Pies – kim jest? - Psy.pl

Pies – kim jest?

Większość ludzi odpowie: Najlepszym przyjacielem człowieka. Nie neguję tej odpowiedzi, ale mnie przychodzi najpierw na myśl zupełnie inna: ofiarą udomowienia, zniewolenia i całkowitego uzależnienia od człowieka.

Pisałam już wielokrotnie o tym, że nie bardzo rozumiemy, czym jest udomowienie.

Mylimy je z oswojeniem, a to zupełnie coś innego. Oswojenie zwierzęcia polega na pozbawieniu go lęku przed człowiekiem. Udomowienie zaś odbiera mu zdolność życia bez niego.

Nasuwa się niezbyt miłe, ale jak najbardziej trafne skojarzenie. Udomowienie = niewolnictwo. Co gorsza nieodwracalne.

Tak, pies jest naszym niewolnikiem. Nie umie żyć bez człowieka. Nie stanie się na powrót wilkiem i nie wróci do lasu. Godzi się na wszystko, aby tylko być blisko swojego pana. Pana i władcy. Czasem oprawcy. Okrutnego sadysty. Innym razem pana, który go nie chce i ucieka samochodem, za którym pędzi porzucony „przyjaciel”. Nie umiem o tym spokojnie myśleć i co gorsza budzą się we mnie mordercze uczucia. Oczywiście w stosunku do pana. Z reguły nikomu źle nie życzę, ale pana za kierownicą chciałabym zobaczyć na przydrożnym drzewie. Ostatnim, jakie zobaczy. Niestety, sprawiedliwość opatrzności w doczesnym wydaniu nie istnieje. Gdyby wzięła sprawy w swoje ręce znacznie zmalałaby nasza populacja.

A co powiedziałaby na panów doskonałych? Bynajmniej nie dążą do osiągania szczytów człowieczeństwa. Chcą mieć psa doskonałego. Tak, jakby nie widzieli, nie czuli, że już taki jest. Kochający, czuły, wesoły. Chcą więcej. Ma być zdalnie sterowany. Reagować na każde polecenie, nie biegać za suczkami, nie sikać na dywan, nie gryźć butów, nie brać nic z prawej ręki, nie, nie, nie… Znam osobiście takie psy. Nieszczęsne maszyny do chodzenia przy nodze. Oduczyły się bycia psem. Są doskonałą etykietą swojego pana.

Dość często spotykam psy, które praktycznie nie wychodzą z gabinetów weterynaryjnych. Nie przyszły tam same. To pan szuka choroby w zarodku. Pies pójdzie za nim wszędzie. Da się położyć na każdy stół operacyjny i przyjmie każdy lek. A gdy nie będzie chciał, to i tak nikt tego nie uszanuje. Nie myślę tu wcale o terapiach ratujących życie i zdrowie. Często trzeba przymusić do nich opornego pacjenta.

Piszę o psach, a raczej o ich opiekunach, którzy korzystając z doktora Google’a stawiają własne diagnozy. Chcąc je potwierdzić, poddają swoich podopiecznych nieskończonej liczbie badań. Trudno mieć pretensję do lekarzy, gdy do gabinetu przychodzi zatroskany opiekun z gotowym zestawem objawów. Pobierają krew, prześwietlają promieniami Roentgena i traktują ultradźwiękami, aby uzyskać obraz USG. Niby nic strasznego, ale dla psa na pewno nic przyjemnego. Co gorsza, gdy wynik nie odbiega od normy, opiekun jest wyraźnie zawiedziony. Szuka dalej, a kto szuka ten znajdzie. W końcu trafi się jakiś drobny odprysk od normy. Nadgorliwy pan chwyta się go, jak ostatniej deski ratunku. Teraz już nie popuści. Znajdzie w końcu gabinet, który rozpocznie terapię.

Chcę tu przypomnieć wszystkim opiekunom zwierząt i ludzi. Leczymy pacjenta, a nie wyniki badań. Każdy, czy to człowiek, czy pies, ma prawo do chwil słabości, a leczenie należy podjąć, gdy objawy sugerują prawdziwą chorobę. Chwilowa utrata apetytu czy ospałość wcale nią być nie musi. My też miewamy gorsze dni i korzystają z nich tylko hipochondrycy. Nie przenośmy tej skłonności na nasze psy, a nie będzie ich dotyczyć stare powiedzonko znajomego lekarza: Pacjent przeżył mimo leczenia.

Autor: Dorota Sumińska
Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *