Randka z psem – wywiad z Anną Józefiną Lubieniecką.


Dlaczego chihuahuy są jak czekoladki w bombonierce, a buldożki francuskie przypominają Pumbę z „Króla Lwa” – opowiada Anna Józefina Lubieniecka.

Jako osoba z natury nieśmiała, kiedy spotykam kogoś nowego, często jestem stremowana. Najlepszym sposobem na rozładowanie napięcia jest wtedy zabranie z sobą psa. Jego obecność ułatwia mi pierwszy kontakt. A pies zabrany na randkę dodaje mi odwagi. Przy okazji mogę się przekonać, czy człowiek, z którym się spotykam, kocha zwierzaki. Bo jeśli ich nie akceptuje, to nie ma u mnie żadnych szans. Nawet dla największej miłości nie poświęciłabym psa.

Niestety na tremę przed koncertem pies nie pomaga, ponieważ nieustannie myślę o tym, co się z nim dzieje, i bardzo mnie to rozprasza. Jeśli jednak jest ze mną, to kiedy schodzę ze sceny i mogę się do niego przytulić, opadają wszystkie emocje.

Gdyby podzielić ludzi na psiarzy i kociarzy, to ja w 100 procentach należę do tych pierwszych. Kiedy przeniosłam się z rodzinnych Kielc do Warszawy, czułam się samotna. Pomyślałam wtedy najpierw o wzięciu kota, bo znacznie mniej absorbuje niż pies, ale szukając mruczka, mimo woli zaglądałam na strony z psami, bo to one od pokoleń towarzyszyły rodzinie mojej mamy. Tak trafiłam na buldożka francuskiego. Urzekła mnie magia zdjęcia. Piesek pochodził z hodowli pod Warszawą. Żeby pojechać go zobaczyć, pozwoliłam sobie na małe kłamstwo wobec mamy, ponieważ nie byłam pewna, czy zaakceptuje moją decyzję. Zniknęłam więc na pół dnia pod pretekstem szukania nowych butów. Z miotu zostały jeszcze dwa pieski, ale to właśnie Bzim od razu do mnie podbiegł… i sprawa była przesądzona. Po dwóch tygodniach byliśmy razem.

Skąd się wzięło dość nietypowe imię? Kiedy występowałam w Opolu, poznałam przemiłego muzyka o ksywce „Bzim”. Pomyślałam, że byłoby to idealne imię dla wymarzonego psa. Podobno kiedy Bzim muzyk dowiedział się, że mój buldożek nazywa się tak jak on, stwierdził, że chyba muszę go szczególnie lubić.

Chrapiący kanapowiec

Buldożki francuskie znane są z tego, że strasznie chrapią. Mój nie jest pod tym względem wyjątkiem, ale ja w ogóle na to nie zwracam uwagi. Nie będę więc nigdy należała do grupy kobiet narzekających, że mąż chrapie. Mój przyszły partner może sobie chrapać do woli, bo jestem uodporniona.

Bzim jest oazą spokoju i cierpliwości. Nawet zabawy z dziećmi, które nie zawsze kontrolują swoje zachowania wobec psa, specjalnie go nie męczą. Idealny pies dla rodziny, ale nie dla każdej. Jeśli ktoś lubi biegać czy jeździć na rowerze, musi wiedzieć, że wspólna wycieczka może się zakończyć niewesoło. Kiedy Bzim był jeszcze mały i poszliśmy na dość aktywny spacer, jego efektem było zwichnięcie rzepki w kolanie i operacja. Bo tak naprawdę buldożek najchętniej spędza czas na wygodnej kanapie.

Nowa energia

Wraz z moim ówczesnym partnerem tworzyliśmy zgrane trio, ale czegoś nam brakowało. Zdecydowaliśmy się zatem na drugiego czworonoga, który wniósł nową energię do naszego stada. Brego, biały piesek rasy chihuahua z czarną kropką na głowie, odmienił nie tylko nasze życie, ale przede wszystkim Bzima. Potrzeba było zaledwie kilku dni, żeby ich do siebie przyzwyczaić. Później stali się nierozłączni jak bracia syjamscy. Nawet byłam trochę zazdrosna, bo Brego często przedkładał towarzystwo Bzima nad moje.

Niestety po dwóch latach Brego zginął w tragicznym wypadku, o którym trudno mi mówić, bo pamięć jest zbyt świeża. Cały czas powraca do mnie w snach i zawsze wtedy jadę zapalić znicz na jego grobie. To był cudowny pies. Kiedy go zabrakło, żałoba zapanowała w całym domu. Bzim także go opłakiwał, zupełnie stracił chęć do zabawy.

Duch Brega

Po odejściu Brega obiecałam sobie, że nie wezmę już kolejnego psa. Jednak smutek Bzima zmobilizował mnie do tego, by poszukać mu towarzysza. Zdecydowałam się na następną chihuahuę, siostrzeńca Brega. Imię Jaleko nadałam mu po tacie Brega, żeby upamiętnić pokrewieństwo poprzedniej i obecnej chihuahuy. Bo głęboko wierzę, że duch ukochanego Brega żyje w Jaleczku.

Bzim powitał go tak, jakby się znali od dawna. Widać cały czas czekał na powrót Brega, więc się ucieszył, że ma nowego kolegę. Polubili się od razu. Ich relacje są nieco inne. Breg i Bzim spali tak w siebie wtuleni, że tworzyli jedność. Z Jaleko, choć są przyjaciółmi, śpią niedaleko siebie, ale osobno, bo każdy potrzebuje przestrzeni. Kiedy jednak Jaleko podgryza Bzimowi fafelki i ciągnie go za skórę, ten jest w siódmym niebie.

Z psami rasy chihuahua jest jak z czekoladkami w bombonierce. Nie wiadomo, na jakiego się trafi. Brego kochał inne psy, ale bał się ludzi i najchętniej trzymał się blisko mnie. Jaleko odwrotnie, uwielbia ludzi, a wszystkie psy są dla niego potencjalnymi wrogami. Kiedy widzi pobratymca na spacerze, to bez względu na jego gabaryty chętnie by go zaatakował. Na widok człowieka od razu się ożywia i jest zachwycony, kiedy ktoś go bierze na ręce. Obce są mi więc problemy właścicieli małych piesków, którzy chronią swych podopiecznych przed takimi praktykami, ponieważ zwierzaki stają się przez to lękliwe.

Idol Cesar Millan

Z Jaleko wychodzę oczywiście na spacery, bo wiem, że nawet taki mały piesek potrzebuje ruchu i kontaktu ze światem zewnętrznym. Ale czasem muszę zostawić go na parę godzin w domu i dlatego postanowiłam nauczyć go załatwiania się do kuwety. Wymagało to wiedzy, ale i czasu. Zamknęłam się z nim na dwa tygodnie w domu, pozastawiałam przejścia do miejsc, w których nie byłby w zasięgu wzroku, i kiedy tylko widziałam, że kręci się na siusianie, wkładałam go do kuwety i nagradzałam. Było to w okresie kwarantanny, więc i tak nie mógł wtedy wychodzić na zewnątrz. Jestem dumna, że nam się udało. Jak widać, pies najwięcej może nauczyć się w pierwszych tygodniach życia.

Przeczytałam książkę Cesara Millana i obejrzałam większość jego programów. Dzięki niemu udało mi się wychować zarówno Bzima, jak i Jaleko. Buldożek potrzebował silnej ręki, żeby go nauczyć czystości. Ale nie było w tej nauce agresji. Nie rozumiem, dlaczego Millan ma tylu przeciwników, skoro wiele psów, którym groziło uśpienie, zawdzięcza mu życie.

Jedzie z nami pies

Z Bregiem nie mogłam podróżować, bo cierpiał na chorobę lokomocyjną. Natomiast Bzim i Jaleko uwielbiają jazdę samochodem. Na tylnej szybie mam naklejkę „Jedzie z nami pies”, na którą kierowcy powinni moim zdaniem zwracać taką samą uwagę jak na: „Dziecko w samochodzie”.

Zwykle oba psy spokojnie przesypiają całą drogę z przerwami na siusianie, ale gdy Jaleko był mały, zdarzały się też przygody. Przyzwyczajony do jazdy w transporterku, podczas jednej z podróży zaczął się wiercić i domagać wypuszczenia na kupkę. Niestety wszędzie był zakaz parkowania. Zanim udało mi się znaleźć odpowiednie miejsce, poczułam trudny do zniesienia zapach, więc zatrzymałam się bez względu na konsekwencje. Pobiegłam z transporterkiem w stronę najbliższego trawnika, a kiedy wróciłam, spisywali mnie policjanci. Rozbawiłam ich do łez tłumaczeniem, że postój był konieczny, bo szczeniak zrobił kupę. Ostatecznie dostałam tylko upomnienie, ale musiałam dać słowo, że mój pies już nigdy nie będzie się załatwiał w samochodzie.

Mój wnusio

Nie zawsze jednak zabieram psy w trasę, bo nie w każdym hotelu je przyjmą. Na szczęście mogę liczyć na pomoc mamy, która ma nie tylko doświadczenie, ale której Bzim i Jaleko zastępują też wnuczęta, których jeszcze nie ma. Niedawno nawet mój tata zaczął zwracać się do Bzima: „mój wnusiu”. A trzeba wiedzieć, że jako dziecko znosiłam do domu ptaszki, które wypadały z gniazd, oraz inne zwierzątka potrzebujące pomocy, a tata ledwo to tolerował. Olbrzymia moc Bzima spowodowała jednak, że zmienił swój stosunek do zwierząt. Teraz kiedy buldożek jest u rodziców, śpi u taty pod kołdrą. I tacie zupełnie nie przeszkadza, że podobnie jak guziec Pumba w „Królu Lwie”, Bzim puszcza bąki. Lubię porównywać moje psy do bohaterów tego filmu, bo przypominają Pumbę i surykatkę Timona, a do tego podobnie się zachowują. Jaleczek obtańcowuje Bzima, tak jak Timon Pumbę. Oczywiście Bzim zachowuje absolutny spokój, bo w tym duecie to Jaleko ma ADHD.

Prezenty do wywąchania

Mieszkałam kiedyś w centrum Warszawy, ale dla psów wyprowadziłam się do Wilanowa, żeby mieć choć mały ogródek i okolicę, gdzie można spokojnie wyjść z nimi na spacer. Wolę dojeżdżać. Najważniejsze, że Bzim i Jaleko mają odpowiednią przestrzeń. I dla mnie ma to dobre strony, bo kiedy nudzi mnie jakaś impreza, mogę opuścić ją wcześniej, mówiąc, że czekają na mnie psy, które nie mogą być tak długo same.

Do Warszawy przeniosła się już cała rodzina, więc w tym roku szykujemy wielką wigilię. Choinka zwykle stoi na podłodze, a pod nią są prezenty dla nas i dla naszych podopiecznych. One muszą je same wywąchać. Zwykle są to kosteczki przewiązane kokardką. Być może w tę wigilijną noc psy przemówią do nas ludzkim głosem. Myślę, że gdyby to zrobiły, na pewno wyznałyby mi swoją miłość.

Anna Józefina Lubieniecka 
od lutego 2010 r. jest wokalistką zespołu Varius Manx, wcześniej brała udział w projekcie Piotra Rubika (2007-2010). 
W 2005 r. wygrała odcinek programu „Szansa na sukces” w TVP 2.