Katarzyna Lengren - Psy.pl

Katarzyna Lengren

Nie szukam ich specjalnie. Ale te zwierzaki, które spotykam na swojej drodze i które wymagają pomocy, przygarniam zawsze. Kiedyś się wahałam jak każdy, czy to zrobić. Dziś już nie. I mam apel do czytelników, żeby się nie bali pomagać zwierzętom.

Wszyscy mówią: Pojechałbym do schroniska, ale nie mogę patrzeć na te biedne stworzenia, albo: Wezmę tego biednego chudego psa, który się tu błąka, ale co ja z nim zrobię? Jeszcze się przywiążę.

Jeśli się przywiążesz, to zrobisz coś dobrego dla niego i dla siebie, a jeśli tylko nakarmisz, odstawisz do schroniska czy dasz ogłoszenie do gazety, też pomożesz. Zwłaszcza że znajdowanie domu dla zwierząt nie jest wcale takie trudne. Ja wierzę w siłę literatury. Ilekroć znajdę jakieś zwierzę, daję ciekawe ogłoszenie. Najwięcej ludzi zgłosiło się na: „Oddam kotkę w botkach” – chodziło o czarnego kotka z białymi końcówkami łapek.

Zwierzakom w potrzebie powinno się pomagać i nie należy się tego bać. W samochodzie wożę kaganiec z materiału, bo często podczas wakacji zdarza mi się zgarniać psa z szosy. Najpierw go karmię, potem zakładam kaganiec i zabieram do samochodu, później go leczę, a następnie oddaję w dobre ręce – raczej nie do schroniska.
Sama zaś kilkanaście lat temu wzięłam psa ze schroniska Na Paluchu. Uznałam bowiem, że skoro są psy, które potrzebują miłości, a ja potrzebuję miłości psa, to pojadę do schroniska.

Okazało się, że tego dnia było ono zamknięte, ale sprzątaczka wpuściła mnie i pokazała mi zwierzaki. Chciałam wziąć małego psa (kobiecie łatwiej jest się zaopiekować takim stworzeniem, gdy np. zachoruje). Na końcu korytarza zauważyłam bardzo brzydkiego psa – był zielony, miał krótkie łapy – ale oprowadzająca mi go odradziła. Po powrocie do domu położyłam się spać, a on mi się przyśnił. Pomyślałam, że skoro miał taką siłę mentalną, by trafić do mojego snu, to muszę go wziąć. I rano popędziłam po niego, choć nie był nadzwyczajnej urody i jak się potem okazało, bardzo mocno czuć mu było z pyska. Żadne pasty nie pomagały. Moja córka mówiła żartem: Znów na mnie śmierdnął.

Wacek był niezwykle mądry i kochał mnie tak, że tam gdzie byłam ja, tam był jego nos. Nawet w domu zawsze wiadomo było, gdzie jestem, bo w tę stronę kierował swój nos. Nim do mnie trafił, był bardzo zatruty. Chorował na wątrobę i Na Paluchu go leczono.

W związku z tym nie lubił weterynarzy i miejsc, w których pachniało lekarstwami, a także łazienki, bo tam były kafelki. Wacek spędził ze mną 13 lat. Dożył sędziwego wieku, bo gdy go brałam ze schroniska, nie był już młody – miał całkiem siwą mordę. Od trzech lat towarzyszy mi terierowata suczka Duśka. To córka Pestki, która przyplątała się do pewnej stadniny. Pestką zaopiekowali się moi przyjaciele, ale okazało się, że jest w ciąży. Urodziła sześcioro szczeniaków. Trzeba im było znaleźć domy. Zdecydowałam, że wezmę ostatniego szczeniaka – tego, którego już nikt nie będzie chciał…

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *