Katastroficzna wyobraźnia

Anna Wydra ma małą kawalerkę, a w niej ponad 40 kotów i trzy psy. Te zwierzęta czekają u niej na adopcję, bo pani Ania działa w fundacji Canis. Co na to sąsiedzi? - Nie mają się do czego przyczepić. U mnie jest czysto

– Pani wchodzi, a Pan biegnie po Mikołaja. Szybko, szybko – uciekł piętro wyżej! W miesięczniku o zwierzętach pracuje, a kota zatrzymać nie potrafi – gdera drobna postać w drzwiach. Za nią, przy niej i nad nią – na półce na nakrycia głowy – czają się kolejni długowąsi chętni do zwiedzenia klatki schodowej. – Płaszcze do szafy, torby najlepiej też – komenderuje pani Anna – nie radzę zostawiać niczego na wierzchu.

Czy ktoś siedzi w szafie?
Rozglądanie się po zaskakująco schludnym – zważywszy liczbę lokatorów – mieszkaniu przypomina zabawę w „wytęż wzrok”. Początkowo wydaje się nam, że widzimy najwyżej 20 kotów. Leżą na kanapie i obsiadają malowniczo gustowny komplecik z IKEA – stolik i krzesła. Gdy jednak zaczynamy się rozglądać uważniej, dostrzegamy ogon sterczący zza szafy w przedpokoju, uszy strzygące znad półki pod sufitem, podejrzaną ozdobę na telewizorze czy puchatą kulkę wciśniętą na półce obok sprzętu muzycznego. Przy oknie koty śpią piętrowo: trzy na parapecie, dwa na kaloryferze i dwa pod nim. – Czy ktoś siedzi w szafie?! – krzyczy pani Anna, bo rzeczywiście dobiega z niej jakiś chrobot.

– Widzę, że mieszkanie od początku jest przystosowane do zwierząt – zagajam na widok kremowych kafelków na ścianie w pokoju i odpornej na kilkaset pazurów zielonej wykładziny przemysłowej na podłodze. – Wprowadziła się tu pani niedawno, z całą tą gromadą? – A skąd! – prostuje pani Ania. – Wprowadziłam się przed laty, jak normalny człowiek – z jednym psem…

Dobry majster wyprowadza psy
– Majstrowi się robota w rękach nie paliła, ale trudno mu się dziwić, bo karmił koty i wyprowadzał psy, gdy mnie nie było – opowiada pani Anna o niedawnym remoncie mieszkania. – Ale gdy wróciłam z pracy, a ta ciężka wykładzina z jednego kawałka leżała już na podłodze, i wszyscy żyli, to naprawdę byłam pełna podziwu – koty przecież uwielbiają asystować majstrom… Efekt remontu to także parę praktycznych rozwiązań – np. lustro na szynach, barykadujące zwierzętom wstęp do kuchni. Prawo przebywania w niej ma tylko dwoje seniorów, stroniących od ruchliwej młodzieży.

Pani Anna pracuje na pełnym etacie. Żeby zdążyć do pracy na 8, wstaje o 6 – choć do pracy ma blisko. Przed wyjściem trzeba jednak zrobić obrządek: nakarmić cały zwierzyniec, wyprzątnąć kuwety (miesięcznie koty zużywają 200 kg żwirku), wyprowadzić psy… Na sprzątanie (żeby nie śmierdziało!) pani Anna poświęca 4 godziny dziennie. – To mój czyściec na ziemi – mówi. – Potem pójdę już prosto do nieba.

Ogród nie dla kota
– Jak pani się tu z nimi wysypia? – pytam spoglądając na kanapę, dosłownie oblepioną kotami. – Nie wysypiam się – pada lakoniczna odpowiedź. – Nie da się. Wyspać nie da się także dlatego, że zawsze jest tyle do zrobienia, nawet w weekendy. To w weekendy pani Anna najczęściej spotyka się z osobami chcącymi adoptować kota. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że pani Anna chętnie upchnie chętnym nadwyżkę kotów. – Ma pan ogród? – pyta pani Anna potencjalnego właściciela. – Mam! – odpowiada uradowany, sądząc, że jego szanse na kota właśnie znacząco wzrosły. – To przepraszam bardzo, ale nie ma pan odpowiednich warunków dla kota – odpowiada pani Anna zdumionemu kandydatowi. – W dzisiejszych czasach koty bezpieczne są tylko w blokach, oczywiście pod warunkiem, że w oknach są siatki – tłumaczy.

Pani Annie zdarza się też poskramiać zapędy starszych osób na kocię czy szczenię: – Ludziom brakuje wyobraźni. Czasem osoby koło siedemdziesiątki chcą dwumiesięcznego kota albo żywiołowego, dużego psa, którego trudno im nawet utrzymać na smyczy. Nie myślą, co się stanie ze zwierzęciem, gdy zabraknie im sił czy zdrowia. A ja mam wyobraźnię katastrofalną.

Dylemat kretyna
– Czasem ryczę. Z bezsilności – przyznaje pani Anna. Bo choć można jej gratulować dziesiątek udanych adopcji, to jednak zwierząt wciąż przybywa. Są sterylizowane, ale nie usypiane. – Tylko raz, na samym początku mojej działalności w Fundacji, miałam dylemat kretyna: któremu kociakowi z miotu darować życie, a którego skazać – opowiada pani Anna. – Przysięgłam sobie, że nigdy więcej nie podejmę takiej decyzji.

Fundacja pokrywa wprawdzie koszty leczenia, szczepień, sterylizacji i częściowo karmy, ale pani Anna jest właściwie niewolnicą swoich zwierząt – nie może ich zostawić samych na dłużej niż parę godzin. Poza tym nie wszyscy sąsiedzi patrzą przychylnym okiem na jej działalność. Ale pani Anna zna swoje prawa, zna Ustawę o ochronie zwierząt i paragraf mówiący o obowiązku pomagania im. Nie da sobie w kaszę dmuchać: – Gdy sąsiedzi zarzucają mi, że koty tupią, to mówię, że mogłabym mieć przecież tupiące dzieci. A gdy zwracają uwagę, że pies zaszczekał po godz. 22, to tłumaczę, że to hałasy pijanych mieszkańców osiedla go do tego sprowokowały.

Pani Anna nie przebiera w słowach. Nie ukrywa postawy roszczeniowej: uważa, że należy jej się wszystko od wszystkich – dla zwierząt. Ludzi to czasem irytuje, ale Fundacji bardzo się przydaje. Pani Anna jest jej agentem do spraw niemożliwych – załatwia bezpłatne transporty i reklamy, szuka sponsorów, wciska ludziom zwierzęta na przechowanie. Powtarza, że ludzie dzielą się na tych, którzy zwierzętom pomagają i na tych, którzy tylko tak twierdzą. Sama bez fałszywej skromności zalicza się do tych pierwszych: – Nie mam skrupułów, bo nikogo nie krzywdzę. Wręcz przeciwnie – robię dużo dobrego i sporo osób na tym skorzystało. Wielu rzeczy uczą się ode mnie.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *