Jak Marakesz morze przepłynął - Psy.pl

Jak Marakesz morze przepłynął

Gdy próby zostawienia zwierzaka Marokańczykom zawiodły, podjęliśmy decyzję: Marakesz jedzie do Polski. Tylko czy uda się przewieźć afrykańskiego kota przez cztery granice?

Chcąc najkrócej opisać Maroko, wybrałabym słowo „koty”. Okupują one targi, herbaciarnie, dworcowe bary i portowe nabrzeża. Zwykle nikt ich nie przepędza, a w wielu kawiarniach dobrze widziane jest częstowanie zwierzaków kąskami z własnego talerza.

Polska kiełbasa dla kociąt
Te wszędobylskie stworzenia przypominają Arabom o Muezzie, kotce Mahometa. Ponoć sam Prorok ofiarował jej bezcenny dar spadania na cztery łapy – dar, który przekazała wszystkim kocim pokoleniom. Muzułmanie pamiętają, że Mahomet wolał odciąć skrawek swojej szaty, niż obudzić śpiącą na niej ulubienicę. Zamieszkujący Maroko Berberzy wierzą, że kot jest najczystszym spośród stworzeń i że modli się trzy razy dziennie.
Choć wszyscy w Maroku karmią bezdomne koty, nikt nie troszczy się o nie, gdy chorują. Słowo weterynarz budzi powszechny uśmiech i wzruszenie ramionami. Wielu ludzi po prostu nie stać na to, by zaprowadzić do lekarza własne dziecko, a co dopiero kota. Nic dziwnego, że kocięta, gdy zapadną nawet na niewinną chorobę, giną. Hojnie rozdawałam im pęta polskiej kiełbasy, nie miałam jednak zamiaru przewozić żadnego z nich na drugi kontynent!
Brzemienne w skutki spotkanie nastąpiło w leżącym na południu królestwa mieście Marrakesz. Kot był małą brudnobiałą kulką, miauczącą rozpaczliwie przed drzwiami hotelu. Gdy przemyłam mu zaropiałe oczy, spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Być może był to pierwszy widok w jego krótkim życiu?

Zabierzesz go do Bulandy!
Próba wręczenia znaleziska miejscowym zawiodła. – Ja już mam sześć kotów – brzmiały uprzejme, lecz wymijające odpowiedzi. Wszyscy okoliczni sklepikarze byli jednak zgodni co do przyszłych losów Marrakesza (takie imię otrzymał podrzutek).
– Zabierzesz go do Bulandy! – twierdzili (Bulanda to po arabsku Polska). – Czy wy tam w ogóle macie koty? Macie? Coś podobnego! Ale na pewno nie takie piękne! Prawdę mówiąc, Marrakesz nie był wtedy ani trochę piękny. Załzawione oczy, brudnobiałe futro z dziwnymi rudawymi plamkami… Na domiar złego był skazany na dietę złożoną z serków Kiri i smażonego kurczaka. No bo kto by w Maroku słyszał o mleku w proszku dla kocich niemowląt.
Po wielu perypetiach ja i mój przyjaciel, który zdobywał dla Marrakesza wymyślne wiktuały, dotarliśmy do jednego z nielicznych w mieście gabinetów weterynaryjnych. Zastaliśmy tam miłą absolwentkę moskiewskiej uczelni (sądząc z rozmiarów strzykawki, której użyła do zastrzyku, kończyła specjalizację zwierzęta cyrkowe).

W koszu zaklinacza węży
Młoda lekarka, pełna dobrej woli, w języku naszych braci zza Buga oświadczyła, że wyda Marrakeszowi certyfikat uprawniający do przewozu za granicę dopiero za tydzień, jeśli antybiotyki podziałają. Radziła jednak oddać znajdę do szpitala (czyli miejscowego schroniska). Bez słowa podjęliśmy decyzję: Marrakesz jedzie z nami. Nasza praca wymagała jednak podróżowania po całym kraju i nie mogliśmy wrócić do miasta za tydzień. Zdecydowaliśmy, że poszukamy innego lekarza i będziemy go przekonywać do wydania papierów.
Marrakesz przemierzył z nami setki kilometrów w koszyku zaklinacza węży. Nieświadom grozy swego położenia sześć razy dziennie przyjmował leki i posiłki, a ja martwiłam się, co będzie, jeśli nie dostanie certyfikatu. Za dziewięć dni kończyła nam się wiza…
Po siedmiu dniach znaleźliśmy się w Rabacie. Mimo stałej pielęgnacji nasz kot nadal nie wyglądał na towar eksportowy pierwszej jakości. Może zawiązać mu na szyi czerwoną wstążeczkę? Uczesać rzadkie włoski? – myśleliśmy, jak oczarować weterynarza, a później celników. W ostateczności byliśmy zdecydowani przemycić go w rękawie.

Giuseppe z Bolonii
Przerzucałam książkę telefoniczną w poszukiwaniu lekarza weterynarii. Zastanawiałam się, w jakim języku powiem, że muszę zabrać Marrakesza do Polski. Mój francuski – tragiczny, angielski Marokańczyków – koszmarny. Biegle posługuję się włoskim. Ale skąd włoski w Maroku? I nagle zauważyłam w książce nazwisko „Giuseppe Manzoni”. Uznałam to za pomyślną wróżbę. Doktor omal nie zemdlał, gdy na peryferiach Rabatu usłyszał ojczysty język. Pochodzi z Bolonii, w której mieszkałam kiedyś jako stypendystka. Bez zbędnych pytań wypisał dokument uprawniający do wywozu Marrakesza. Nie mógł jednak, z racji wieku kota, zaszczepić go na wściekliznę. Nadal musieliśmy liczyć na łut szczęścia i życzliwość celników. Przed nami cztery granice.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *