Psy.pl

reklama

Wyszukiwarka

Obaszar wyszukiwania
Zapisz się do naszego newslettera

Zapisz się do serwisu

Obaszar logowania się do serwisu

Forum

Tagi

Dzieląc psi los

Konrad Piskała

20-10-2009

Mój Pies: 11/2009 (218)

strona: 68

Czasem obrońcy praw zwierząt dostają zgłoszenie o dręczonym psie, a trafiają na ludzką bezradność i ogromną biedę. Pomagają wtedy i czworonogom, i ludziom

Jest początek wiosny, strasznie  leje. Wcześnie rano ktoś dzwoni do Weroniki Jezierskiej z Pogotowia i Straży dla Zwierząt, że na działkach w jednej z dzielnic Poznania psy żyją w strasznych warunkach. Weronika z dwójką wolontariuszy jadą to sprawdzić.
Posesja jest zaniedbana. Leżą deski, śmieci, żelastwo. Pośrodku sklecona z desek altana. Psy kręcą się nerwowo na łańcuchach, budy się sypią. – Patologia. Trzeba zwierzęta stąd zabrać – stwierdzają natychmiast, ale muszą porozmawiać z właścicielem. Otwierają się drzwi i staje przed nimi siedemdziesięcioletni mężczyzna. Z wnętrza altany uderza zapach stęchlizny.
– Stowarzyszenie Pogotowie i Straż dla Zwierząt – legitymuje się Weronika i mówi, że chcą skontrolować, w jakich warunkach żyją psy.
Prawie nigdy nie jeżdżą na interwencję w pojedynkę. Ludzie, których odwiedzają, rzadko są spokojni. Zwykle mówią: „Co was to k.... obchodzi”, a najłagodniejsza reakcja to zatrzaśnięcie drzwi przed nosem. Lecz tu agresji nie ma.

Jedzą to, co ja
– To Ares, Suczka, Sara, Lord – starszy mężczyzna wymienia imiona psów i bez oporu pokazuje wolontariuszom pomieszczenie, w którym przebywa. – Przybłąkały się, to je przygarnąłem – mówi i prowadzi ich na podwórze.
– Krótkie łańcuchy. Budy się rozwalają. Jak one w ogóle przetrwały w nich zimę? No i czym je pan karmi? – zasypuje go zarzutami Weronika.
– Jedzą to, co ja – broni się mężczyzna.
Panu Jarkowi, właścicielowi psów, życie się nie ułożyło. Skończył studia, i to nie byle jakie, bo akademię sztuk pięknych. Potem malował, miał rodzinę, ale to wszystko było dawno temu, zanim pojawił się w jego życiu alkohol. Dziś ma tylko tę budę na obrzeżach miasta, którą dzieli z chorą na raka przyjaciółką i znajomym – oraz psy. I chyba tylko te zwierzęta są naprawdę jego – to on je wyprowadza, karmi, szczepi. W altanie nie ma nic – bieżącej wody, ogrzewania, prądu. Niedawno zrobił prowizorycznie palenisko, bo przecież na czymś trzeba gotować jedzenie. Pan Jarek porusza się z trudem, a tu trzeba raz na kilka dni wziąć wózek i przywieźć z daleka wodę w baniakach.

To była trudna decyzja
 – Zastanawialiśmy się, co lepsze dla psów: schronisko z pełną miską, ale bez kochającego człowieka, czy warunki takie, jak tu – mówi Weronika Jezierska. – Uznaliśmy, że lepiej je zostawić i pomóc. Pan Jarek sam nie dojada i nie mieszka lepiej od swoich psów. Ale one zawsze miały czystą wodę, nie wyglądały na głodne i były często spuszczane z łańcuchów. Nie można zabierać zwierząt tylko z powodu biedy– tłumaczy. Wolontariusze zaopiekowali się psami i mieszkańcami altany. Przysyłano jedzenie, dowożono wodę, ofiarowano ubrania, a psom naprawiono budy. Niestety, po kilku miesiącach stan zdrowia pana Jarka tak się pogorszył, że poprosił o znalezienie domu dla dwu większych psiaków. Kiedy odjeżdżały, płakał i prosił o dobry dom dla nich. Zostały mu dwa najstarsze psy, które kocha i z którymi sobie radzi. Mimo biedy i choroby.
 
Tu jest miejsce Saby
Zaczęło się od wezwania do miejscowości Sady. Pojechali tam Małgorzata Prokopowicz i Kajetan Warzecha z fundacji Emir. Zobaczyli kilka zrujnowanych baraków obok trasy szybkiego ruchu. Ludzie siedzący przed domami byli zaniedbani i wystraszeni. Z donosu wynika, że pies jest trzymany w komórce, więc zaglądają do stojącej obok drewutni, w której ktoś rąbie drewno. Kiedy uchylają drzwi, wybiega sunia. Jest w dobrym stanie, merda wesoło ogonem, ale wygląda na to, że trzymana jest w komórce na drewno – oceniają inspektorzy Emira.
Po chwili do psa przyznaje się jakaś kobieta, mama trzech dziewczynek. Kiedy wyjmują legitymacje, zaczyna płakać i przysięgać, że pies jest tam zamknięty od niedawna. – Zaczęła sikać w domu i dlatego tam poszła – tłumaczy pani Róża. – Ale mieszka na co dzień z nami. Ma dobrze – zapewnia i prowadzi ich do pomieszczenia z łóżkiem, kanapą. Miejsca strasznie mało na pięcioro. Ona, trzy córki i mąż, choć ten nie bywa często, bo odsiaduje wyrok. Mimo to znalazło się tu miejsce dla kundelka ze schroniska. – Wzięła psa, bo pewnie chciała, aby dał rodzinie trochę ciepła – uważa Warzecha.
Kobieta pokazuje, co pies je i gdzie śpi. To stary fotel pokryty psią sierścią. – Tu jest miejsce Saby – udowadnia i prosi, by psa nie zabierać.

Kasza dla całej rodziny
„Widzimy rodzinę, skazaną na życie w skrajnej biedzie. Dzieci ubrane byle jak, z umorusanymi twarzami. Łzy płyną im mocniej, gdy zakładamy suni obrożę i dopinamy kolorową smycz. Bo one wciąż myślą, że ją im odbierzemy, jak wszystko zresztą. Nie odbieramy. Unieszczęśliwilibyśmy zarówno tę biedną rodzinę, jak i tę suczkę. Bo ona żyje tak jak oni, biednie. Je to, co oni, czyli kaszę z okrasą” – pisze na forum internetowym wzruszona Małgorzata Prokopowicz i apeluje o pomoc dla dzieci i ich mamy.
Nie trzeba długo czekać na odzew. Forumowicze ślą paczki. Są ubrania, buty, jedzenie, karma dla suni, zabawki, naczynia. Po kilku tygodniach paczek w przedpokoju Małgorzaty Prokopowicz jest tyle, że nie można przejść. Pani Róża jest zaskoczona. Nie tyle rzeczami, co tym, że ktoś obcy się nimi interesuje i chce pomóc.
– Dziewczynki trochę się nas bały, a mama o nic nie prosiła. Informacje trzeba było wyciągać na siłę. „Dzieci idą do szkoły, tak? A mają przybory szkolne? No nie”. Zawoziliśmy więc książki, długopisy. To samo z ubraniami. „Mają kurtki na zimę? No nie”. Prosiliśmy więc forumowiczów o pomoc. Nigdy nie zawiedli – mówi Kajetan. 

Dostali szansę
– Niesienie pomocy właścicielom psów to pośrednio poprawianie bytu zwierzętom – mówi Weronika Jezierska tym, którzy uważają, że od pomagania ludziom są inne organizacje. – Nas też trochę atakowano, że ta rodzina tyle dostała, a tak dużo psów głoduje – przyznaje Kajetan Warzecha. – Ale się z tym nie zgadzamy. Zawieźliśmy panią Różę, dziewczynki i Sabę na wakacje nad Dunajec. Wyjazd sponsorowała forumowiczka. Spędziły tam dwa tygodnie. Nigdy nie były w górach. Pamiętam, jak szły skrajem lasu z psem biegającym radośnie wokół nich. Naprawdę były szczęśliwe.
„Dobrze zrobiliście! Dostali szansę, ja wierzę, że opiekują się sunią najlepiej, jak potrafią. Znam wiele takich rodzin, pracuję z ich dziećmi. To ludzie upodleni przez biedę, niezaradni życiowo, przybici pogardą innych. Często mają wrażliwsze serca niż ich zamożni sąsiedzi. Zabranie suni byłoby dla tych dziewczynek kolejnym dowodem na to, że nie zasługują na nią, bo są biedne” – pisała po apelu Prokopowicz internautka. Trzy dziewczynki otrzymały dzięki wolontariuszom lekcję ludzkiej solidarności. Może same kiedyś pomogą psu ze schroniska. Tak jak zrobiła to ich mama, przywożąc Sabę do swego ubogiego domu.

Konrad Piskała

Oceń artykuł

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.8
dodaj swoją opinię Komentarze: Opinii użytkowników: 0