Trzyletnia dziewczynka pogryziona przez bulteriera. Kto zawinił?

Przyjrzyjmy się najpierw faktom, które znamy z doniesień ogólnopolskich mediów. Nie wiadomo jeszcze wszystkiego, policja dopiero zaczęła dochodzenie, ale coś udało się już ustalić.

Pies mieszkał w kojcu na podwórku swoich właścicieli. Są oni również rodzicami trzyletniej dziewczynki, która tego dnia bawiła się z siedmioletnim bulterierem. Zgodnie z tym, co mówi właściciel psa i zarazem ojciec dziecka, bulterier nie był nigdy agresywny. Wiadomo już także, że pies nie był szczepiony.

Bulterier zaatakował dziewczynkę, gdy była ona pod opieką rodziców. W domu byli wtedy również dziadkowie dziecka. Policja ze Strzelec Opolskich będzie wyjaśniać, czy opieka nad trzylatką była prawidłowa i czy rodzice zrobili wszystko, by ją przed takim wypadkiem uchronić.

Dziewczynka miała pogryzioną głowę i szyję. Z ciężkimi obrażeniami trafiła do Wojewódzkiego Centrum Medycznego w Opolu. Tam przeszła kilkugodzinną operację, przebywa w śpiączce. Lekarze mówią, że jej stan jest bardzo ciężki, ale stabilny.

Bulterier nadal przebywa na posesji swoich właścicieli, jest pod obserwacją weterynarza.

Czyja to wina?

Tyle na razie wiadomo. Pytanie, które wszystkim się ciśnie na usta, jest jedno – „czy można było temu zapobiec”?

Prawdopodobnie tak. Podstawa to ograniczone zaufanie do zwierzęcia, bo pies, nawet jeśli jest nasz i znamy go doskonale od szczeniaka, może zareagować instynktownie, czegoś się przestraszyć, ugryźć bez ostrzeżenia. Może, bo jest psem. Rolą właściciela jest zawsze przewidzieć, co i kiedy może się zdarzyć i reagować chwilę przed możliwą tragedią.

Kto zawinił? Na pewno nie pies, który jest silny, duży, ale z natury nie ma w sobie agresji. Znawcy rasy mówią, że odpowiednio wychowany bulek jest miłym towarzyszem rodziny. Ale z drugiej strony nie jest to pies dla każdego, bo przy złym traktowaniu można rozbudzić w nim agresję. Wszystko zależy od właściciela. Kto więc jest winny? Na pewno też nie trzylatka, bo tak małe dziecko nie jest w stanie rozumieć psich sygnałów, nie wie, na co może sobie pozwolić w kontakcie z psem.

Więcej pytań niż odpowiedzi

Za psy odpowiadają ich właściciele, a za dzieci – ich rodzice. Nie wiemy, jak wyglądało życie tego psa, nie wiemy, co to dokładnie znaczy, że był trzymany w kojcu na dworze. Czy z niego wychodził, miał wstęp do domu, ktoś zapewniał mu spacery? Czy może od lat rosła w nim frustracja, a dziecko często bawiło się w pobliżu kojca i go drażniło? Co to tak naprawdę znaczy, że trzylatka bawiła się z bulterierem? Rzucała mu piłkę czy zaczepiała przez siatkę, a ten wyskoczył z klatki jak rozjuszony byk?

Więcej tu pytań niż odpowiedzi. Nie oceniamy, bardzo trzymamy kciuki za dziewczynkę, by szybko wróciła do zdrowia. Ale też nie chcemy, by przy tej sprawie wrócił mit agresywnego bulteriera. Bo żaden pies nie rodzi się agresywny. Taki się dopiero może stać w rękach nieodpowiedzialnych ludzi.

Zdania internautów w tej sprawie jak zawsze są podzielone. Część nawołuje do zabicia psa, a nawet do wprowadzenia zakazu hodowania psów uważanych za rasy agresywne. Inni bronią psa, zwracając przy okazji – słusznie zresztą – uwagę na fakt, że gryzą najczęściej psy trzymane w kojcach lub na łańcuchach. Izolowane od innych psów i ludzi, nierzadko wygłodzone, niezaopiekowane, niewybiegane, sfrustrowane.

Jaka jest prawda w tym wypadku? Jaką – i czy w ogóle jakąś – nauczkę wyciągną z tej historii rodzice dziewczynki?

Autor: Aleksandra Więcławska