Cieszę się, że to jamnik - Psy.pl - mamy nosa!

Cieszę się, że to jamnik

Frania jeszcze jako szczenię mogła trafić do schroniska. Miała jednak szczęście i znalazła dom u dziennikarza TVN Tomasza Sekielskiego

W domu rodzinnym miał Pan duże psy. Skąd taka odmiana?
Rzeczywiście, wcześniej miałem owczarka niemieckiego Norę i kundla Bellę. A z Franią to był przypadek. Moja żona dowiedziała się od koleżanki, że jest do wzięcia malutka jamniczka. Powiedziała, że pojedzie ją zobaczyć. Na miejscu okazało się, że właścicielka mieszkania, które wynajmowała koleżanka Ani, nie zgadza się na psa. Ania usłyszała, że jak go nie weźmie, to szczeniak wyląduje w schronisku lub na ulicy. A ponieważ ma dobre serce, zabrała jamniczkę do domu. Pamiętam, że wróciłem z pracy, a sunia leżała pod łóżkiem i trzęsła się z przerażenia. Wziąłem ją na ręce – wydawało mi się wtedy, że to jest miniaturka, taka była maleńka. I proszę, jaka z tej miniaturki wyrosła wielka Frania…

No, do owczarka jej daleko…
Cieszę się, że to jamnik.

Bo można ją wziąć na kolana?
Owczarek też wskakiwał… ale jamniki są fajne, bardzo charakterne, mają swoje zdanie.

I pewnie łatwiej teraz mieć jamnika, po tych wszystkich wypadkach pogryzień – jamnika się nikt nie czepia.
To prawda, choć ludzie, którzy boją się psów, boją się każdego psa, czy jest duży, czy mały. Ja to zresztą rozumiem, bo też zostałem pogryziony, gdy byłem chłopcem. Mój dziadek miał psa łańcuchowego, a ja się nieszczęśliwie potknąłem i wpadłem pod budę.

I nie został Panu uraz po tym wydarzeniu?
Nie, bo miałem już wtedy psa i wiedziałem, że psy są różne, a to, jaki pies jest, zależy od wychowania.

Uważa Pan, że powinien być obowiązek szkolenia psów?
Myślę, że tak. I to nie tyle ze względu na psy, ile ze względu na właścicieli, bo to oni są niebezpieczni. Nie podoba mi się sformułowanie „rasy niebezpieczne” – każdy pies, który ma nieodpowiedzialnego właściciela, może ugryźć. Psa trzeba ułożyć, zwłaszcza dużego.

Ale fachowe ułożenie kosztuje, nie każdego na to stać.
Dlatego każdy musi się zastanowić, zanim weźmie psa, a nie dopiero wtedy, gdy już to zrobi.

A jeśli ktoś z dobrego serca bierze trudnego psa ze schroniska?
Nie mam recepty na to, co zrobić z psami ze schroniska, z niewiadomą przeszłością i często jakimiś wynikającymi z tej przeszłości skrzywieniami.

Pan bałby się wziąć takiego psa?
Bałbym się – przede wszystkim ze względu na moje małe dzieci. Oba psy w moim domu rodzinnym były z nami od szczeniaka. Norę dokarmiałem butelką, Bellę ojciec przyniósł w torbie. Sami je wychowywaliśmy. Pozwalały nam, dzieciom, na wszystko. Bałbym się wziąć psa, co do którego nie miałbym takiej pewności. A z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że psów w schroniskach jest coraz więcej i jeśli nikt ich nie będzie brał, to też może dojść do jakiejś tragedii. Ale nie powiedziałbym nikomu z czystym sumieniem: „Bierzcie psy ze schroniska, bo one są bezdomne i trzeba im pomóc”. To wymaga zastanowienia się i odpowiedzialności – nie tylko ze względu na własną rodzinę, ale całe otoczenie.

Miał Pan same suczki – to chyba nie przypadek?
Gdybym dziś miał wybierać, też wziąłbym sukę. Myślę, że są wierniejsze, bardziej oddane człowiekowi i mają lepiej poukładane w głowie.

Niektórzy twierdzą, że są bardziej kłopotliwe…
Ale tym kłopotom można zaradzić. Gdy Frania stała się dorosła, zaczęła mieć ciąże urojone – moja żona była w ciąży i Frania też zaczęła być „w ciąży”. Wysterylizowaliśmy ją, żeby się nie męczyła.

Dlaczego tak trudno uregulować u nas prawnie sprawy zwierząt?
Polscy politycy i urzędnicy, którzy odpowiadają za szeroko rozumiane bezpieczeństwo, nie znają się na psach. Myślę, że to podstawowy powód – dla nich to jest czarna magia.

Przecież mogliby się konsultować ze specjalistami…
Mogliby też konsultować sprawy związane ze służbą zdrowia – a nie konsultują, mogliby konsultować kwestie związane z budową autostrad – a też nie konsultują. Generalnie niestety brakuje nam profesjonalnych polityków, którzy znaliby się na sprawach naprawdę ważnych dla zwykłych ludzi i którzy potrafiliby korzystać z rad tych, którzy wiedzą więcej od nich. Krótko po objęciu rządów przez koalicję SLD-PSL w 2001 roku doszło do serii tragicznych pogryzień. Wtedy MSW zwołało wielką konferencję prasową, zapowiedziano zmiany, monitoring, dzielnicowi mieli chodzić po ulicach i sprawdzać pozwolenia na psa tzw. groźnej rasy. Zapowiedziano zmiany prawa, obostrzenia, obowiązek szkolenia – i co? I nic. Minęły trzy tygodnie, sprawy ucichły, ludzie przestali żyć tymi tragicznymi wydarzeniami i politycy też stracili dla nich zainteresowanie.

Czyli brak perspektywicznego myślenia?
Wciąż się mówi o tym, że są w Polsce podziemne walki psów. A nic mi nie wiadomo o żadnych spektakularnych zatrzymaniach właścicieli tych psów czy organizatorów walk.

Właśnie zlikwidowano nielegalną „hodowlę” psów do walk w Otwocku…
Ale to się zdarzyło teraz, a od ilu lat słyszymy o istnieniu takich hodowli? Już pomijam – choć dla mnie to jest najważniejsze – że zwierzęta tam cierpią, że się zagryzają – ale przecież przy organizacji takich walk popełnia się wiele przestępstw, np. nielegalny hazard. I mimo to nie słychać, żeby były jakieś obławy policyjne, żeby ktokolwiek poszedł siedzieć za organizowanie czegoś takiego. Ja w każdym razie żadnej takiej akcji nie kojarzę.

Dziennikarze mogliby pomóc, bardziej węsząc przy takich sprawach…
W naszym kraju jest tyle różnej patologii, którą trzeba tępić, gonić, pokazywać, że dziennikarzom chyba brakuje na to czasu. A być może oni także nie zdają sobie sprawy z rangi problemu i trochę to bagatelizują. Poza tym dziennikarze też czasem po paru tygodniach tracą zainteresowanie tym, co się dzieje z obietnicami polityków. Więc trochę winy jest też po naszej stronie.

Ale informacje dotyczące psów w „Faktach” są zawsze pogłębione, na poziomie.
Bo o poziom dba nasz wydawca Grzegorz Jędrzejowski, który jest właścicielem bulteriera i szlag go trafia, jak się wrzuca wszystkie psy do jednego worka i robi z nich śmiertelną broń. Kiedyś po jakichś krzywdzących tekstach w prasie na temat bulterierów przyniósł nawet do redakcji książkę o psychologii psów i tłumaczył, że źle wychowane bulteriery mogą być agresywne w stosunku do innych psów, ale nie wobec ludzi. Choć czasami, jak coś nam nie idzie tak jak powinno, mówi: „Oj, bo przyprowadzę Antka do pracy…”.

Taki ten Antek groźny?
Skądże. Znam Antka od szczeniaka i przy każdej okazji chętnie się z nim bawię. Zresztą w ogóle psy mnie lubią.

To może warto bardziej wykorzystać ten fakt?
Rzeczywiście, zastanawialiśmy się już nawet, czy nie kupić drugiego psa. Teraz odłożyliśmy ten pomysł ze względu na chorobę Frani.

A co jej dolega?
Uraz kręgosłupa – musiała niefortunnie z czegoś zeskoczyć, gdy była sama w domu. Kiedy moja żona wróciła, Frania nie mogła już ruszać tylnymi łapami, tylko się czołgała. To się stało w czerwcu. Teraz, po paru miesiącach intensywnej kuracji i zastrzyków, zaczęła chodzić.

A gdy Frania już do końca wyzdrowieje, na jakiego może liczyć kolegę?
Ja to bym chciał jeszcze psa dużego… Nie obronnego, ale po prostu kawał psa. Owczarka niemieckiego, bo jestem tradycjonalistą, albo – ze względu na dzieci – labradora.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *