Czyż nie zaklina się koni - Psy.pl

Czyż nie zaklina się koni

Piękny andaluzyjski koń przyjechał do Polski z Hiszpanii. Niewiele brakowało, a trafiłby do rzeźni. Zaopiekowała się nim Halina Gronowska, która nie tylko w Wigilię świetnie rozumie się ze zwierzętami

Trzydziestoletnie doświadczenie instruktorskie, kaskaderskie, wykonawczyni najtrudniejszych numerów w rewii konnej, konsultantka całej rzeszy znanych aktorów przygotowujących się do filmowych ról jeździeckich – wszystko to podpowiadało Halinie Gronowskiej: „weź go”, „dasz sobie radę”. I wzięła… zapłaciwszy kilkanaście razy mniej, niż średnia cena wierzchowca tej rasy. A od sprzedającego usłyszała na do widzenia: „i tak go nie okiełznasz”.

Co koń potrafi
Konia tego widziałem kilka miesięcy temu, zaraz po tym, jak trafił w ręce nowej opiekunki. Spuszczoną głowę wtulał w kąt stajennego boksu. Na widok człowieka pokazywał zęby. Trzeba było dużej odwagi, by zbliżyć się, choćby na wyciągnięcie ręki. Konia tego widziałem też wczoraj. Ba! Głaskałem go po czole, a on muskał wargami moje ramię. Chwilę potem obserwowałem codzienne zajęcia na padoku. Koń stał w odległości kilkunastu metrów od swojej właścicielki i wpatrzony w nią błagał, by pozwoliła mu podejść. Kiedy dała znak, zbliżył się bez wahania. Gdy skierowała rękę w prawo, on zaczął galopować w tym kierunku. Później to samo w drugą stronę. Wreszcie sygnał stop. I znów błagalne spojrzenie, grzebanie nogą, oblizywanie się, by tylko Pani pozwoliła do siebie podejść. A kiedy padła komenda: „do stajni”, poszli gęsiego. Najpierw Pani, a za nią ON – KOŃ. Podążał niczym cień. Bez wodzy, bez uwiązu (linki do prowadzenia), w pełni swobodny. Cyrk?

Naturalne „sztuczki”
Identyczne pytanie zadawali sobie jakiś czas temu niewtajemniczeni widzowie pierwszego w Polsce pokazu szkoły Pata Parellego. Współpracownica tego słynnego zaklinacza, Sandra Ragazzi-Pye demonstrowała, co koń potrafi. A to kazała mu się położyć, a to stanąć dęba, to podnieść nogę, kiedy ona podnosiła swoją… Złośliwi komentowali: wytresowany i tyle! Każde zwierzę można przecież zmusić, by wykonywało obce sobie, ale atrakcyjne dla publiczności sztuczki.
– Po pierwsze nie sztuczki, po drugie nie obce sobie – oburza się Halina Gronowska. – Rzecz w tym, by dotrzeć do psychiki konia i uświadomić mu, że jest się jego przyjacielem, a nie wrogiem. I najtrudniejsze: koń musi uznać nas za swojego przewodnika, osobnika dominującego w stadzie. Dopiero wtedy można osiągnąć efekty. Sandra nie wymaga przecież od konia skakania w ogień. Każe mu np. położyć się, co jest dla niego normalne. Każe mu stanąć na dwóch nogach, w naturze też staje. I wcale nie trzeba siły, by nauczyć tych zachowań. Gdybym próbowała lać mojego andaluza batem po zadzie, niczego bym nie osiągnęła.

Dwie szkoły
Wczoraj zestresowany, zastraszony, dziś sam idzie do ludzi…? – Mam własną, latami wypracowywaną metodę. Potem okazało się, że to kompilacja dwóch systemów opracowanych przez najsłynniejszych na świecie koniarzy, Monty Robertsa i wspomnianego już Pata Parellego, moich guru. Obaj, przez lata, obserwowali dzikie mustangi, poznawali ich język – mowę ciała. Ruchy, gesty – każdy oznacza coś innego. Np., kiedy stanę na wprost wierzchowca i będę wpatrywała się głęboko w jego oczy, a do tego jeszcze rozczapierzę palce rąk, zwierzę w obawie ucieknie, ewentualnie zaatakuje. Ale jeśli stanę do niego bokiem, poczuje się bezpieczne. Z kolei gdy ucieka, a ja zacznę „głaskać” go wzrokiem, wyślę mu w ten sposób sygnały, że nic mu nie grozi. Takich gestów, ułożeń ciała są setki. Przeciętny koniarz jest w stanie opanować kilka, najwyżej kilkanaście. Aby zrozumieć więcej, trzeba mieć w sobie to „coś”, tak jak Roberts i Parelli. Mimo, iż mieli niemal identyczne doświadczenia, stworzyli dwie różne szkoły. Pierwszy opracował metodę „Inteligent Horsmanship”, która przygotowuje konia pod siodło. W jej efekcie wierzchowiec najpierw ma zaakceptować nowego przewodnika, a potem przyjąć uprząż. Roberts nie używa żadnych linek, uwiązów, lassa. To prawie tak, jakby obaj byli na wolności.
Pat Parelli z kolei, twórca „Natural Horsmanship”, pracuje z koniem na kilkumetrowej lince, ale uczy nie tyle zwierzę, co człowieka, jak z owym zwierzęciem postępować, by nie stanowiło zagrożenia. Koń zawsze może się spłoszyć, ale uciekając nie wolno mu nas stratować. I dlatego właśnie andaluz Haliny Gronowskiej nie podejdzie do swojej przewodniczki bez zezwolenia… To się nazywa szacunek dla obcego terytorium.

Człowiek klaczą i ogierem
Niektórzy obserwatorzy szkoły Parellego dostrzegają w jego metodzie dużo brutalności.
– To nie tak – replikuje Gronowska. – Najpierw trzeba zrozumieć prawa żyjącego wolno, dzikiego stada. Stadem rządzi klacz, która decyduje np., w którym udać się kierunku. Zawsze jednak znajdą się jakieś oporne osobniki. Tymi zajmuje się ogier. Tylko on pokaże zęby, jak trzeba nawet kopnie, by podporządkować wszystkich szefowej grupy. Człowiek-przewodnik musi być dla konia zarazem i klaczą i ogierem. Klacz to nasza ręka wskazująca kierunek, ogier to nasz bat i nieprawdą jest, że ów bat odstrasza i przeraża. Mój koń biegnie do mnie z ufnością także wtedy, gdy trzymam szpicrutę. Wie, że nic mu nie grozi. Chodzi więc o to, by wszelkie pomoce stosować z głową. – Ja też mam bat, ale używam go sporadycznie – mówi Halina Gronowska. – Przede wszystkim staram się stworzyć odpowiednią atmosferę. Tylko wówczas możliwe jest poznanie się z koniem i ustalenie, kto tu rządzi, jak u Montyego. Dopiero potem, w drugim etapie, pracuję z linką, jak Pat. Moja praca znalazła potwierdzenie w ich metodach.
Zrozumieć konia

– Dogadywanie się z końmi zawsze jest szalenie trudne, szczególnie, jeśli trafia się na wierzchowca nerwowego, nieufnego, po przejściach – mówi Katarzyna Jasińska, córka Maryli Rodowicz.
– Takiego konia właśnie miałam. W żaden sposób nie potrafiłam nawiązać z nim wspólnego języka. Znajomi podpowiadali nawet: „daj sobie spokój i tak nic nie wskórasz”. A ja uparłam się. Szukałam różnych rozwiązań.
Kiedy dowiedziałam się o kursie Pata Parellego, pomyślałam, iż może właśnie w tej metodzie jest jakaś szansa. Uczyłam się pilnie, uzyskałam pierwszy stopień specjalizacji. Dziś nawet bardzo doświadczeni jeźdźcy nie mogą uwierzyć, że pracuję z koniem, który tak niedawno nie tylko nie umiał, ale nawet nie chciał porozumieć się ze mną.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *