Psy.pl

partnerzy serwisu

                                                      

Obaszar logowania się do serwisu
Obaszar wyszukiwania
szukanie zaawansowane

POLECAMY

Chcesz wiedzieć więcej? 

Przeczytaj artykuły, które polecamy!

CZYTAJ

Kącik adopcyjny

Debiut hodowcy

Kamila Brodowska

16-02-2009

Mój Pies: 3/2009 (210)

strona: 62

Jak wywrócił się do góry nogami świat właścicielki, której suczka po raz pierwszy się oszczeniła

To musi być proste, naturalne i przyjemne – przecież przeczytałam tyle książek, przeprowadziłam wiele długich rozmów i dokonałam różnych obserwacji. Owszem, będzie sporo pracy, mało spania, ale za to ogrom emocji. Tak myślałam do połowy ubiegłego roku. Wydawało mi się, że mam wiedzę, umiejętności i dystans. Okazało się, że nie. Materiał na hodowcę ze mnie marny, a dystansu i zdrowego rozsądku nie mam za grosz. Co mnie zdemaskowało? Pięć malutkich wrześniowych szczeniaczków. Pięć polskich owczarków nizinnych, dzięki którym mogę powiedzieć
– tak, jestem hodowcą. Tylko czy na to miano zasługuję? Oficjalnie tak. Posiadam osobniczkę psiej płci pięknej noszącą imię Reja, która w dokumentach ma stempelek „suka hodowlana”, zarejestrowałam w związku kynologicznym przydomek, czyli nazwę hodowli, i pomyślałam, że teraz będzie z górki. O święta naiwności moja!

Fircyk w zalotach
Zaczęło się niewinnie. Przyszły ojciec – dla przyjaciół Pączek – zajechał z fasonem pod bramę, przywitał się, pobawił i… tyle. A gdzie instynkt, ja się pytam? Reja, wyraźnie zdegustowana brakiem zainteresowania jej psiejstwem, próbowała na bezczela poderwać młodzieńca, ale nic z tego. Drugiego dnia też fircyk był wyłącznie w zalotach, bez konsekwencji. Hodowcy radzili przez telefon, że podsadzać czasami trzeba, podtrzymywać. Hm… łatwo powiedzieć, szczególnie przez telefon, więc biegałyśmy – my, właścicielki – z wypiekami na twarzy od psa do suki, licząc na to, że to coś da. Rzeczywiście coś to dało. Wskutek naszych szamańskich podskoków spadł deszcz.
Powoli tracąc rezon, domyślałam się, że to na pewno „nie ten dzień”, i w mojej głowie kiełkowała myśl, że pies może wiedzieć lepiej ode mnie. Wiedział! Szczwany lis kolejnego dnia od samej bramy przytupnął i wziął się do dzieła. Za to suka była wyraźnie zdegustowana i urażona – ona się tyle czasu zalecała i nic, a tu tak z marszu… Uradowana pierwszym sukcesem, kompletnie zapomniałam o karcie krycia, która powinna być podpisana w dniu, gdy ono nastąpiło. Zawracałam właścicielkę reproduktora z drogi do domu, żeby podpisać dokument. A że blondynki wzięły się do hodowli, to potem jeszcze karta krążyła między Kielcami a Warszawą, bo okazało się, że podpisać trzeba było w dwóch miejscach...

Cud narodzin
Będzie dobrze – powtarzałam sobie jak mantrę, podczas gdy Reja miała kolejne fale skurczów. Zaczęła rodzić w czwartek rano, kiedy ja nieświadoma niczego rozmyślałam w pracy o weekendzie, kiedy ją porządnie umyję i obetnę kudły przy pupie, oraz o cudownym poniedziałku lub wtorku, kiedy na świat przyjdą szczeniaczki. Biegłam do domu na złamanie karku – dwa pieski już ssały mleko, a ja tego nie widziałam! Kiedy udało mi się do dzielnej rodzącej dotrzeć, nie wiedziałam, w co ręce włożyć. Dobrze, że kierowana instynktem macierzyńskim Reja wiedziała, kiedy i jak usiąść czy się położyć.
Skąd ta jej wiedza? Przecież to ja miałam wiedzieć! Tak, zawsze robiła mi na złość. Kiedy targałam ją na wystawy, żeby zdobyć niezbędne oceny hodowlane (w przeciwnym razie maluszki byłyby kundelkami), ona robiła minę zranionej księżnej, stawała w ringu jak pokraka z miną sugerującą, że „ona tego nie lubi, a w ogóle to ma globusa”. A gdy jechałyśmy na prześwietlenie bioder, dzięki któremu spełniła ostatni wymóg do stania się suką hodowlaną, wytarzała się na trawniku przed lecznicą. Teraz, przy porodzie, też robi mi na złość!
Myślałam, że do pieszczoszki będzie potrzebny sztab weterynarzy i psychoanalityk, żeby ukoić jej skołatane nerwy. Tymczasem schowała dumę do kieszeni i zachowała się jak doświadczona matka rodzicielka. Mimo to wykonaliśmy mnóstwo telefonów. Do weterynarza, znajomych hodowców i przyjaciół. Ci ostatni okazali się nieocenieni. Nie mówili o liczeniu godzin od pierwszych skurczów i czasie krytycznym ewentualnego podania oksytocyny (ten środek, zastosowany w nieodpowiednim czasie, kiedy nie ma rozwarcia, może spowodować, że szczeniak nie będzie mógł się przecisnąć na świat). Mówili, jak to fajnie i żeby się trzymać.
Rejuszka tymczasem powiła trzeciego szczeniaczka, nieco mniejszego od braci i po krótkim wylizywaniu wypchnęła go nosem z gniazda. Co jest?! Okazało się, że maleńki psi chłopaczek nie oddycha! Po kilku strasznych chwilach z uchem przy telefonie i dramatycznej resuscytacji malec spragnioną mordką zaczerpnął w płucka haust powietrza i po chwili ssał już mleko.
Mama zajęła się synkami i zaczęła spokojniej oddychać. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że zostaliśmy obdarowani trzema braćmi. Żeby tak choć jedna suczka… Zanim pomyślałam, zobaczyłam, jak przez ciało Rejki przetacza się skurcz. Nie, niech już zostaną tylko chłopcy, niech już ona odpocznie, niech to będzie tylko łożysko... Łożysko zostało wyparte swoją drogą, a po nadpsim wysiłku świat ujrzał pierwszą suczkę urodzoną w hodowli. Pannica był wielka, nawet w porównaniu z największym z braci. Dostała ksywkę „Wielka Czarna”. Około północy Reja zadowolona spoglądała na swoje cztery maleństwa, ciamkające pierwsze w życiu, najbardziej wartościowe mamine mleko.
Kiedy domownicy nieco się rozluźnili i przysnęli, ciszę przerwał pisk. Wszyscy boso polecieli do czterech maluchów. Czterech? O nie, do snu układała się piątka. Ostatnim maleństwem niespodzianką była malutka sunia...

Hipnotyzujące ogonki
Dzień po porodzie był niekończącym się koszmarem. Pozwoliliśmy suce zjeść wszystkie łożyska i biedna dostała biegunki, która w połączeniu z wyciekiem z pochwy stanowiła dość pokaźną ilość śmierdzącego szlamowatego płynu. Co się udało osuszyć i uspokoić kwilące stadko, oporządzone „tyły” matki znów były całe mokre. Na dodatek Reja nie wstawała od dzieci nawet na ułamek sekundy. Leżała plackiem, dając im tyle mleka, ile tylko chciały. Przekręcała się wyłącznie w celu wylizania maleństw i znów zamierała w bezruchu, ciężko dysząc. Po porodzie to normalne – kwitowali wszyscy doświadczeni psiarze. Jak normalne? Co normalne? Że leży i wyraźnie cierpi, że jej źle na świecie, a maluchy płaczą? A ja myślałam, że najtrudniejszy jest poród…
Myśli pełne defetyzmu minęły pod koniec trzeciej doby życia piesków. Reja powoli dochodziła do siebie i wypełniał ją radosny blask matki, a maciupeńkie pieski zaczynały ładnie przybierać na wadze. Tylko ja nie traciłam formy lokalnego świra, bo to, że żyły już dwa dni, o niczym nie świadczyło. Katastrofa może się przydarzyć zawsze.
Odganiałam od siebie te myśli, gdy leżąc płasko obok gromadki, przypatrywałam się tylnym łapkom i ogonkom. Te ostatnie miały w sobie coś hipnotyzującego. Do tej pory PON z ogonem to był dla mnie taki trochę kundelek. PON-a określała jego niedźwiedzia, bezogoniasta pupka. Teraz cięcie jest prawnie zabronione – choć nierespektowane jest to prawo haniebnie – a te ogonki… żyły własnym życiem. Na legowisku było dziesięć osobowości. Kilka dni później już „zgrały się” z maluchami, ale te pierwsze wywijańce były niesamowite.

Słodycz otwieranych oczu
Pierwsze cztery doby minęły, zatem teraz będzie łatwo, przyjemnie i naturalnie. Gdzież tam! Wstawanie w nocy co dwie godziny, bo gdy tylko Reja się przekręca, to dzieciarnia wydziera się, jakby kto z nich pasy darł. A jak wyrosły z darcia pysiów, zaczęły nocne harce i darcie gazet. Szczenięta jednak odziedziczyły po mamie przeogromną łaskawość. Gazety darły co cztery godziny.
Zanim jednak swojski dźwięk rozrywanego papieru dał się wszystkim we znaki, spędziłam godziny przy szczeniaczkach, wpatrując się, jak rosną, mężnieją, nabierają ciałka i kształtów. Tak, kształtów. Nowo narodzone maluchy przypominają plamistą krzyżówkę fasolki Jaś i szparagowej. Dopiero z czasem główka, kufka, szyjka, korpus i łapki przyjmują znajomą „psią formę”. Do tego uszy kosmity, sterczące śmiesznie na boki, zaczynają rosnąć i powoli zwisać, by za kilkanaście dni utworzyć typowy „wyraz rasy”. Przez pierwsze dni są jedynie małymi antenkami, które drgają, gdy głodny delikwent ssie mleko.
Gapiłam się na te główki bez opamiętania, aż nagle zauważyłam, że na jednej z nich błyszczy jakiś koralik. Jeden z maluszków patrzył na mnie rozbrajająco mglistym spojrzeniem półotwartego oczka! Zawsze myślałam, że pieski otwierają oczka tak po prostu. Wcześniej widziałam ślepe maluchy i już zdecydowanie rozwinięte, ale nigdy nie miałam do czynienia z takimi, które dopiero zaczynają otwierać oczy. Najpierw w kącikach powieka lekko się rozchodzi, kilka godzin później widać już pół oczka, a następnego ranka wita nas pełen słodyczy zamglony wzrok. Ten wzrok nie trafia do oczu, tylko zmyślnie chwyta za trzewia i wywraca duszę człowieka na lewą stronę.
Smutek rozstania
Skoro jednak świat się zauważyło, należy go zdobyć. Jak? Najpierw trzeba nauczyć się chodzić trzy kroki. A trzeba wiedzieć, że zrobienie trzech kroków (i do tego na prostych łapkach), kiedy jest się trzytygodniowym malcem, to wyczyn. Ćwiczy się więc te kroczki, nie dając jednocześnie poznać pańci, że się ją już poznaje i specjalnie przytula tylko do niej, płacząc głośno na rękach obcych – w końcu każdy maluch udaje, że jest „taki dorosły”. Gdy już się opanuje chodzenie, zdobycie świata to furda. Wystarczy wtłuc solidnie braciom i siostrom, a potem już z górki, kroczek od czterotygodniowego szczeniaka szefa do Napoleona jest niewielki.
Po okresie radosnego brojenia przyszedł czas na pierwszy krok w dorosłość: tatuowanie. Oczywiście miałam stan przedzawałowy na samą myśl o tym. Maluchy zaledwie popiskiwały, gdy iglane wzorki odciskały się na uszkach. Następnie został wypisany arcyważny protokół przeglądu miotu dokonanego przez kierownika sekcji psów pasterskich. Maleństwa mogły mieć wyrabiane metryczki i jechać do nowych domów. Z tego wszystkiego zapomniałam pokazać na przeglądzie kilkudziesięciu stron notatek, a mam w nich wszystko, łącznie z rysunkami, jak i kiedy wybarwiały się opuszki łap i noski, dzień po dniu, wykresy przyrostu wagi i inne.
W naszym wspólnym życiu był także smutek – pierwsze rozstanie. Nagle stałam pośrodku zaledwie czworga i poczułam, że kończy się ten czas nieprzespanych nocy, wielkich emocji i nadziei. Na pełne przeżycie tego miałam zaledwie kilkanaście sekund. Pozostała czwórka wyczuła powagę sytuacji i pozwoliła mi się chwilę obnosić ze smutną miną, po czym wlazła do kompostownika, wygryzła begonię, wytaplała się w strumyczku płynącym od oczka wodnego, uwiesiła mi się na spodniach i wyżarła pieczołowicie zasadzone cebulki wczesnowiosennych kwiatów. Cóż, te rośliny bankowo na wiosnę nie wzejdą, ale po raz pierwszy, patrząc na łyse placki w ogrodzie, będziemy się uśmiechać!
Nie wiadomo, kiedy one wyrosły. Z perspektywy czasu pamiętam interwały: pierwsze ząbki, pierwsze wystawienie koszyka na cieplutkie wrześniowe słońce, spieranie się o imiona, że na A, a nie, bo na W, skrobanie pierwszego mięska, które kupiłam po godzinie grymaszenia w mięsnym.
Ani się obejrzeliśmy, a złota jesień przeminęła i wszystkie nasze maluchy, zaopatrzone w metryki, z których zostanie wyrobiony rodowód, książeczki szczepień, zabawki, smyczki, miski, szczotki i kawałki naszych serc poszły w świat. Welwet Wind, którego nazywaliśmy chuliganem, bo tłukł niemiłosiernie rodzeństwo, Witer, mały kręcioł, który potrafił zrobić pełen obrót wokół własnej osi, nie wypuszczając przy tym sutka z paszczki i nie roniąc ani kropli mleka, Wiatr… mały, słodki ulubieniec, który otarł się o śmierć, dlatego wypełniała go szalona miłość do świata, Wanta – kukułka, „Wielka Czarna”, nienasycona przylepka i Wyblinka – mała niespodzianka, która wyrasta na kopię matki…

Przed przystąpieniem do hodowli
  • Zarejestruj przydomek hodowlany w jednym z oddziałów Związku Kynologicznego w Polsce.
  • Wybierz na przyszłego ojca szczeniąt psa z oficjalnym wpisem do dokumentów „pies reproduktor”, którego właściciel jest członkiem ZKwP lub organizacji należącej do FCI.
  • Przed planowanym kryciem suki (w kraju lub za granicą) wykup w swoim oddziale ZKwP kartę krycia i uzyskaj na niej potwierdzenie krycia od właściciela reproduktora; w wypadku krycia za granicą załatw dodatkowo kserokopię rodowodu.

 

Jakie warunki musi spełnić suka
  • Być zarejestrowana w ZKwP.
  • Mieć wpisaną do rodowodu i tzw. karty sztywnej (dokumentacja w ZKwP) adnotację „suka hodowlana”; w tym celu musi zdobyć po ukończeniu 15 miesięcy w dowolnej klasie od co najmniej dwóch sędziów trzy oceny doskonałe lub bardzo dobre, w tym jedną na wystawie międzynarodowej lub klubowej.
  • Ukończyć 18 miesięcy (od tej reguły są nieliczne wyjątki).
  • W wypadku niektórych ras wymagane są np.: prześwietlenie pod kątem dysplazji, testy psychiczne, ukończony kurs szkolenia lub zaliczone konkursy polowe.

 

Po urodzeniu szczeniąt
  • Złóż w biurze oddziału ZKwP kartę krycia, kartę miotu oraz potwierdzenie wykonania tatuaży – dzięki nim szczenięta otrzymają metryki; blankiety dokumentów są dostępne w oddziałach związku.
  • Udostępnij kierownikowi sekcji miot i hodowlę do przeglądu w celu skontrolowania kondycji matki i szczeniąt oraz warunków, w których są trzymane.
  • Sprzedawaj szczenięta dopiero wtedy, gdy skończą minimum siedem tygodni i będą już miały metryki.
  • Rozlicz się z właścicielem reproduktora.
Pełen Regulamin Hodowli Psów Rasowych dostępny jest na stronie www.zkwp.pl

Kamila Brodowska

Oceń artykuł

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.2
dodaj swoją opinię Komentarze: Opinii użytkowników: 0