Pierwszym zadaniem w obedience klasy zero jest tzw. socjalizacja. To ćwiczenie, dzięki któremu sędzia sprawdza, czy pies nie jest zalękniony, agresywny. Polega ono na tym, że przewodnik podchodzi z psem do sędziego, wita się, przedstawia siebie i zwierzaka, który w tym czasie spokojnie siedzi przy jego nodze. Sędzia chwilę gawędzi z człowiekiem i głaszcze psa. Tylko i aż tyle!
Zanim zaczęliśmy treningi, Blues zazwyczaj, widząc, że zbliżamy się do jakiegoś człowieka, i słysząc moje „dzień dobry”, już kilka metrów wcześniej wyrywał się do przodu i próbował skakać, by dosięgnąć językiem twarzy tej osoby (jest mistrzem skoku wzwyż!). Na smyczy mogłam go powstrzymać, choć wybite palce i wyrwane ze stawu barki stały się moją codziennością. Gdy szedł luzem, a ja nie zauważyłam, że ktoś nadchodzi, puszczał się dzikim pędem w jego stronę, nie słysząc mojego wołania. Znajomi wywoływali większy entuzjazm Bluesa, ale i obcy byli fantastycznym obiektem takich akcji. O spokojnym przystanięciu nie było mowy.
W takich oto okolicznościach zaczęła się nasza orka na ugorze. Na treningach stopniowo uczyliśmy się, jak zrobić krok w kierunku stojącego człowieka, potem dwa kroki, potem trzy. Każdy „wyskok” Bluesa kończył się powrotem na miejsce, z którego ruszaliśmy. Muszę przyznać, że na początku najtrudniejsze było dla mnie zachowanie spokoju (jak się nie denerwować w takiej sytuacji?!) i nieustanne powtarzanie czynności (ile razy można robić to samo?!). Za którymś – setnym? – razem Blues zrozumiał, że jeśli będzie się wyrywał, daleko nie zajdzie. Za każdy spokojny krok był sowicie nagradzany, a za wyskoki nie karałam go. Przytrzymywałam tylko na skróconej smyczy.
Potem przyszedł czas na opanowanie pozycji „siad” przy nodze i spokojne wytrzymanie w niej tych kilku minut, podczas gdy trener stał naprzeciwko. Następnym etapem było wyciągnięcie przeze mnie ręki w stronę trenera, by się przywitać, co oczywiście Blues traktował jako zachętę do skoku. Gdy po kilkuset kolejnych ćwiczeniach opanowaliśmy i tę umiejętność, przyszła kolej na ogromne wyzwanie: pochylenie się trenera nad psem. Przełomem był moment, w którym Blues zrozumiał, że jeśli zachowa spokój, zostanie nagrodzony nie tylko smakołykiem przeze mnie, ale także pogłaskaniem przez trenera – czyli dostanie to, na czym tak bardzo mu zależy. Głaskanie należało się bowiem tylko wtedy, gdy pupa psa pozostawała na ziemi. Po opanowaniu podstaw, zaczęliśmy ćwiczyć socjalizację nie tylko na treningach. Starałam się wykorzystać każdą sposobność – w domu, na ulicy, przed sklepem. Gdy pierwszy raz udało się nam spokojnie przywitać na ulicy, puchłam z dumy!


