Z kamerą wśród kotów - Psy.pl

Z kamerą wśród kotów

Barbara Kubicka przełamuje stereotyp "kociej mamy", której życie to jedno pasmo wyrzeczeń. Spełniona zawodowo producentka telewizyjna jest szczęśliwą właścicielką 15 kotów. Nie cierpi podrapanych mebli i podróżuje, kiedy ma na to ochotę

Pierwszy kot pojawił się dziewięć lat temu. Kolega z pracy, przerażony znalazca miauczącej koteczki, po prostu wręczył pani Basi znalezisko i… uciekł. Odkryła wówczas, że mruczenie zadowolonego kota jest najpiękniejszym dźwiękiem na świecie.
– Mimo to od początku dzieliły nas pewne różnice, np. w kwestii urządzenia łazienki – zaznacza. – Ja uważałam, że kuweta powinna znajdować się pod ścianą, a żwirek w kuwecie. Kotce bardziej podobała się kompozycja z kuwetą na środku i żwirkiem rozsypanym dookoła.

O numer mniejszy od tygrysa
Następne mruczki dołączały do gromady z zadziwiającą regularnością. Najpierw Wtorek, który jest jedynie o numer mniejszy od tygrysa, później kolejne.
– Wkrótce zaczęłam zanudzać wszystkich znajomych: „mój kot to, mój kot tamto”. W ciągu pół roku naturalna selekcja sprawiła, że kontakty towarzyskie udało się utrzymać tylko z kociarzami. A kociarze tylko dlatego wytrzymują ze sobą, że nigdy nie słuchają opowieści o cudzych kotach. Udają jedynie, że słuchają, a w rzeczywistości tylko czekają, aby rozmówca zrobił choć przerwę na oddech i natychmiast zaczynają własną opowieść.

Gościnny azyl
Przytulne mieszkanko z maleńkim ogródkiem (co rok zwycięża w konkursie „Warszawa w kwiatach”) szybko zmieniło się w gościnny azyl dla wszelkich nieszczęśliwych zwierzaków. Stało się także punktem konsultacyjnym dla kociarzy i psiarzy z całego osiedla, którzy zwabieni legendą 15 kocurów przychodzą, by zasięgnąć porady lub przekonać się, że naprawdę mieszkanie pani Basi pozbawione jest charakterystycznego „zapaszku”. Zachwyceni są również sąsiedzi, którzy urządzają pielgrzymki do jej ogródka, aby podziwiać wspaniałe róże, które w jakiś tajemniczy sposób nie doznają uszczerbku od kocich ząbków i pazurków. Do tego stopnia ludzie dziwią się tej idylli, że raz nawet… ukradziono pani Basi kota. Na szczęście udało się go odzyskać.

Z kamerą za kotem
W stadzie panuje niczym nie zmącona zgoda. Kilka pokoleń wyciąga się na stylowej kanapie, kilka innych wyleguje się w ogródku. Środusia, Wtorek, Piątek i Piątka, Sobota, Bisia (czyli Środa Bis), Basik, Kitulek Sobotek, Kajetan, Klara, Klementyna, Klemens, Bazyli, Sonia, Horacy – trudno połapać się w hierarchii tego klanu, którego członkowie mogą sobie pozwolić na wyniosłe spojrzenia, gdyż są… kotami telewizyjnymi.
– Koleżanka z pracy, dziennikarka, wpadła na pomysł, że nakręci o nich reportaż. Miałam wtedy już osiem zwierzaków, co robiło na ludziach pewne wrażenie. Przez miesiąc obrzydzałam koleżance ten pomysł, lojalnie uprzedzając, że zmarnuje cały dzień, bo moje koty nie lubią obcych i co najwyżej uwiecznimy na taśmie kawałek jakiegoś ogona wystającego spod lodówki, ale uparła się i przyszła. Stawiła się z trzyosobową ekipą i toną sprzętu. Przezornie pozamykałam wcześniej drzwi i okna, odcinając kotom drogę ucieczki. Mimo to na widok ludzi, reflektorów i kabli pochowały się. W końcu redaktorka kazała mi powyciągać aktorów zza szaf. Koty, przerażone, uciekały po całym mieszkaniu. Za nimi latał operator Jurek z kamerą, redaktorka reżyserowała ujęcia, a ja ponuro myślałam o sprzątaniu po tym zamieszaniu. Tylko Środusia stanęła na wysokości zadania i z wdziękiem napiła się mleka z miseczki, unosząc potem do kamery pyszczek z uroczą białą kropelką na wąsiku. No i Basik wypadł nie najgorzej, kiedy zdesperowany wskoczył mi w objęcia, co wyglądało na wielką miłość. Za to scena, w której siedziałam z kotem na kolanach, wypadła okropnie. Kitulek za nic nie chciał pozować, warczał wściekle, wyrywał się, więc moja opowieść o tym, jak to ja kocham koty, a one mnie, bynajmniej nie była przekonująca. Wyglądałam raczej na bezwzględnego oprawcę, katującego regularnie swe zwierzęta!

Paluch imienia Środusi
Barbara Kubicka w długie zimowe wieczory napisała książkę o swoich kotach. Mówi, że skoro dostała laptopa, to musiała go jakoś wykorzystać. Być może zdecyduje się wydać swoją opowieść i wtedy cały naród pozna perypetie jej zwariowanych podopiecznych. Tymczasem, jako że chciałaby jeszcze aktywniej pomagać zwierzętom, bierze udział w konkursie na dyrektora stołecznego schroniska. Marzy jej się uczynienie z Palucha azylu doskonałego. Nosiłby wtedy miano „Warszawskiego Ogrodu Zwierząt imienia Środusi”.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *