Następny pies spadnie z nieba
Rozmawiała Dorota Jastrzębowska
18-01-2010
Mój Pies: 2/2010 (221)
strona: 20
Amelia to dziś bardzo popularne imię – ludzie nie oglądają się z niesmakiem, gdy woła tak Pani do psa?
Jeszcze się z czymś takim nie spotkałam, choć poznałam ostatnio pewną Amelię… Zastanawiałam się, czy jej powiedzieć, że moja suczka też ma tak na imię. Podeszłam do sprawy dyplomatycznie i powiedziałam: Nie obraź się, ale tak bardzo mi się to imię podoba, że nazwałam nim psa. Na szczęście potraktowała to z humorem.
Skąd się wzięła znana wszystkim z telewizji Amelka?
Gdy się poznaliśmy z moim mężem Adamem, on miał już jack russell terriera Angela. A potem na stronie internetowej zobaczyłam suczkę tej rasy z rudą łatką i stwierdziłam, że tylko ona. Pojechałam do hodowli i ona pierwsza do mnie podbiegła. Nie mogłam jej jednak jeszcze wtedy zabrać, bo była zbyt mała. Jazda po nią dwa tygodnie później kosztowała mnie 10 punktów karnych – tak się spieszyłam…
Dwa psy pod jednym dachem to nie za dużo?
Odkąd skończyłam osiem lat, zawsze miałam psy, a w pewnym okresie były w domu aż trzy zwierzaki: mój pekińczyk Pańcio, kot taty i yoreczka Lola mamy. Dlatego dwa psy pod jednym dachem mnie nie przerażają.
Angel zaakceptował Amelkę bez oporów?
Na szczęście tak, bo z nim nigdy nic nie wiadomo, ma swoje sympatie i antypatie. Pojechał z nami do hodowli, więc poznał ją, zanim ją wzięliśmy. Było przy okazji trochę śmiechu. Angel nie jest rodowodowym psem. Adam ma go od myśliwych, bo wtedy trudno było znaleźć w Polsce czworonoga tej rasy z papierami. A hodowla, z której pochodzi Amelka, jest renomowana. Jej właścicielka, gdy powiedzieliśmy, że już mamy jednego jacka, koniecznie chciała go zobaczyć. „Ojej, ale on ma krzywe łapki!” – zatroskała się na jego widok.
Angel chyba odczuł, że coś się w domu zmieniło po nastaniu Amelki?
Oj, odczuł – do tego stopnia, że gdy Amelka miała pierwszą cieczkę, musiałyśmy się na miesiąc wyprowadzić do rodziców. (Teraz jest wysterylizowana, bo nie potrafiłabym oddać szczeniąt i pewnie skończylibyśmy z trzydziestoma psami…). Chyba trochę posmutniał – nie jest już jedynym pieszczoszkiem w domu. Gdy Amelka wychodziła ze mną do pracy, był wyraźnie zadowolony, że zostaje sam z panem…
Jak Amelka trafiła na wizję?
Często zabierałam ją z sobą do telewizji. Podczas charakteryzacji zawsze siedziała na moich kolanach i się przyglądała. W końcu kiedyś wydawcy wpisali ją do scenariusza – i to się sprawdziło. I sprawdzało się do momentu, gdy w studiu były kanapy. Amelka jest śpiochem, potrafi spać do 11 – i na tych kanapach też sobie spała. Czasem tylko samą swoją obecnością rozpraszała gości, którzy woleli zająć się nią, niż skupić na temacie rozmowy.
A jednak zaczęły się problemy…
Tak – wraz ze zmianą scenografii. Gdy zniknęły ze studia kanapy, Amelka próbowała się wciskać za mną na krzesło, nie mogła sobie znaleźć miejsca i przestało się jej tam podobać. Na dodatek chyba kiedyś czegoś się przestraszyła, bo się boi hałasów, a często gościliśmy w programie różne zespoły, grała muzyka, było głośno, czasem ktoś krzyknął, nie zawsze zdążyłam ją zabrać ze studia. I nagle zaczęła się bać tam wchodzić, siadała i ani kroku dalej.
I dlatego nie pojawi się w „Pytaniu na śniadanie”?
W ogóle nie było już takiego pomysłu.
Więcej jest między Waszymi psami podobieństw czy różnic?
Różnic. Angel jest introwertykiem i leniuszkiem, Amelka ekstrawertyczką – uwielbia biegać, jest szalona. Ona kocha cały świat. Na początku się bałam, że nie da się tego opanować – do wszystkich biegła, skakała, chciała całować. Na szczęście trochę z tego wyrosła. A Angelek ustawia się trochę z boku, to taki smutasek. Amelka jest grzeczna, on czupurny – lubi chodzić własnymi ścieżkami, czasem warknie, musi postawić na swoim. A ona – jak to suczka: zawsze bliżej nogi, wpatrzona, pilnująca się, nie odejdzie za daleko. Ale ogólnie oba jak na teriery są spokojne, nigdy niczego w domu nie zniszczyły. Największe szaleństwo, na jakie Amelka pozwalała sobie w szczenięctwie, to wykopywanie ziemi z doniczek.
To znaczy, że poleciłaby Pani tę rasę każdemu?
W ogóle psy polecam ludziom, którzy zdają sobie sprawę, jak poważny to obowiązek, mają dla nich dużo czasu i nie zostawiają samych na cały dzień. Sama zawsze marzyłam o dużym psie, a miałam same małe: mieszaniec pekińczyka, york, jack russell terrier – bo łatwo je wsadzić do samochodu i ze sobą zabrać.
Na przykład dokąd?
Angel już w wieku ośmiu miesięcy był na prestiżowym wyścigu motocyklowym w Le Mans. Potem zjeździł z Adamem całą Europę. Z Amelką pojechałyśmy do Austrii na snowboard. Znajomi wzięli buldoga francuskiego i świetnie się to sprawdziło, bo gdy my byliśmy na stoku, psy dotrzymywały sobie towarzystwa. A wieczorem bywały z nami w knajpach, bo Austria jest tak przyjazna psom, że nie było z tym żadnego problemu – kelnerzy od razu przybiegali z miskami z wodą. W Wiedniu chodziłyśmy z nimi po sklepach z ciuchami i między wieszakami spotykałyśmy inne panie z pieskami na smyczy… Bardzo mi się podobało to podejście, tak inne niż u nas, gdzie maleńkiego yorka nie można postawić na własnych łapach w galerii handlowej, bo zaraz przybiega ochroniarz z wielką awanturą…
Wiele osób zaraziliście tą poręczną rasą?
W rodzinie mamy jeszcze jednego jacka, z którym Amelka świetnie się rozumie. A Angel czasem wejdzie między nie, warknie i zrobi porządek. Klienci, którzy odwiedzają salon motocyklowy Adama, już się przyzwyczaili, że między motocyklami biegają trzy jacki. Niektórzy przyjeżdżają specjalnie dla nich.
Pies w życiu jedynaczki jest ważniejszy niż w życiu dziecka, które ma rodzeństwo?
Chyba tak. Pamiętam, że mówiłam rodzicom: Nie mam brata, kupcie mi chociaż chomiczka! Ale to nie przeszło. Pierwszego psa dostałam na ósme urodziny. Miał to być jamnik długowłosy, a skończyło się na mieszańcu pekińczyka – z trochę krótszą sierścią, trochę dłuższymi łapami… Dziwię się dziś, ile Pańcio miał dla mnie cierpliwości. Dożył 14 lat, mimo że ta moja opieka – dziś to wiem – nie była najlepsza. Dlatego nie polecam kupowania psów dzieciom. Zresztą, w ogóle już psa nie kupię.
Jak to – nie będzie więcej psów w Pani domu?
Skąd, nie wyobrażam go sobie bez nich! Ale choć Amelkę kocham nad życie i nie żałuję, że ją kupiłam, to mam trochę wyrzutów sumienia – następny pies już na pewno nie będzie planowany i z hodowli, tylko taki, który spadnie z nieba i potrzebuje pomocy.
To przecież większe ryzyko…
Rzeczywiście, często idealizujemy psy ze schronisk. Wiem coś o tym, bo byłam wolontariuszką.
Jak Pani to znosiła, ze swoją wrażliwością na krzywdę zwierząt?
Nie miałam zbyt dużo czasu na myślenie. Dostawałam psy z przydziału do wyprowadzenia na spacer i one wypuszczone z kojca na te pół godziny nie były zainteresowane czułym patrzeniem mi w oczy, tylko tym, żeby pobiegać, powęszyć – mają przecież swoje potrzeby. Po kilku takich spacerach, ciągnięta przez chaszcze, byłam ledwie żywa.
Przepełnienie schronisk budzi w nas poczucie winy, gdy kupujemy szczenię z hodowli?
Pewnie tak. Ale jak ma być inaczej, skoro mamy na przykład chory zwyczaj dawania zwierząt w charakterze niespodzianki. Potem się je wyrzuca, przywiązuje do drzewa. Sama znam kilka podobnych przypadków. Znalazł takiego psa np. Artur Orzech, a że miał już dwa owczarki, przygarnęła go nasza charakteryzatorka. Sama zabrałam kiedyś porzuconego szczeniaka jamnika z windy. Niestety był u nas tylko cztery dni i odszedł na parwowirozę.
Zielonogórskie schronisko postanowiło ujawniać twarze osób, które porzuciły zwierzę…
I bardzo dobrze, nauczmy się odpowiedzialności. Mamy zbyt nonszalancki stosunek do wszystkiego, łącznie z prawem, a wybujały szacunek dla cudzej własności. Nie interweniujemy, gdy ktoś katuje swojego psa, a potem umywamy ręce, gdy ktoś bije dziecko… Ja w takich sytuacjach tracę panowanie nad sobą, mogłabym się wtedy na tego kogoś rzucić. Mam cechę, która się nie wszystkim podoba – nie potrafię rozgraniczać: zwierzęta i ludzie. Nie rozumiem, dlaczego się stawiamy na piedestale, skoro jesteśmy tak samo żyjącymi, bojącymi się i odczuwającymi ból istotami. Nie rozumiem, skąd ta pycha w ludziach. Mam nadzieję, że za sto czy dwieście lat będziemy się zastanawiać, jak można było zabijać zwierzęta, a mięso i skóry zastąpimy czymś innym.
Agnieszka Szulim-Badziak
Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, związana najpierw z Polskim Radiem, a od 2005 r. z telewizją publiczną. Do niedawna prowadziła program „Kawa czy herbata?” w TVP 1, a od 11 stycznia jest współgospodarzem magazynu „Pytanie na śniadanie” w TVP 2
Podziękowania dla marki Purina za pomoc w realizacji sesji.
-
~krycha
2010-01-30 14:52:26
Brawo pani Agnieszko! Ja też mam dwie sunie kochane.. Pudliczke Dejzi i Shitzu Sayuri... Są one dla mnie najważniejsze w moim domu...






