Pieniądze pod psem - Psy.pl - mamy nosa!

Pieniądze pod psem

Na psach, a właściwie na ich kochających właścicielach można doskonale zarobić - i to ku radości samych psiarzy! A jednak mało kto chce się schylić po te pieniądze

Mówi się, że pieniądze leżą na ulicy. I to prawda – na psach, a raczej na ich właścicielach też można całkiem przyzwoicie zarobić. Bez ponoszenia większych nakładów finansowych, a czasem nawet bez wysiłku. I nie mam tu na myśli ani hodowli – bo ta wymaga sporo wiedzy, pracy i wydatków, a łatwych zysków raczej nie przynosi, ani świadczenia usług szkoleniowych – bo potrzebne są tu przygotowanie i umiejętności, a konkurencja jest duża. Najłatwiejsze do zdobycia pieniądze leżą na podłogach w naszych domach lub mieszkaniach. I na ziemi.
W takim choćby Krakowie strażnicy miejscy tylko czyhają na nieszczęśnika, który bladym świtem w puściuteńkim parku pozwoli psu pobiegać za aportem bez smyczy i kagańca. Półroczny golden z piłeczką w aksamitnym pyszczku stanowi ani chybi straszliwe zagrożenie dla nieobecnych w parku spacerowiczów, trzeba więc właściciela ukarać! Albo zatem ryzykujemy mandat, albo jedziemy daleko za miasto.

Tymczasem nie tylko na obrzeżach miast, ale także w ich centrach olbrzymie ogrodzone działki nieraz przez wiele lat świecą pustkami. Wystarczyłoby, żeby właściciel odwiedził strony internetowe psiarzy i zaproponował założenie klubu „Pod radośnie merdającym ogonem”, a jego członkowie chętnie płaciliby co miesiąc składkę za korzystanie z takiego terenu. Jesienią czy zimą żaden pies nie wyrządziłby też szkody jabłoniom w podmiejskich sadach. Psiarze dogadają się między sobą, posprzątają po swoich zwierzakach, ustalą pory korzystania – wystarczy dać klucze i nadstawić kieszeń.
Usługa dla bogatych? Wcale nie trzeba być zamożnym, by z niej korzystać. Sama z emeryckich dochodów gotowa byłam płacić 100 zł miesięcznie – a oprócz mnie jeszcze dziewięć osób – za to, żeby trzy, cztery razy w tygodniu nasze psy mogły pohasać w ogrodzonym, opustoszałym jesienią sadzie. Niestety, klub nie powstał – widać właściciel sadu nie potrzebował dodatkowego tysiąca złotych.
Dysponując mieszkaniem lub domem, także da się znaleźć pieniądze pod psem. Przyznaję, że wymaga to więcej pracy, a i kwoty są mniejsze, ale po nie też mało kto się schyla.

Mieszkańcy krajów, w których wynikiem wielogodzinnego wycia za ścianą byłyby eksmisja właściciela lub nakaz oddania psa, w drodze do pracy podrzucają codziennie czworonożnego malca do psiego hotelu. Zwierzak ma w nim zagwarantowaną opiekę, zabawę, naukę czystości i podstawy wychowania, a po południu wraca pod własny dach. Kosztuje to słono, ale wychowanie szczeniaka staje się prostsze. Po pół roku pies będzie mógł zostawać sam w domu. Dywany są suche, meble niepoobgryzane, a sąsiedzi nie mają pretensji… To usługa dla ludzi, którzy mogą się zająć zwierzątkiem tylko popołudniami i w weekendy. Aby ją świadczyć, nie trzeba budować psiego hotelu na 30 kojców. Dwóm cudzym psiakom można zapewnić dzienną opiekę także w swoim mieszkaniu.
Jest jeszcze trzeci sposób, by zarobić na naszych sentymentach. Zostawiłam go na koniec, bo to listopadowy, nostalgiczny temat. Nasz ukochany czworonożny przyjaciel kiedyś przecież odejdzie…

Oglądałam doskonale prowadzony cmentarz dla zwierząt na granicy Holandii i Niemiec. Oferuje pełen zakres usług: groby ziemne, kremację, miejsce na przechowanie urn lub „łąkę ostatnich pożegnań”, na której prochy są rozsypywane wśród kwiatów. Nikogo nie gorszą rzeźby na grobach zwierząt ani serca z różowego marmuru. Obok nich natrafiamy na spłachetek ziemi z martwym pniem drzewa pośrodku – zawieszono na nim smycz i obrożę. Z fotografii na następnych kwaterach spoglądają koty, kanarki, króliki, świnki morskie. Przy bramie wejściowej czekają narzędzia ogrodnicze – kto chce, sam dba o estetykę psiego grobu albo zleca to właścicielowi cmentarza. W czynnej cały dzień recepcji można wypić kawę czy herbatę, umyć ręce. Właściciel cmentarza dba o komfort psychiczny ludzi żegnających swych przyjaciół i uczciwie pracując, zarabia duże pieniądze.

W Polsce cmentarzy dla zwierząt jest niewiele. W internecie znalazłam zaledwie siedem: pod Warszawą, w Białostockiem, w okolicach Bydgoszczy, Wrocławia, w Łodzi, Bytomiu i Rybniku. Jeśli nawet są jeszcze inne, to trudno je odnaleźć. Wiem, że nie wolno pochować psa w ogrodzie, w lesie czy na działce, ale nie godzę się na traktowanie ciała ukochanego zwierzęcia jak resztek poubojowych.
Chcę powrócić na to miejsce. Zasadzić krzew, zapalić światełko, pozostać z pamięcią bolesną i serdeczną o tym, co nas łączyło. Na cmentarzu dla zwierząt urządzonym starannie i z szacunkiem dla ludzkich uczuć.
Chciałabym, aby także w okolicy Krakowa ktoś świetnie zarabiał w ten sposób.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *