Cudownie niedoskonały - Psy.pl - mamy nosa!

Cudownie niedoskonały

Ma klapiące uszko, zoperowany ogonek i tylko jedno jajeczko, a mimo to Robert Janowski nie wybrałby innego szczeniaka, choćby - jak mówi - jeździł na wrotkach. Boston terrier Dyzio od razu wpadł w oko całej rodzinie

Na pytanie, czy pamięta jeszcze, co przepisać na przykład na problemy z tarczką ogona, Robert Janowski odpowiada, że minęło za dużo czasu od skończenia studiów, medycyna weterynaryjna bardzo szybko się rozwija, a on – lekarz weterynarii bez prawa wykonywania zawodu – na szczęście dokształcać się już nie musi.
Dlaczego absolwent szkoły muzycznej został lekarzem weterynarii? – Może dlatego, że się wychowałem w małym miasteczku, w dawnych pegeerach, w których były tysiące zwierząt. Zawód weterynarza wydał mi się pasjonujący. Ale w praktyce okazało się, że polega wciąż na tym samym. Profilaktyka.
– No chyba że w niewłaściwym momencie lekarz znajdzie się zbyt blisko końskiego ogona – podpowiadam, bo znam przygodę z niefortunną defekacją. Ale mój rozmówca opowiada mi coś mocniejszego: – Niestety przyczyniłem się do śmierci knura – blisko 300-kilogramowego. Miałem go zaszczepić, byliśmy sami w kojcu i potwornie się go przestraszyłem, a on pewnie tak samo mnie. Stanęliśmy naprzeciwko siebie jak kowboje… Wydałem taki okrzyk jak karatecy przed zadaniem ciosu. Nogi mu się rozjechały i pacnął ryjem w ściółkę – to była tak zwana nagła śmierć sercowa, która się często przytrafia trzodzie chlewnej.
Takie stresujące zdarzenia go jednak nie zniechęciły. Mówi, że gdyby nie występ w musicalu „Metro”, który przyniósł mu rozgłos w zupełnie innej dziedzinie, pewnie do dziś uprawiałby ten zawód. W każdym razie dobrze sobie radzi z drobnymi problemami usznymi czy zapaleniami bakteryjnymi na kufie Dyzia. A że wyuczony zawód nie pomógł mu w wyborze najzdrowszej rasy? – Na razie na szczęście nic o tym nie wiemy – kwituje moją wątpliwość.

Poręczny i bardzo domowy
Psa wybrali wspólnie z żoną i dwiema córkami: 10-letnią Anielką i 8-letnią Tolą. Miał być przede wszystkim mały. – Generalnie nie jestem za tym, żeby trzymać psy, zwłaszcza duże, w mieszkaniach, bo cierpią z tego powodu wszyscy: i zwierzęta, i domownicy. Dlatego wzięliśmy takiego, który jest poręczny i bardzo domowy. No i urzekł nas swoją urodą – boston terrier jest po prostu przepiękny, ma przecudną mordkę.
Dziewczynki także są zachwycone – a o to przecież chodziło: żeby miały psa, żeby się uczyły wzajemnych relacji i odpowiedzialności. Myśleli też o beagle‚u. – Ale on jest za duży i nie aż tak przyjacielski, poza tym musi dużo biegać, a na Ursynowie nie ma gdzie. My natomiast pamiętaliśmy, jakie to ważne, by móc uczynić zadość naturalnym skłonnościom naszego psa. Zauważam, że jest przecież wiele innych małych ras o przecudnych pyskach: mopsy, buldożki… – Boston ma mordkę o wiele mniejszą. Buldożka też zresztą mamy – dwunastoletniego Fredka. Dyzio ma nad nim tę przewagę, że nie chrapie, nie szczeka – choć wyje, gdy córki grają na flecie – i nie gubi tak mocno sierści. Poza tym fenomenalnie skacze – na wysokość prawie półtora metra. Bostony to najlepsi skoczkowie na świecie wśród małych ras.

Nie żeby się nim chwalić
Ludzie mówią: o jaki fajny piesek! O jaki piękny! I od razu pytają, co to za rasa. Robert Janowski przyznaje, że jego boston często jest mylony z buldożkiem, co bardzo go dziwi: – Powiedziałbym raczej, że to miniaturka boksera. A przecież naprawdę jest terierem, do tego wywodzącym się z tych bullowatych. Bostona miał między innymi Louis Armstrong. To rasa amerykańska, ale Dyzio jest Z Gdańska Rodem [nazwa hodowli – przyp. red.]. – Jako jedyny z piątki rodzeństwa do nas nie podszedł, tylko się schował między nogami właściciela – i już było wiadomo, że właśnie on będzie nasz.
Dyzio jest, zdaniem jego pana, cudownie niedoskonały: trzeba mu było amputować szczątkowy ogonek, bo istniało niebezpieczeństwo, że będzie wrastał, poza tym ma tylko jedno jajeczko, więc czeka go jeszcze operacja znalezienia drugiego w jamie brzusznej, i uszko mu trochę klapie – to wszystko eliminuje go z wystaw. – Gdyby było inaczej, pewnie bym go raz wystawił na próbę. Ale to, proszę państwa, kompletnie nie ma znaczenia, czy psu uszy stoją, czy nie, tylko czy go się kocha! Przecież psa nie bierze się po to, żeby się nim chwalić, tylko żeby był członkiem rodziny.
Wcześniej Robert Janowski miał zawsze zwierzaki ze schroniska i zapewnia, że nigdy nie było z nimi żadnych problemów. – Dziś także mamy oczy szeroko otwarte. Tutaj się często błąkają psy, które na pierwszy rzut oka nie mają właścicieli. Wtedy robimy eksperyment: odprowadzamy Dyzia do domu i wracamy sprawdzić, czy ten obcy wciąż jest sam. Gdyby był, trzeba by go przygarnąć i jakoś zabezpieczyć. – Do domu z dziećmi takiego zwierzaka o niepewnej przeszłości? – prowokuję. – Oczywiście, z takim psem idzie się najpierw do weterynarza. A problemy behawioralne mogą się pojawić również u zwierzaka z hodowli. Dyzio na przykład uwielbia zdejmować ludziom buty. Co gorsza, ściąga je również dzieciom na podwórku. Poza tym ma kłopotliwy zwyczaj biec przed siebie jak szaleniec. Raz nam w ten sposób zginął.

Dzieci wiele się nauczyły
Do dziś dokładnie pamiętają ten dzień. – Siedzieliśmy razem z dziećmi do późnej nocy, wspólnie pisaliśmy i drukowaliśmy ogłoszenia, a potem rozklejaliśmy je po całym Ursynowie. Dzieci wiele się wtedy nauczyły. Na szczęście Dyzio się znalazł i teraz… weźmie kilka lekcji posłuszeństwa ze szkoleniowcem. Z ostatecznego odejścia zwierzęcia też nie robi się w tym domu tajemnicy przed dziećmi. Zdechłą świnkę wszyscy widzieli, dotykali, pakowali do pudełka i chowali pod kamieniem.
Jak to zwykle bywa, dzieciom szybko przeszła ochota na zajmowanie się psem. – Ale my jesteśmy konsekwentnie upierdliwi i wymagamy, by przynajmniej raz, po szkole, go wyprowadzały. Żona wychodzi na poranny spacer, a ja – ponieważ jestem śpiochem – rewanżuję się za to wieczorem.
Pytam, czy różne małe zwierzątka – świnki, chomiki – które pojawiły się w domu przed Dyziem, były zamiast psa. – Wszyscy rodzice wiedzą, o co chodzi, przecież nie zrobiłem tego z miłości do chomików. Ale to bez sensu – lepiej ominąć te wszystkie świnki i od razu kupić psa. Obowiązków jest więcej, ale on z czasem staje się członkiem rodziny. Jeśli ktoś tego nie przeżył, to naprawdę nie wie, jak to jest. Dyzio zginął nam zaledwie po miesiącu, a gdy weszliśmy do domu, było pusto – bardzo pusto…

Robert Janowski
Piosenkarz, kompozytor, poeta, aktor, dziennikarz radiowy i prezenter telewizyjny. Absolwent szkoły muzycznej I stopnia w klasie fortepianiu i weterynarii na SGGW. Debiutował na deskach teatrów amatorskich, w latach 80. występował w kilkunastu formacjach rockowych. Rozgłos przyniosła mu główna rola w musicalu „Metro”. Grał
w kilku stołecznych teatrach i m.in. w serialach „Na dobre i na złe” oraz „Na Wspólnej”. Prowadzony przez niego od lat teleturniej „Jaka to melodia?” w TVP 1 bije rekordy popularności. Zdobywca trzech Telekamer i dwóch Wiktorów. Wydał m.in. płyty „Co mogę dać” (1994), „Powietrze” (1995), „Nieważkość” (2001).

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *