Mój pierwszy raz: Pierwsza wizyta u weterynarza - Psy.pl - mamy nosa!

Mój pierwszy raz: Pierwsza wizyta u weterynarza

Każdy kolejny pies ma zwykle lepiej niż poprzedni, bo uczymy się na własnych błędach. W tym cyklu pokazujemy, co wtedy czują nasze psy, i doradzamy, jak uniknąć frustrujących je potknięć.

Gacek: Fajne miejsce i fajny ten pan!
Kilka razy przechodziliśmy już obok tych drzwi. Pachnie za nimi niezbyt przyjemnie… Ale mój pan zawsze podaje mi tu smakołyki; to zdaje się jednak całkiem przyjazne miejsce! Dziś weszliśmy do środka. Przez korytarz przeszliśmy do niedużego pokoju, gdzie jakiś człowiek w białym fartuchu przywitał się ze mną serdecznie, posadził mnie na takim śmiesznym metalowym stole, pogłaskał, dotykał głowy i grzbietu, dał nagrodę. Pożegnałem się z nim i wyszliśmy. Fajne miejsce i fajny ten pan. Będziemy do niego czasem zaglądać.

Gacek miał szczęście, że jego właściciel wpadł na pomysł bezstresowego zapoznania go z lecznicą dla zwierząt. Do tego eksperymentu przydał się… zaprzyjaźniony weterynarz, który zgodził się poświęcić parze kilka minut. To świetnie, gdy pierwsza wizyta w gabinecie nie wiąże się z bolesnymi – czy też nawet tylko wymagającymi unieruchomienia psa – zabiegami. Na razie zwierzak nauczył się spokojnej reakcji na podnoszenie i stawianie na stole; dostał też nagrodę za grzeczne zniesienie krótkich manipulacji przy sobie.

Wiele problemów z psami w lecznicach bierze się z prób gwałtownego przełamywania ich oporu, wynikającego ze zwyczajnego strachu przed nieznanym. Kiedy już pies raz wpadnie w panikę, zaczyna się miotać, walczyć lub stawia bierny opór, z którym dość trudno sobie poradzić. Paniki można by uniknąć, gdyby zwierzak został choć trochę oswojony z procedurą obowiązującą w gabinecie. Nawet ból znosi się łatwiej, gdy nie stracimy poczucia bezpieczeństwa – a ilu właścicieli i lekarzy weterynarii zdaje się o tym zapominać…

Warka: Muszę walczyć o życie!
Jak tu brzydko pachnie! Jakimiś paskudnymi lekarstwami i strachem. Mój pan trzyma mnie mocno, nie mogę się ruszyć! Boję się! Wyrywam się, ile sił, a pan na mnie krzyczy. Zły jest też człowiek w fartuchu, który pomaga panu mnie trzymać… Im bardziej się złoszczą, tym bardziej próbuję się wyrwać. Muszę walczyć o życie! Ratunku!

Pan Warki nie lubi lekarzy i szpitali. W klinice weterynaryjnej też nie czuje się komfortowo… Jego młoda suczka ma zbyt mało czasu, żeby zapoznać się z gabinetem, do którego ją wniesiono, bo spóźniony i zmęczony lekarz pogania: „Proszę położyć psa na stole!”. Ruchliwy szczeniak nie lubi unieruchamiania, budzi się w nim naturalny opór, który nakazuje mu napierać tym mocniej, im mocniejszy czuje nacisk. Złe emocje ludzi w gabinecie przenoszą się na zwierzę. I tak pan Warki przy pomocy niecierpliwiącego się weterynarza tworzy właśnie „upiora lecznicy” –  psa o którym będą krążyć legendy. A to o tym, jak do zastrzyku musiał sukę przytrzymywać cały personel, a to jak do wyjęcia drzazgi z łapy trzeba było podawać jej narkozę… Problem powstał na życzenie ludzi, ale to pies będzie przez całe życie ponosił jego konsekwencje.

Jeśli nie musimy iść do weterynarza z powodu nagłego wypadku, tylko na rutynową kontrolę czy szczepienie, spróbujmy się zorientować, o jakiej porze dnia w poczekalni panuje najmniejszy tłok. Kiedy lekarz dopiero rozpoczął dyżur i nie zerka na zegarek? Warto także podpytać klientów lecznicy o weterynarzy, którzy w niej przyjmują, a zwłaszcza o ich stosunek do zwierząt i… ludzi. Do zaszczepienia szczeniaka nie potrzeba drugiego stopnia specjalizacji, a pierwszy kontakt z przyjaznym, cierpliwym lekarzem jest nieoceniony.

Dobi: Nie ma głupich, nie zostanę tu!
Ech, strasznie tu jakoś… Ejże, proszę pana, a co pan tak się do mnie zbliża z tą strzykawką? Ajć! Szczypie! To nie było zabawne! Dowcipniś, patrzcie go! Teraz podchodzą z moim panem do komputera, ten w fartuchu coś tłumaczy. Zostałem sam na tym stole, rozejrzyjmy się… hm… blisko jest parapet, no i – zaraz, zaraz, chyba się nie mylę? – uchylone okno! O, nie ma głupich, nie zostanę tu, jeszcze sobie o mnie przypomną i znowu zaczną te głupie dowcipy… No to – hop!

Zniecierpliwiony, przestraszony pies może wpaść na przeróżne pomysły. Skoki przez okno wcale nie są tak rzadkie, jak by się  wydawało. Niekiedy, pewni, że mamy bardzo grzecznego pieska, puszczamy go luzem w gabinecie, „żeby sobie pochodził” – a sami wdajemy się w dyskusję z lekarzem. Jeśli ktoś znienacka otworzy drzwi, czeka nas gonitwa za psem po poczekalni, a może nawet na ulicy… Po co ryzykować? Miejmy psa pod kontrolą i zawsze – nawet ryzykując posądzenie o brak wychowania – patrzmy na niego, nie skupiając całej uwagi na rozmówcy.

Dora: Troszkę tu strasznie…
Ale dziwne pomieszczenie. Pełno tu psów i jest nawet kot. Troszkę tu strasznie… Moja pani jest ze mnie dumna i pewnie dlatego się tak rozpromienia, gdy wszyscy zaczynają szczebiotać na mój widok. Stawia mnie na podłodze i popycha w stronę dużego psa siedzącego w kącie. Ojej, nie, proszę! On jest zdenerwowany! Mówi, żebym się nie zbliżała, że nie znosi szczeniąt i nie cierpi weterynarza! Ale pani nie zauważa, co ten pies myśli. Robi się coraz bardziej zły… Co to będzie? Auuu!

Podminowany atmosferą weterynaryjnej poczekalni nie przepadający za szczeniakami samiec dyscyplinująco trzepnął szczeniaka. Szczeniaka, którego właścicielka naraziła na taką przykrość. Lecznica to nie miejsce na zawieranie psich przyjaźni. Większość zwierząt jest tu mocno zestresowana, a spora ich część zmaga się z bólem, co objawia się m.in. zniecierpliwieniem… Nieważne, jak słodkiego szczeniaka przynieśliśmy na pierwszą wizytę – trzymajmy go, w miarę możności, z dala od innych psów. Mogą nie mieć ochoty na kontakty z naszym psiakiem, no i nie wiadomo, na co chorują…

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *