Trzynastka z Hieroglifu

Kocham stworzenia i każdego człowieka. Tak było w dzieciństwie i tak mi zostało - mówi Daniela Rocka, która przygarnęła trzynaście kotów i żywi je ze swojej niewielkiej emerytury. Zapewnia, że dla niej i dla nich, póki co, wystarcza

Na warszawskich Młocinach przy ulicy Hieroglif 3 mieszka od urodzenia. Tutaj się wychowała, przeżyła wojnę, wyszła za mąż, urodziła troje dzieci i pracując w okolicznych sklepach dorobiła się emerytury, za którą wielu nie byłoby w stanie się utrzymać. Z dzieciństwa pamięta duży, drewniany dom z werandą i dwoma oknami wychodzącymi na ulicę, której wtedy nikt jeszcze nie obdarzył egzotyczną nazwą Hieroglif, a listy przychodziły na adres: Młociny – wieś 126.

Na swoim
W obejściu był koń, krowa i kaczki. Te ostatnie hodowali wszyscy sąsiedzi, bo mogły się taplać w dwóch istniejących do dziś jeziorkach, pozostałościach po starorzeczu Wisły.
Tam, gdzie teraz jest warszawski cmentarz „Wólka Węglowa” dziadek uprawiał żyto i kartofle, a ona chodziła na piechotę do szkoły na Bielanach, nosząc na brzuchu teczkę z książkami, a na plecach bańkę z mlekiem, które po drodze sprzedawała po domach. Ale najbardziej utkwiły jej w pamięci statki, które do Młocin przypływały z centrum Warszawy. Kilka razy dziennie dobijały do tutejszej przystani, słychać było muzykę, a oni, miejscowi, chodzili jej posłuchać i popatrzeć na „miastowych”.
Teraz, kiedy miasto ich zagarnęło, wszystko się zmieniło. Na ulicy Hieroglif zostały już tylko dwa stare, drewniane domy. Ich drewniak spalił się podczas wojny i matka z pomocą rodziny postawiła na jego miejscu niewielki murowany, w którym pani Daniela mieszka do dziś. Bez kanalizacji, centralnego i telefonu. Ale nie narzeka, została na swoim i nie musi się nikogo o nic prosić.

Koty – jedyna pociecha
Szkoda jej, że dawne odeszło, bo nowe, w jej przekonaniu, nie jest lepsze, a gorsze. Choćby te okazałe wille, które rosną dookoła jak grzyby po deszczu. Ludzie siedzą za swoimi obetonowanymi, wysokimi plotami i patrzą na siebie wilkiem. A ich, dawnych mieszkańców, których na całej ulicy zostało zaledwie pięcioro, w ogóle nie zauważają. Myśli, że nie cenią tych, którym się nie powiodło. Dlatego wieczorami z nikim się nie spotyka, czasem tylko popatrzy na telewizję i pomartwi się, że tyle na świecie głodu i kataklizmów. Jedyną pociechą są koty. Jak obserwuje ich zabawy, od razu robi się jej weselej.

Sąsiadka się wyprowadziła…
Nigdy nie myślała, że będzie ich miała aż tyle. Zaczęło się od tego, że sąsiadka sprzedała dom, wyprowadziła się i zostawiła swoje dwa. Pani Daniela dokarmiała je przez płot. Któregoś dnia zauważyła, że przy misce pojawiły się trzy nowe.
– Widocznie znów ktoś przeniósł się do bloku i nie zabrał ze sobą kotów – pomyślała.
W grudniu nie mogła patrzeć jak marzną i wszystkie wzięła do domu. Tej zimy razem z własnymi dwoma miała siedem.
Stopniowo przygarniała kolejne. Wciąż ktoś nowy zaczynał się budować, znak, że stary sprzedał dom i ziemię, a koty zostawił na łasce losu. Dziś ma ich 13. Ostatnio urodziły się dwa nowe. Nie wszystkie mają imiona. Woła na nie: szara, ruda, kićka. A one wydają się rozumieć i rzucają się do miski. Tylko kocury nazwała: Gacek i Bartek. Gacek kiedyś ją zaskoczył. Przyniósł w zębach małego kociaka i położył jej pod łóżkiem. Po chwili wrócił i przyniósł drugiego. Zrozumiała, że widocznie matka zginęła i on poczuł się odpowiedzialny.
– Tak szybko mija życie i gaśnie energia. Człowiek pędził, nie czuł zmęczenia, a teraz da jeść zwierzakom (poza kotami pani Daniela karmi jeszcze pięć kur i jednego koguta – Rumcajsa) i musi odpocząć – opowiada. Mimo to nie wyobraża sobie życia bez zwierząt. Bez nich czułaby się jeszcze bardziej samotna.
– Dlatego karmię koty i będę jej karmić. Człowiek bez serca jest pusty – kończy.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *