Kilka miesięcy temu widziałam na ulicy psa grzecznie idącego bliziutko przy nodze pana. Merdał ogonem i patrzył wesoło na swojego przewodnika, a smycz luźno zwisała. Pomyślałam wówczas (przyznaję: z ukłuciem zazdrości) – masując jednocześnie wyrwane na spacerach z Bluesem palce, łokieć i bark – czy kiedykolwiek mnie i energicznemu labradorowi uda się taka sztuka. Mając widomy dowód, że jest to osiągalne, postanowiłam ćwiczyć zawzięcie. Codziennie poświęcaliśmy na taki trening jeden spacer. Robiliśmy postępy, ale przełom przyszedł dopiero, gdy zaczęliśmy trenować obedience.
Zawodnicy – czworonożny i dwunożny – muszą podczas chodzenia przy nodze pokonać trasę w kształcie litery Z, obejmującą dwa zakręty w lewo, dwa w prawo, jeden zwrot w tył przez lewe ramię i drugi – przez prawe. Dodatkowym wymogiem jest jedno zatrzymanie z przyjęciem postawy zasadniczej – zwierzak siada przy nodze przewodnika, który zatrzymuje się w połowie drogi powrotnej.
Zgodnie z regulaminem pies powinien chętnie i radośnie iść przy lewej nodze przewodnika, z łopatką lub głową na wysokości jego kolana, patrząc na niego. Dwunożny zawodnik ma zaś patrzeć przed siebie i poruszać się swobodnie.
Po pierwszych treningach daleko mi było do poczucia naturalności. Bolały mnie mięśnie karku i rąk, bo tak bardzo się spinałam i pochylałam, próbując patrzeć wciąż na psa i trzymać odpowiednio smycz. Skupiałam się na tym, by go na czas pochwalić i zdążyć ze smakołykiem. Oczywiście myliły mi się skręty i nawroty, czasem zapominałam przystanąć w drodze powrotnej. Na szczęście Blues wybaczał mi pomyłki i nieustannie miał ochotę maszerować. Chodziliśmy i w deszczu, i w słońcu. I szybko, i wolno. Gdy coś go rozpraszało (pies lub człowiek), powtarzałam komendę, dawałam więcej nagród, entuzjastyczniej chwaliłam. Z czasem wystarczało cmoknięcie, by przypomnieć Bluesowi, że nie czas na rozglądanie się. Któregoś dnia odpięłam smycz, pies szedł raźno, przyklejony do mojej nogi, a ja poczułam, że wyrastają mi skrzydła!
Po przemaszerowaniu kilkunastu kilometrów po „zetce” na treningach, na działce, w parku i w lesie wreszcie zrozumiałam, że chodząc między słupkami, bardziej się skupiam na psie i częściej go nagradzam w odpowiednich momentach. A to pomaga mu zrozumieć, co i jak ma robić. Na ulicy jest zawsze za dużo rozproszeń, przeszkadzających i mnie, i Bluesowi. Obydwoje musieliśmy się też przekonać, że możemy i potrafimy!



