Czasem któreś zagnieździ się w sercu mocniej - Psy.pl - mamy nosa!

Czasem któreś zagnieździ się w sercu mocniej

Od lat przyjmuję do swojego domu zwierzęta, których nikt nie chce. Stare, chore, kalekie. Ma to jedną smutną stronę. Dość często musimy się żegnać na zawsze. Ostatnie z takich pożegnań było dla mnie szczególnie trudne.

Darzę uczuciem wszystkie moje psy i koty, ale czasem jedno z nich zagnieździ się w sercu mocniej niż inne. Tak było z Sarenką. Starą dobermanką, która przyjechała do mnie ze schroniska w Koszalinie.

Podejrzewano, że ma raka kości, i szukano jej domu na spokojną śmierć. Mój tylko na to czekał. Tym bardziej że właśnie odeszła moja ukochana „dobermanka miniaturowa” Misia. Przypominała ratlerka, ale serce miała wielkie jak wieloryb. Kochała mnie bardziej niż ktokolwiek inny. Trafiła do nas jako mocno starsza pani, ale udało nam się być razem jeszcze pięć lat. Po jej śmierci nie umiałam sobie znaleźć miejsca, a tu widzę mailową prośbę o pomoc dla dobermanki.

Strzał w dziesiątkę. Sarenka miała nawet tak samo krzywe uszy jak Misia, no i oczywiście takie samo serce. Kochała świat. Rak kości okazał się wielką ściemą i żyliśmy radośnie w zgranej grupie dziewięciu psów i dwunastu kotów. Aż tu nagle straszna choroba dopadła Sarenkę. Niezwykle agresywna postać chłoniaka zabrała jej życie w ciągu trzech miesięcy. Była z nami tylko trzy lata, ale w sercach zamieszkała na zawsze. Cudownie łagodna, delikatna i taktowna psia osoba.

Imię Sarna doskonale do niej pasowało. Nie umiała nawet warknąć. Nie znosiła kocich ani psich awantur. Szczekała wówczas rozpaczliwie: Mamo! Ratuj! Niech się uspokoją! Nasze awantury są zupełnie niegroźne, ale Sarna nie lubiła hałasu. Teraz, gdy patrzę na puste miejsce na kanapie, jakoś mi głupio. Nie ma mojej kochanej przyjaciółki.

Nie bardzo mam jednak czas na roztrząsanie straty, bo co prawda nie na kanapie, ale w domu jest godna następczyni Sarny. Bunia. Ma ze sto lat. Nie chodzi, bo kiedyś jakaś kanalia połamała jej wszystkie cztery łapy. I to jedyna przyczyna tego, że nie siedzi na kanapie. Bunia ma za sobą całe mnóstwo tragicznych zdarzeń. Ból, strach, kalectwo, schronisko i stratę ukochanej osoby. Przeżyła z nią pięć lat. Starsza pani zabrała suczkę foczkę ze schroniska, pokochała i po pięciu latach zmarła. Rodzina nie bardzo chciała podjąć trud opieki nad Bunią.

Ja jak zwykle miałam szczęście i znów mam uroczą przyjaciółkę. Wszyscy mieliśmy szczęście, bo Bunia jest naprawdę niespotykaną osobą. Mimo tylu przeciwności losu zachowała pogodę ducha i dalej umie kochać. Na dodatek uczy tego innych. Z szalonym zapałem zaadoptowała dwa czterotygodniowe kociaki. Jakaś nieznana kotka przyprowadziła nam do ogrodu maluchy i poszła sobie.

Co było robić? Noce zimne, więc zabrałam Michałki do domu. Michał i Michalina szybko wyszli z pieluch i się po nim rozpierzchli się. Bunia tylko na to czekała. Tak rozpaczliwie wołała, aż przyszły. Pozwoliła bawić się ogonem, a właściwie czym popadnie, i z miłością powiedziała: Całe życie na was czekałam. Czeka cały czas, bo maluchy rosną i z uporem penetrują otoczenie. Tylko czasem wpadną do Buninego koszyka. Ot tak, dać buziaka i powiedzieć: Kocham. Jest na co czekać.

Autor: Dorota Sumińska
Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *