Jak pomóc psu przerażonemu sylwestrowym szaleństwem? - Psy.pl - mamy nosa!

Jak pomóc psu przerażonemu sylwestrowym szaleństwem?

Od wielu lat boję się sylwestrowej nocy. Co tam nocy, kanonady zaczynają się już od rana, a nawet kilka dni wcześniej. Z zasady nikomu źle nie życzę, ale w wypadku użytkowników sztucznych ogni jest inaczej. Im życzę pourywania palców, bo jedynie to może ostudzić piromańskie skłonności. Czy naprawdę nie umieją zrozumieć, że czynią innym szkody? Nie umieją.

Co pozostaje nam, opiekunom psów przerażonych sylwestrowym szaleństwem?

Najważniejsze – nie wyprowadzać psów na spacer, gdy niebo płonie od sztucznych ogni. Najwięcej psów ginie właśnie wtedy, bo przerażony zwierzak wpada w panikę, wyrywa się opiekunowi i gna, gdzie go oczy, a raczej łapy poniosą. Nie wolno do tego dopuścić. Lepiej, żeby załatwił potrzebę fizjologiczną w domu. Trudno, każdemu może się zdarzyć.
 
Najlepiej już tydzień przed sylwestrem odwiedzić lekarza weterynarii, który doradzi, jaki lek uspokajający podać psu. Każdy tego typu preparat trzeba najpierw przetestować na swoim zwierzaku, czyli podając małe dawki, sprawdzić, jak reaguje na lekarstwo. Nie chodzi o to, by padł jak kawka, ale żeby jego reakcje nie były tak wybuchowe jak kanonada za oknem.
 
A swoją drogą okno musi być szczelnie zasłonięte, bo psy boją się nie tylko huków, ale i błysków. Dobrze jest włączyć radio lub telewizor, które choć częściowo zagłuszą to, co się dzieje na zewnątrz. Żeby to wszystko zrobić, trzeba zostać domu. Nie ma mowy o balach i kuligach. Pozostaje trwać przy przerażonym podopiecznym. Sam by sobie nie poradził.
 
Właśnie z tego powodu nie pamiętam, kiedy ostatnio obchodziłam sylwestra poza domem. Chyba na studiach. Nie wszystkie moje psy bały się fajerwerków, ale ja się bałam, że mogą zacząć się bać, a poza tym zawsze lubiłam świętować z rodziną. Prawdziwe kłopoty zaczęły się dopiero przy Ciapku. Ten wielki, dzielny pies nie bał się niczego poza burzą i hukiem petard. Kompletnie tracił rozum. Próbował wyjść przez zamknięte okno, staranować drzwi lub wejść do mysiej dziury. Oczy i uszy traciły kontakt z rzeczywistością. Nie słyszał moich słów, nie widział gestów. Jego osiemdziesięciokilogramowe ciało wpadało w drgania zgodne z przyspieszonym rytmem serca. Leki uspokajające trochę pomagały. Już nie starał się uciec, ale strach dalej rządził głową. Zamykaliśmy się w łazience i tam witaliśmy Nowy Rok. Siedziałam na podłodze, tuliłam wielki łeb i szeptałam do ucha najmilsze słowa. Uspokajał się. Zamykał oczy i czułam, że jestem jedyną deską ratunku. To wspaniałe uczucie. Dzięki Ciapkowi doświadczałam go przynajmniej raz w roku. Zazwyczaj jednak częściej, bo czerwcowe burze nie są rzadkością. Czasem przychodzą bez zapowiedzi. Zakradają się nocą jak złodzieje. Właśnie wtedy Ciapek rozpaczliwie szukał swojej deski ratunku. Właził do łóżka i starał się ułożyć na mojej głowie. Zważywszy rozmiar psa, mogłam ulec podduszeniu. Do niczego takiego jednak nie dochodziło. Wiedział, że jeśli nie doczekam sylwestra, on też przegra. Dziś nie ma już Ciapka. Odszedł na zawsze trzy lata temu. Zostawił po sobie strach.
 
Psy uczą się od siebie nawzajem. Ciapcio był znakomitym nauczycielem. Drapek wpada w panikę przy kapiszonowym wystrzale. Jest niewielkim psem, więc łatwiej mu znaleźć mysią dziurę. Sarna to dobermanka i jej gabaryty utrudniają Drapkowe rozwiązania. Na szczęście jestem jeszcze ja – deska ratunku. Pozostałe siedem psich dusz radzi sobie z hukami i błyskami. Nie lubią ich, ale znoszą je dzielnie. Zamykają oczy i udają, że śpią. Im nie trzeba dawać uspokajaczy. Myślę, że byłoby inaczej, gdyby zostały same. Pamiętajmy, że żaden, nawet królewski bal nie jest wart cierpienia naszego przyjaciela i zostańmy w domu.   
Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *