W słońsku koni żal - Psy.pl

W słońsku koni żal

- NIeprawda, że Dziki Zachód był tylko w Ameryce. U nas ciągle możan zobaczyć stada swobodnie biegających, półdzikich koni - mówi Leszek Gramsa, wicewójt Słońska

Słońsk jest niewielką i bardzo spokojną osadą położoną w dorzeczu Warty, z dala od wielkiego przemysłu i głównych ciągów komunikacyjnych. Ponad trzy tys. mieszkańców żyje albo z drobnego rolnictwa, albo z przygranicznego handlu. Do Niemiec jest stąd niespełna 15 kilometrów. Kilkoro mieszkańców już wiele lat temu postawiło na konie. Dziś zwierząt tych jest ok. 300.
– Swobodny wypas koni ma u nas długą tradycję. To przechodzi z pokolenia na pokolenie i nie prędko się zmieni – ocenia wójt Słońska.
Na łąkach i pastwiskach w rozlewiskach Warty, gdzie dwa lata temu (na ośmiu tys. hektarów) utworzono Park Narodowy, znajdują się tereny lęgowe wielu rzadkich gatunków ptaków bagiennych i wodnych.
– Ale konie były na tych terenach zawsze – przyznaje Józef Osowski, który hodowlą tych zwierząt zajmuje się już 23 lata.
– Konie wpuszczamy na łąki dopiero, gdy skończy się czas lęgu ptaków, czyli zwykle pod koniec czerwca – dodaje Hanna Kryczka, hodowca.

Konie boją się lodu
Na początku stycznia Słońsk nie schodził z łam prasy, radia i telewizji, po tym, jak stado 52 koni utknęło na otoczonej wodą wyspie. W ich ratowanie włączyło się wojsko, straż pożarna oraz mieszkańcy Słońska.
– Jeszcze cztery dni przed Sylwestrem wszystko było w porządku. Konie wypasały się w bezpiecznym miejscu, na bieżąco miały dowożone siano i nikt nie przypuszczał, że coś może im tam zagrażać – opowiada Hanna Kryczka.
Tragedia rozpoczęła się po świętach Bożego Narodzenia, gdy mróz ściął oczka wodne okalające teren, na którym znajdowały się zwierzęta. Hodowcy postanowili zostawić je na miejscu.
– Konie boją się lodu. Ich kopyta rozsuwają się na śliskiej powierzchni – tłumaczy Józef Osowski. – Ponieważ zapowiadano ocieplenie liczyliśmy, że lody stopnieją i wówczas bez problemu zabierzemy zwierzęta do gospodarstw.

Amfibią na ląd
Ocieplenie rzeczywiście nadeszło. Jednak temperatura wzrosła tak gwałtownie, że podwyższone wody Warty, zamiast spokojnie płynąć do ujścia, cofnęły się w rozlewiskach rzeki, a stan wód zaczął się gwałtownie podnosić.
– Od razu zaczęliśmy szukać pomocy, gdyż wiedzieliśmy, że sami nie damy rady sprowadzić koni. Ponieważ odpowiednim sprzętem dysponuje tu tylko wojsko, przez prywatne znajomości dotarliśmy do dowódcy jednostki z Krosna Odrzańskiego – opowiada Hanna Kryczka. – Okazało się jednak, że przez weekend nikt nie może podjąć żadnych decyzji i z akcją trzeba było czekać aż do poniedziałku. Przez cały czas dostarczaliśmy zwierzętom siano. Pierwsza amfibia przewiozła konie na stały ląd dopiero w Nowy Rok. Transport całego stada zajął trzy dni.
– Akcja była przeprowadzona bez zarzutów – zapewnia wójt Gramsa. – Żaden koń nie miał zadrapań czy złamania, ani nawet otarcia skóry.
– Ryk silników amfibii mógł wystraszyć zwierzęta, dlatego poprosiliśmy naszego weterynarza o zastrzyki uspakające dla koni. Dzięki temu żadnemu ze zwierząt nic się nie stało – dodaje Józef Osowski.

Ile za ratowanie?
Tylko jeden z właścicieli uwięzionych koni pozbył się kilku sztuk.
– Nie ma chętnych na ich kupno, poza tym koni nie sprzedaje się byle komu – tłumaczy Hanna Kryczka.
Jeszcze przed rozpoczęciem akcji hodowcy musieli podpisać zobowiązania, że za nią zapłacą. Niektórzy obawiali się, że nie starczy im na to funduszy nawet, gdyby sprzedali wszystkie zwierzęta.
Za udział w akcji Ochotnicza Straż Pożarna wystawiła rachunek na trzy tys. zł.
– Tę sumę zobowiązał się pokryć urząd starosty, w końcu był to stan klęski żywiołowej – tłumaczy wójt Gramsa.
Wojsko wyceniło swoją pomoc na 32 tys. zł. Do tej pory hodowcy zapłacili jedynie weterynarzowi, za zastrzyki.

Przestępstwa nie było
Jeszcze w czasie trwania akcji powiatowy lekarz weterynarii i działacze organizacji na rzecz zwierząt zapowiadali, że zrobią wszystko, by ukarać właścicieli koni. Prokuratura Rejonowa w Sulęcinie rozpoczęła postępowanie w sprawie znęcania się nad zwierzętami. Zawiadomienie złożyło krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami.
– Nasi koledzy z Gorzowa nie interweniowali, gdyż uznali, że nie ma do tego podstaw, a naszym zdaniem jest inaczej – tłumaczy powód wystąpienia do prokuratury Jadwiga Osuchowa, szefowa krakowskiego Towarzystwa.
Podczas dochodzenia policjanci przesłuchali właścicieli uwięzionych koni oraz uczestników akcji. Na początku lutego zdecydowali, że sprawę trzeba umorzyć.
– Nie stwierdziliśmy, by doszło do przestępstwa – tłumaczy kom. Stanisław Przybylski z Komendy Policji w Sulęcinie.
Prokurator rejonowy Janusz Kodź dodaje:
– Aby kogoś oskarżyć o znęcanie się nad zwierzętami, trzeba mu najpierw udowodnić, że robił to umyślnie. W tym przypadku żadnych tortur koni, żadnego znęcania się nad nimi nie było. Można co najwyżej mówić o pewnych zaniedbaniach ze strony właścicieli. Mogli przewidzieć, że dojdzie do takiej sytuacji, a nie zrobili tego.
– Tej sprawy nie można tak zostawić. Na pewno będziemy się odwoływać, gdy tylko dostaniemy pisemne uzasadnienie decyzji prokuratury – zapowiada Jadwiga Osuchowa.

Wypas trwa
Sześć tygodni po wielkiej akcji ratowania koni mieszkańcy Słońska jeszcze opowiadają o niej.
– Zjechało do nas tylu dziennikarzy, tylu strażaków, pogotowia, policji, jakby nie wiadomo co się działo – mówią.
– Gdyby nie kaprys pogody nigdy by do czegoś takiego nie doszło – zapewniają hodowcy koni. Nadal chcą wypasać zwierzęta w Parku Narodowym.
Arkadiusz Nowicki, dyrektor Parków Narodowych nie widzi przeszkód:
– Zwierzęta spełniają tam pozytywną rolę, bo rosnące trawy albo trzeba kosić, albo wypasać na nich zwierzęta. Inaczej ptaki mogłyby się stamtąd wyprowadzić.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *