spisał w 1918 r. Malcolm C. Grow, amerykański chirurg walczący u boku Rosjan na froncie wschodnim. Był on świadkiem akcji z wykorzystaniem trzech przeszkolonych do wyszukiwania rannych airedale terrierów. Miały odnaleźć grupę ciężko rannych żołnierzy, którzy utknęli kilkadziesiąt metrów od niemieckich pozycji. Cierpieli nie tylko z powodu ran, ale także z zimna. Zdecydowano wysłać patrol składający się z trzech psów. W pewnym momencie opiekun rzucił komendę. „Psy znikły w mrokach wśród ziemi niczyjej” - wspominał Grow - „nie było ich przez długi czas. Pomyślałem, że zgubiły drogę lub jakaś zbłąkana kula zakończyła ich misję”.
Po kilkunastu minutach wrócił pierwszy pies, trzymając coś w pysku. Gdy jeden z żołnierzy chciał zabrać tajemniczy przedmiot, zwierzak warknął i odskoczył. Był wyszkolony tak, aby oddać zdobycz tylko swojemu opiekunowi. Ten pojawił się po chwili, a pies bez wahania oddał zakrwawioną czapkę jednego z rannych żołnierzy. Był to jasny sygnał, że odnalazł kogoś żywego. Niezwłocznie wysłano psa z przewodnikiem oraz dwóch sanitariuszy z noszami. Panowała zupełna ciemność i tylko dzięki czworonogowi czołgający się wśród zasieków z drutu kolczastego żołnierze wiedzieli, w którą stronę mają się kierować. W końcu dotarli do właściciela czapki. „Kula przebiła czaszkę, a żołnierz był nieprzytomny” - relacjonował Grow - „nie było jednak wątpliwości, że pies przyniósł jego czapkę”. Rannego unieruchomiono na noszach i pod osłoną nocy przeniesiono do punktu sanitarnego. Tej nocy udało się odnaleźć i uratować 14 rannych.

Meldunek w 10 minut
Dramatyczne były wojenne losy psów kurierów i psów wartowniczych. Rola tych pierwszych była ogromna, gdyż podczas I wojny światowej nie istniał żaden sprawny system łączności, oprócz bardzo zawodnych linii telefonicznych. Rozkazy wysyłano więc za pośrednictwem kurierów. Pies miał tę przewagę nad człowiekiem prześlizgującym się przez linię frontu, że trudniej było go trafić, umiał poruszać się w ciemnościach i nie gubił tak łatwo drogi. Wykonywał średnio około dziewięciu kursów, zanim został ranny lub zginął.
Jedna z akcji, w której uczestniczyły psy kurierskie, miała miejsce w Belgii, gdzie batalion został okrążony i odcięty od swojej armii - Niemcy przecięli kable telefonicznie, nie było też gołębi. Ostatnią szansą stał się przydzielony do batalionu pies kurierski, który mimo artyleryjskiej nawały przedostał się do sztabu i przekazał meldunek. Wysłano natychmiast posiłki i batalion został oswobodzony.
Inny czworonóg uratował Francuzów w marcu 1918 r. Oddział piechoty został zaatakowany przez przeważające siły niemieckie. Dowódca trzykrotnie wysyłał żołnierzy z prośbą o natychmiastowe wsparcie. Niestety wszyscy trzej zginęli. Zdesperowany oficer zdecydował się wysłać psa Patsou, który potrzebował zaledwie 10 minut na dostarczenie informacji. Przybyłe wsparcie uratowało życie niemal 50 żołnierzy.
Pies kurierski borykał się z wieloma przeszkodami - hukiem artyleryjskim, wszechobecnym błotem, raniącymi łapy metalowymi odłamkami, snajperami przeciwnika, zimnem, wszami i chorobami. Najgorszy był jednak gaz bojowy, którego użycie wywoływało chaos i panikę. Nawet najbardziej zaprawieni w bojach żołnierze mieli problem z zachowaniem spokoju, a co dopiero nieświadome sytuacji psy. Tym bardziej niezwykłe wydaje się zachowanie Paddy'ego - terriera irlandzkiego, który w wyniku ataku gazowego częściowo stracił wzrok. Mimo obrażeń nie wpadł w panikę i pokonał 15-kilometrowy odcinek dzielący go od sztabu.

Siedem tysięcy poległych psów
Według niezbyt szczegółowych obliczeń z 1917 r. szacuje się, że w I wojnie światowej zginęło około 7 tys. czworonogów. Pocieszające jest tylko to, że wzrosła społeczna świadomość. Wielu ludzi dostrzegło, że pies jest odważny, inteligentny, czuje i potrafi pomóc. Zmiana podejścia do psów była widoczna głównie w Stanach Zjednoczonych. W latach 1914-1917 na cmentarzu dla zwierząt Hartsdale w Nowym Jorku pochowano więcej czworonogów niż przez dwie poprzednie dekady. W 1918 r. wybudowano tam pomnik upamiętniający ich bohaterstwo. Na płycie umieszczono wyrzeźbioną w granicie figurę owczarka niemieckiego z symbolami Czerwonego Krzyża.

Robert Czulda

Oceń artykuł

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5.0
dodaj swoją opinię Komentarze: Opinii użytkowników: 0