Kłopoty w raju

Nie było mnie tu od bardzo dawna. Od tak dawna, że z ulgą odnotowałam fakt, że nikt nie wymienił zamków do mojego bloga, ani nawet nie zrobił małego przemeblowania.

„Na swoim”

Nie, żeby się nic nie działo i nie było o czym pisać. Wprost przeciwnie, dzieje się tyle, że nie ma kiedy pisać. Pomijając inne, mniej lub bardziej ważne wydarzenia, jesteśmy teraz z Django w epicentrum przeprowadzki.

I w związku z tą przeprowadzką ja kończę rozpakowywanie i urządzam mieszkanie, a Django wykańcza mnie nerwowo i urządza w mieszkaniu armagedon.

Dobre rady zawsze w cenie

Z dobroci serca, aby ustrzec niektórych przed rozczarowaniem, kieruję dziś następujące słowa do wszystkich osób, które rozważają posiadanie psa. Pierwszą rzeczą, na jaką musicie być przygotowani z chwilą, gdy pies przekroczy próg waszego domu, jest wykreślenie ze słownika wyrazu „nigdy”. I każdego zdania, które zawiera słowo „nigdy”. Przykłady poniżej.

Nigdy nie pozwolę wskakiwać psu na łóżko.

Mój pies nigdy nie zje świństw z trawy.

Ja nigdy nie zjem nic, w czym znalazłem sierść psa.

Django nigdy nie będzie miał problemów z zaaklimatyzowaniem się w nowym miejscu.

Otóż nie

To, że Django nigdy nie miał problemów z zaaklimatyzowaniem się w nowym miejscu, jeszcze nie oznacza, że nigdy tych problemów się nie nabawi! To, że dotąd było mu wszystko jedno, gdzie zostaje, kiedy wychodzę do pracy, wcale nie świadczy o tym, że pewnego dnia nagle mu się nie odmieni!

No i odmieniło się, oj, odmieniło…

Wszelką radość z naszego nowego „em półtora” przyćmiewa fakt, że Django kompletnie nie może się tu zadomowić.

Tak bardzo się starałam

Człowiekowi wydaje się, że zadbał o wszystkie aspekty, że długo przyzwyczajał psa do nowego lokum, że od początku bardzo pozytywnie je skojarzał, że mógłby o swoich przygotowaniach do przeprowadzki napisać podręcznik, sprzedać go w milionach egzemplarzy i wreszcie finansowo stanąć na nogi.

A potem przychodzi dzień, kiedy w końcu Django ma zostać „sam w nowym lokum” i na przestrzeni tygodnia szlag trafia worek z makulaturą, śniadaniówkę, książkę kucharską i metrową palmę z Ikei. Na dźwięk klucza w zamku Django z radości dostaje głupawki, choć dotąd zaledwie aprobował mój powrót z pracy niemrawym skinięciem głową.

CCTV, czyli Co Czyni Twój VIP?

Zaczynam więc nagrywać jego samotne godziny w domu, żeby zobaczyć, jakie emocje towarzyszą tym destrukcyjnym zachowaniom i okazuje się, że poza momentami, kiedy mój pies robi rozpierduchę (na przykład wskakuje na sofę, żeby stoczyć zażarty bój z narzutą i poduszkami), Django resztę czasu spędza, krążąc po mieszkaniu jak lew po klatce w ZOO. W przód, w lewo, w przód, w lewo, w przód, w lewo… Nie przesypia ani minuty. Mało tego, nawet nie siada na minutę. Chodzi jak Dulski wokół stołu i kto wie, ile razy dziennie wchodzi na Kopiec Kościuszki i ile razy z niego schodzi.

Nic dziwnego zatem, że kiedy wracam z pracy, Django zachowuje się jak turysta, który w klapkach wyruszył zdobywać Rysy i w środku nocy nagle dostrzega śmigłowiec TOPRu.

Idziemy na spacer, na którym Django znowu zgrywa zrównoważonego i rozsądnego psa, a potem wracamy do domu i mojemu psu rozjeżdżają się łapy i zamykają się oczy, bo zamiast jak każdy szanujący się pies spać 16 godzin na dobę, mój pies śpi tyle, co ja, czyli sześć.

Pies, który nie zajadał stresów

Nie jest niespodzianką, że Django, który w normalnych warunkach zjada tylko tyle, by ustrzec się przed śmiercią głodową, teraz je jeszcze mniej. Ciągle mam nadzieję, że w końcu się skusi i coś przekąsi, więc dorzucam mu do karmy różne rarytasy: a to makrelę wędzoną, a to szprotkę w oleju, a to śledzia w pomidorach.

I stoi ta karma apetyczna, a Django w najlepszym wypadku buja się nad nią na boki, przysypiając po ciężkim dniu, albo w ogóle do niej nie podchodzi, tylko idzie się położyć gdzieś, gdzie jej nie ma. I tak mieszkam nie w nowym, świeżo wymalowanym mieszkaniu, tylko na kutrze rybackim, na którym oczywiście nie ma kwiatów ani obrusów, ani nawet świeczuszek, bo kto na kutrze by to trzymał, skoro w każdej chwili może nadciągnąć sztorm.

Nie ma tego złego

Obiektywnie rzecz biorąc, to dobrze, że Django zniszczył te kilka rzeczy na początku, zamiast tłumić w sobie frustrację i niezadowolenie. Dzięki temu szybko dał mi do zrozumienia, że pod moją nieobecność dzieją się w domu złe rzeczy, na przykład to, że mnie w nim nie ma.

Dzięki tym dowodom rzeczowym dość prędko doszliśmy do wniosku, że jest problem i równie szybko wytoczyliśmy przeciw niemu ciężkie działa. Mam nadzieję, że poskutkują lada dzień. Żal psa. I nowych paneli, w których widać pierwsze wydeptane koleiny.