O tym, jak mój pies został mieszczuchem

Przebywanie z człowiekiem w jednym pomieszczeniu nigdy nie było dla Django preferowanym rozwiązaniem.

Django samotnik

Kiedy mieszkaliśmy na wsi – większość czasu spędzał w ogrodzie. Pomijając jakieś zupełnie tropikalne dni, potrafił godzinami wylegiwać się na trawie, betonie, śniegu, meblach ogrodowych i całymi dniami nie dawać znaku życia. Wracał do domu na noc tylko dlatego, że tego wymagaliśmy, samemu z siebie rzadko prosząc o wpuszczenie do środka.

W domu – zanim kładliśmy się spać – też przeważnie zaszywał się w jakimś ustronnym miejscu i zasypiał, nie narzucając się nam ze swoją obecnością. Właściwie do czasu przeprowadzki nie zdarzało mu się wskakiwać na sofę, mimo moich usilnych zachęt, co pewnie wynikało z jakichś zadawnionych urazów, o których nigdy się nie dowiem. Django zawsze trzymał się na uboczu.

Ogród – kwitnący wyrzut sumienia

Posiadanie w domu drzwi na taras, które o każdej porze dnia i nocy zapewnią psu możliwość skorzystania z toalety, jest dla niego jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem. Podziwiam wszystkie osoby, które mając do dyspozycji ogród, znajdują w sobie motywację, by kilka razy dziennie zabierać psa na spacer poza ogrodzenie.

Nawet w pełni świadoma tego, jak istotna jest dla psa eksploracja nowych terenów, często padałam ofiarą wygody i rozleniwienia, znajdując najróżniejsze wymówki, dlaczego akurat tym razem nic się nie stanie, jeśli psy załatwią się w ogrodzie. Przecież nie jest tak, że po nich potem nie posprzątam…

Gdy pies żyje, by spacerować

W tej chwili po prostu nie wyobrażam sobie pozbawić Djanga spacerów. Dlaczego? Nie przesadzę, jeśli powiem, że mój pies wyznaje zasadę oszczędnego gospodarowania szczęściem. Mówiąc wprost – niewiele jest na świecie rzeczy, które naprawdę sprawiają mu przyjemność. Nawet te klasyczne psie rozrywki typu jedzenie czy przytulanie się do człowieka – Django traktuje z pobłażaniem, jeśli nie z rezerwą.

Spacer natomiast, z całym tym węszeniem, znikaniem i pojawianiem się, wędrowaniem kilometrami przed siebie – jest dokładnie tym, czego Django potrzebuje, by się spełniać jako pies. Czuję ukłucie w sercu na myśl o tych dniach, kiedy dziesiąty raz z rzędu przemierzał dystans między garażem a bramą, próbując wychwycić jakiś przegapiony trop, jakiś zapach, o którym zdążył zapomnieć, jak o zmiętym banknocie dziesięciozłotowym w kieszeni zimowej kurtki, po którego znalezieniu czujemy się, jak królowie życia.

Mój pies, piekło i popkultura

Czytałam kiedyś książkę, w której piekło przedstawione było jako sala kinowa, w której w ramach tortury w nieskończoność ogląda się swój ulubiony film. Tak właśnie musiał się czuć Django: jakby całymi dniami, bez chwili przerwy oglądał „Pulp Fiction”, od początku do końca, może nawet po ustawieniu całej historii w porządku chronologicznym.

Oglądał w kółko ten sam film, wiedząc, że za płotem co chwilę puszczają coraz nowsze produkcje Tarantino. Wszystkie w 3D. W wersji oryginalnej, bez dubbingu. Z darmowymi nachosami, do których jest sos serowy bez ograniczeń.

Najlepszy moment dnia

Pomijam sprawę, jaką przyjemnością są dla mnie nasze spacery – każdy z nich na swój własny sposób. Po pierwsze, nie chcę brzmieć jak kaznodzieja, a po drugie nie odkrywam Ameryki, twierdząc, że łażenie po parku na totalnym luzie, kiedy nie muszę robić nic, poza patrzeniem na mojego psa, jest dla mnie najmilszą chwilą dnia.

Taniec, który mój – apatyczny do niedawna – pies odprawia na widok smyczy, sam w sobie przekonałby Beara Gryllsa do porzucenia dziczy i zamieszkania z nim w centrum Poznania.

A po co szkolenie?

Kiedy mieszkaliśmy na wsi, stosunkowo niewiele było sytuacji, które mogłyby zagrażać Djangowi. Zadbaliśmy o to, by nie wybiegał poza ogrodzenie, więc nie baliśmy się samochodów. Kiedy szliśmy na spacer – w zasadzie nie zdarzało się, żebyśmy mijali inne psio-ludzkie pary. Większość psów ujadała na nas zza płotów, szarpiąc się na łańcuchach, wylewając wodę z zardzewiałych misek i klnąc na jedyną kasetę VHS z „Pulp Fiction”, którą ktoś zafundował im wiele lat temu.

Nie ćwiczyliśmy więc dobrych kontaktów z psami, bo kontakty były sporadyczne. Nie uczyliśmy się kagańca, bo Django nie używał zębów podczas dyskusji z człowiekiem, a jeżdżenie transportem publicznym po prostu się nie zdarzało. Pilnowaliśmy, by Django nie przypomniał sobie o swoich instynktach i nie dziabnął sąsiadowi jakiejś biegającej luzem kaczki czy innego koguta, ale dbaliśmy o to, stosując środki zaradcze typu smycz, a nie jakieś złożone treningi samokontroli.

Podsumowując – bezpieczne środowisko sprawiało, że szkolenie Djanga nie było sprawą priorytetową, tym bardziej, że nie zdawał się on pasjonatem nauki.

Django prymus

O tym, jak bardzo myliłam się w tym względzie, przekonałam się, kiedy już w Poznaniu zaczęliśmy trenować najróżniejsze miejskie umiejętności, jak wsiadanie do tramwaju czy zatrzymywanie się przed ulicą. Nie napiszę co prawda, że Django stał się z miejsca tytanem pracy, nie jesteśmy w programie Super Niania, żeby pisać takie bajki, ale okazało się, że Django umie i chce pracować i że istnieją metody, które potrafią go do tej pracy zmotywować.

Jeszcze większe zdziwienie budził fakt, że wspólne treningi spowodowały jakieś niewyobrażalne przyspieszenie w kwestii budowania relacji. Dla większości z Was to pewnie kolejny truizm, ale ja wcześniej naprawdę myślałam, że Django nie lubi pracować z człowiekiem, więc nie powinnam tego od niego wymagać.

Aż tu nagle nie dość, że mój pies się uczy (może nie jak klasowy prymus, ani jeden z tych zdolnych, ale leniwych, tylko bardziej jak taki samotnik, który dotąd jechał na trójach, a nagle zapisuje się na kółko matematyczne), to jeszcze zaczyna mnie zauważać i inicjować te nasze sesje treningowe, wpatrując się w moją saszetkę na smakołyki jak w rysunek, który zyska trzeci wymiar, jeśli wystarczająco długo będziemy się w niego wgapiać.

Together forever

Kiedy wprowadzałam się do kawalerki, myślałam, że ciągłe mijanie się z moim indywidualistą w obrębie salono-korytarzo-kuchnio-jadalni będzie dla niego naruszeniem przestrzeni intymnej. I tu kolejne zaskoczenie – przebywanie z nim stale na stosunkowo małej powierzchni sprawiło, że Django nie chciał już szukać azylu w jakichś odludnych miejscach typu łazienka.

W tej chwili mój pies przenosi się za mną i kładzie wszędzie tam, gdzie akurat przebywam. Byłoby mu wygodniej, gdyby umiał się czołgać, bo przejście z salonu do kuchni oznacza przesunięcie się o metr, ale póki co po prostu wstaje i kładzie się o dwie długości ogona dalej. Śpi koło mojego łóżka, towarzyszy mi przy myciu zębów, pomaga pisać bloga, leżąc obok – a z rzadka nawet – na sofie, a przede wszystkim dzielnie i bez fuszerki dokonuje ze mną okazjonalnego przeglądu lodówki.

Django – mały pomocnik pańci

Każdy psiarz wie, że utrzymywanie ciągłego porządku w mieszkaniu, w którym mieszka pies, jest nie lada wyzwaniem, nie tylko ze względu na ilość piachu i sierści, która znajduje się na każdym metrze kwadratowym i na każdej wysokości nad poziomem morza w naszym domostwie. Problem z czystością przy psie wynika również z tego, że nasz czworonóg jest niewyczerpanym źródłem wymówek, by robić sobie przerwy w sprzątaniu.

Nie można przecież niczego odnieść na swoje miejsce, nie zatrzymując się, by przy okazji pogłaskać mijanego psa. Nie można nie przystanąć co jakiś czas przy psie, by zapytać, czy u niego w porządku. Nie wolno po prostu kazać mu wstać z podłogi, kiedy chcemy ją umyć. A gdy już jest umyta – choćbyśmy nie wiem, jak dobrze mieli opanowaną komendę „zostań!” – trzeba „zostać” z psem i głaszcząc go, wspólnie czekać, aż podłoga naprawdę dobrze wyschnie.

Na małym metrażu sprawa komplikuje się jeszcze bardziej – gdziekolwiek nie pójdę i cokolwiek będę chciała zrobić – pies praktycznie zawsze będzie stał w przejściu. Nie sądzę, bym była w stanie kiedykolwiek mu się za to odwdzięczyć.

„Django” znaczy „słucham”

Jakiś czas temu Django wyjechał na krótkie wakacje. Nie było go kilka dni i te kilka dni wystarczyło, bym z przerażeniem stwierdziła, że codziennie kieruję do niego jakieś nielimitowane potoki słów. Naprawdę: dopiero brak odbiorcy uzmysłowił mi, że kiedy jestem w  domu, praktycznie nie przestaję mówić i – umówmy się – nie są to rzeczy, które powtórzyłabym przy włączonym dyktafonie.

Posiadanie cierpliwego słuchacza, który jest stale w zasięgu mojego wzroku i zgodnie z wzorcem rasy posiada zachęcające do zwierzeń stojące uszy, prowadzi do kuriozalnych sytuacji, jak ta z dzisiejszego poranka, kiedy zamykając na klucz drzwi, nieświadoma, że stoi za mną sąsiad, powiedziałam do Django jakąś obłąkańczą wiązankę w stylu: „Niech osoba nie gryzie smyczy, bo stanowczo zapewniam, że jeśli osoba tę smycz zniszczy, to będzie to nasz ostatni spacer do czasu, aż z przyjemnością kupię nową”.