Bezdomny Teo przywieziony do Polski przez Kasię Pisarską - Psy.pl - mamy nosa!

Bezdomny Teo przywieziony do Polski przez Kasię Pisarską

Polska rodzina spotkała go pod hotelem podczas wakacji na Krecie. Szczeniak Teo był psem ulicy, nie mogli go tak zostawić. Dzięki niezawodnej, jak zawsze, Kasi Pisarskiej, Teo został sprowadzony do Polski i trafił do swojej wakacyjnej rodziny.

Kasia Pisarska, nominowana do nagrody Serce dla Zwierząt w 2013 r. nieustannie troszczy się o los zwierząt. Oto jej opowieść o kolejnym ocalonym psie Teo z Krety, i o tym, dlaczego warto zrobić ponad 6 tysięcy kilometrów w trzy dni:

„Przywiozłam kolejnego psa z Grecji. Ma na imię Teo. Jest szczeniakiem, uroczym podbijaczem serc. Miał złamane żebro, o czym dowiedziałam się, jak już wróciłam z nim do Polski. Co do żeber i innych kosteczek to widać każdą jedną, można się na nim uczyć anatomii psa.

Teraz będzie już górki. Jego nowe życie, o czym Teo wiedzieć nie mógł, zaczęło się mniej więcej miesiąc temu, gdy na Krecie pojawiła się polska rodzina. Znaleźli go pod hotelem i chcieli mu jakoś pomóc. Wzięli do pokoju, karmili, poili, potem uznali, że przecież nie mogą go tak po prostu wystawić za drzwi w dniu wylotu, tylko coś trzeba zrobić. To „coś” to zabrać do kraju i kochać na zawsze.

Niektórzy z wakacji przywożą piasek i muszelki, a inni…psa. Uruchomili kontakty w Polsce i tak przez ich znajomą Marlenę dotarła do mnie informacja o pilnej potrzebie pomocy. Mieliśmy mało czasu, ostatnie 48 godzin przed ich wylotem do Polski. Jednak wiecie, że „jak się chce, to się da”.

Moi znajomi jak zawsze nie odmówili pomocy. Zresztą co tu dużo mówić: poznałam ich, kiedy pomagaliśmy razem innemu psiakowi. Karen i Wolfgang są emerytowanym małżeństwem z Niemiec. Przez kilka lat przyjeżdżali na Kretę i zawsze pomagali bezdomnym zwierzętom. Obiecali sobie, że jak już przejdą na emeryturę, to założą w Grecji schronisko. I tak się stało. I to oni przetrzymali bąbla te trzy tygodnie, wyrobili paszport, zaszczepili, zaczipowli, sprawili, że nie udawał Greka, tylko konwersował z nimi po niemiecku i nawet smyrali go za uszkiem. Poleciałam więc, nie bez przygód, ale szczęśliwie przywiozłam Teo do Polski. W ubiegły wtorek trafił do swojej rodziny w Szklarskiej Porębie.

Pomyślałam, żeby wykorzystać ten fakt do wyjaśnienia mojego punktu widzenia. Pomagam sprowadzać psy zza granicy, gdy mogę, gdy wiem jak, ale przede wszystkim, gdy ktoś gdzieś był, na miejscu uratował jakieś stworzenie, zakochał się, bo miał prawo i potem tego psa czy kota chce dla siebie. Wiem, że w Polsce mamy sto tysięcy psów za kratami. Na co dzień działam tu. Wolontariat to coś, co robimy, bo chcemy, i nikomu nic do tego, czy ratujesz dzieci, węże w Amazonii, czy pomagasz starszym ludziom na Madagaskarze. Każde życie jest warte pomocy. Gdy ktoś znajduje psa w Polsce, na przykład idąc na grzyby, i chce go uratować, to go po prostu bierze i po sprawie. Ilu z nas ma psa z ulicy, czyli w wyniku spontanicznej decyzji: nie mogę, ale wezmę, bo przecież go tak nie zostawię?

Ja mam „chipsy”, ale ze schroniska tylko jednego – Hackera. Drugi wpadł mi do domu przy ponad dwudziestostopniowym mrozie, a trzeci przyjechał na tymczas i tymczasem został. W Polsce są mordownie i dobre schroniska, jest wolontariat, w gazetach są kąciki adopcyjne, sama prowadzę audycję w Radio Hobby (Kącik adopcyjny Kasi), każda gmina ma obowiązek posiadania umowy z kimś, kto psy wyłapie. Te wyłapywane psy to nie tylko bezdomniaki, ale również zagubione, które mają szczęście i wracają do domu.

W Grecji tego nie ma. Schronisk jest jak na lekarstwo, psy koczują na ulicach, nie za kratami, chodzą za człowiekiem, dokarmiają je zagraniczni turyści i nieliczni wolontariusze, najczęściej obywatele innych krajów tam mieszkający. Owszem, są wśród nich i Grecy, ale to rzadkość. Nie da się przejść stu metrów bez spotkania bezdomnego psa, często psiego seniora. Nie mówię, że tam psy mają gorzej, bo nie lubię targowania, kto ma dramatyczniej, tragiczniej. Lubię myśleć i działać, co zrobić, by było lepiej.

Gdyby Jocker (mój drugi) nie wpadł mi do domu, w życiu bym się nie zdecydowała na drugiego psa. Gdyby ktoś gdzieś nie pojechał i nie zauważył, i nie chciał być odpowiedzialny za to, co oswoił, czy pojechałby do polskiego schroniska po polskiego psa? Nie sądzę! Czy ja pojechałabym po Jacka (mój trzeci), żeby go wziąć na tymczas do schronu? Szczerze? Nie. Bo byłam pewna, że nie dam rady ze wszystkim co robię i z trzema psami, z czego ostatni jegomość waży ok. 40 kg.

Jednak oprócz tego, że po prostu warto, każda opowiedziana historia z happy endem może przekonać inne osoby do zrobienia czegoś może mniej szalonego, ale z podobnym finałem: ogonem na kanapie. I dlatego to robię. I dlatego, gdy ktoś mnie poprosi o sprowadzenie psa z Marsa, to pogadam z ufoludkami. Bo jak można, to trzeba. Po prostu.”

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *