Gdy pies linieje, a pańcia się leni

Zaległości w wyczesywaniu mają oczywiście swoje konsekwencje.

Ciągle pada…

Podłoga w mieszkaniu codziennie wieczorem wygląda tak, jak polskie ulice w styczniu, gdy zima zaskakuje drogowców. Po każdym spacerze zostawiam Django w mieszkaniu, po czym wracam na klatkę schodową, by zbierać kawałki mojego psa, zanim sąsiedzi wezwą dzielnicowego. Django, pełen wiary, nadziei i miłości do mojego lenistwa, przemyka pod ścianami i chowa się w zaułkach mieszkania, by jak najdłużej unikać karzącej szczotki sprawiedliwości.

Dorosła i odpowiedzialna

Codziennie robię mały krok ku temu, by w końcu wyczesać tego kudłatego szczwanego liska: jednego dnia próbuję sobie przypomnieć, gdzie schowałam szczotkę, następnego dnia sprawdzam, czy faktycznie tam jest, kolejnego wyciągam ją i kładę w zasięgu wzroku.

Na spacerach opowiadam rozbawionym widokiem mojego psa przechodniom, jakie uciążliwe jest linienie ras północnych, że to niekończąca się historia, mimo że zdarza się tylko dwa razy w roku: najpierw od wiosny do lata, a potem od jesieni do zimy. Nie kłamię wprost. Subtelnie, pozostawiając aurę niedomówienia, sugeruję swoimi wypowiedziami, że rzetelnie zajmuję się kwestią wyczesywania psa i że stan jego sierści wynika tylko i wyłącznie z tempa, w jakim linieje, a nie z naszej wspólnej niechęci do czesania.

A potem wracam do domu, siadam obok Django na podłodze i wyciągam jego obluzowane fragmenty, jakbym ciągnęła losy na loterii albo wróżyła z liści akacji. Mój pies leży zrelaksowany, ja siedzę zrelaksowana i tak oto oboje uczestniczymy w naszej własnej wersji dogoterapii. Wilk syty, owca cała. Sytuacja win-win.

Ważkie konsekwencje przypadkowych spotkań

Pojechaliśmy dziś rano z Django i Tuwimem na wspaniały wybieg niedaleko Poznania: pusto, ogromna przestrzeń, trawka równo przystrzyżona, jak u sąsiadów zza zachodniej granicy, a po środku staw do kąpieli. Moje psy biegają, pływają, ja chodzę za nimi i podnoszę kawałki Django, jest bosko.

W pewnym momencie ktoś po drugiej stronie płotu zwraca się do nas z miłym przywitaniem. Spoglądamy w tamtym kierunku i widzimy naszą ulubioną psią fryzjerkę, panią Kornelię, która przyjaźnie zagaduje nas – swoich stałych klientów. Odpowiadam na jej powitanie równie uprzejmym tonem, po czym, cedząc słowa przez zęby, nakazuję Django stać w miejscu i się nie ruszać, bo wiem, że gdy tylko zrobi krok – rozsypie wokół siebie obumarłą sierść, tak jak wróżka z bajki rozsypuje gwiezdny pył.

Mój wyszkolony pies biegnie dalej, a mi pozostaje krzyknąć do pani fryzjerki, że przepraszam za to, jak wygląda husky i że wkrótce się u niej pojawimy. Pani fryzjerka odkrzykuje rozbawiona, że z daleka Django wcale nie wygląda najgorzej, po czym odchodzi, strzepując jego sierść z ubrania i wyciągając ją spomiędzy zębów.

Mus to mus

Słowo się rzekło, kobyłka u fryzjera. Wracam do domu z postanowieniem, że muszę umówić się na jak najszybszy termin, po czym biorę szczotkę i zaczynam wyczesywać swojego psa. I nareszcie rozumiem moje koleżanki, które żalą mi się czasem: „Jutro przychodzi pani do sprzątania, więc dziś muszę wysprzątać cały dom…”.