Diabeł tkwi w szczegółach

W mojej pracy spotykam się z różnymi zwierzętami. Są takie, co się bardzo boją, trzęsą i nie dają dotknąć, a czasem nawet chcą gryźć. Ale są też takie, które chętnie do mnie przychodzą i doskonale potrafią upomnieć się o smakołyk po odbytej wizycie. Tacy pacjenci, rzecz jasna, są najmilsi.

Nie ma nudy

Różnorodność dotyczy zarówno pacjentów, jak i ich właścicieli (ja ich nazywam klientami). Z jednymi jest się łatwiej porozumieć, z innymi trudniej. Czasem to zwyczajnie różnica charakterów, a czasem zdarzają się ludzie, którzy są… jakby mniej zapoznani z anatomią swojego pupila. Do tej ostatniej grupy należy bohaterka dzisiejszego wpisu.

Tego dnia było dość spokojnie. Pusta poczekalnia, więc nie było problemu z dostaniem się od razu do gabinetu. Okres przedświąteczny, więc porządki w domach, ale też częstsza pielęgnacja pupili.

Coś na łapie

Do przychodni wbiegła bardzo poddenerwowana pani. Sama.

– Pani doktor! Ja mam psa, kąpałam go i znalazłam coś na łapie!
– Proszę się uspokoić. Co to za pies?
West highland white terrier.
– Co pani znalazła i gdzie?
– Na łapie! Przecież mówiłam!
– Ale gdzie na tej łapie? Co to może, według pani, być?
– No nie wiem! Jakiś guz chyba!
– Ile lat ma pies?
– Dwa. To suczka, mam ją od szczeniaka. Kąpię co dwa tygodnie i często czeszę.
– No dobrze, teraz proszę mi powiedzieć, jak mam pani pomóc?
– Niech mi pani powie, co mam zrobić!
– A gdzie jest pies?
– W samochodzie. Pójść po nią?
– Będzie mi trudno pomóc pani psu, jak nie mogę go zbadać. Tak, proszę przyprowadzić psa.

Na marginesie wyjaśnię, że istnieje ogromna rzesza klientów, którzy próbują wymóc na lekarzach, aby leczyli ich zwierzęta na odległość. Czasem przychodzą – oczywiście sami – i opisują, co się dzieje. Czasem przynoszą zdjęcie, na przykład zranionej łapy, z prośbą o pomoc. Albo pokazują fotografię jakiejś zmiany na skórze i oczekują, że weterynarz powie, co psu jest, i jeszcze wyleczy – wyłącznie na podstawie tego zdjęcia czy opisu.

Czy to rak?

Właścicielka wróciła do gabinetu z pięknym, pachnącym białym pieskiem. Oglądam, badam, szukam zmiany, która tak zestresowała panią. W końcu, nic nie znajdując, pytam.

– Gdzie ta zmiana?
– No pani doktor! Tu przecież, taka czarna. Co to? Rak?
– Proszę pani, to nie jest nic dziwnego. Proszę spojrzeć, na drugiej łapie jest dokładnie to samo.
– Ale jak to?! (Zdziwienie właścicielki sięgnęło wtedy zenitu.)
– To się nazywa opuszka śródręczna i jest częścią ciała. Każdy pies to ma. W dodatku OD URODZENIA…