Do trzech razy sztuka. Z bonusem - Psy.pl

Do trzech razy sztuka. Z bonusem

Wiosna w moim życiu, to czas zmian. I tak co roku, bo jestem Strzelcem, który w jednym miejscu nie usiedzi, i szybko się nudzę. Jesień natomiast to czas refleksji, podsumowań i sprawdzania, co też z listy rzeczy do zrobienia udało mi się zrealizować.


Kiedy adoptowałam pierwszego psiaka Rockusia i dzięki niemu zbliżyłam się do wcześniej nieznanego mi świata adopcji i niechcianych zwierząt, było kilka rzeczy które mnie onieśmielały. Chodzi o to, że patrzysz z otwartą buzią i mówisz: Szacun. Ja bym chciała, ale „nie mogę”, „nie dam rady”. Znacie to, prawda? Każdy ma jakiś limit. Mój limit ustanowiłam na poziomie jednego psa. Nie mogę mieć więcej – mówiłam i słowo daję, wierzyłam w to, co mówię. Liczne podróże, miejsce w samochodzie ograniczone przecież, no i dwa psy to już banda jest. Kilka dni po śmierci Rockusia pojechałam do schroniska w Jastrzębiu Zdroju po kolejnego psa. Oczywiście sztuk jeden. Nazwałam go Hacker.

Jocker – antypies w pełnej krasie

I tak by pewnie zostało, gdyby nie to, że w styczniu 2012 roku, pewnego piątku spędzanego z sąsiadką i butelką czerwonego, wpadł mi do domu czort. Dziadyga nie pies, a właściwie mój antypies w pełnej krasie. Mój pies ma mieć loki. Takie mi się po prostu najbardziej podobają. Jocker loków nie ma. Temperamentny jest – też nie moja bajka, ale było minus 20 stopni i cóż – został na tak zwanym tymczasie.

Broniłam się przed drugim psiakiem, w dodatku nie kudłaczem. Jack russell terror zmieszany z bulkiem z domieszką łobuza? Nie mój typ! Ale spał w łóżku… Mamma mia, jak mi tego brakowało! Hacker wad ma mało – jedną z nich jest to, że sypia „pod”. Pod łóżkiem, pod krzesłem, pod kanapą… Jocker został, a ja po jakimś czasie odkryłam zalety dwóch ogonów i moim mottem stało się: „jak masz psa, to lepiej dwa”.

I tu mała pauza: bardzo onieśmielały mnie i wprowadzały w stan maksymalnego szacunku osoby, które pisały w komentarzach: „Pozdrawiam ja, moje trzy ogony i dwanaście łap”. Gdy weszłam na etap dwóch ogonów i ośmiu łap, jednego byłam pewna: basta, koniec, nie ma mowy. Więcej nie, nawet pchły nie mogę adoptować!  

Jack z Radomia

Cztery miesiące temu napisała do mnie jedna z wolontariuszek: „Pies koczuje pod blokiem w Radomiu od czterech miesięcy. Duży. Owczarek niemiecki zmieszany z malamutem. Dziewczyna, która go dokarmia, za kilka dni wyjeżdża do Niemiec. On tam nie może zostać, sam, na ulicy, w dodatku bez niej. Ratunku…”.

To były wakacje, sąsiadka która ma duże podwórko i jeszcze większy strach przed dużymi psami była na wakacjach. Jej mąż dał mi tydzień. Na dzień brałam go do siebie (psa, nie sąsiada!), na noc szedł do sąsiadów. I tu pauza druga: chłop mój osobisty nie zgadzał się, bym została tymczasem. Nie bał się tego, że ja go poproszę, by Jack (tak nazwaliśmy przybysza z Radomia) u nas został, tylko tego, że to on nie będzie się potrafił z nim rozstać, bo do owczarków ma słabość 😉 W międzyczasie mój telefon był czerwony od liczby odpowiedzi na ogłoszenie. Mały detal: 99% chętnych chciało go do budy, kojca, pilnowania gospodarstwa lub nawet (sic!) składu budowlanego.

Dla mnie – sorry – pies to zwierzę domowe i jego miejsce jest w domu. Nie krytykuję tych, którzy mają psa na podwórku, rozumiem tych, którzy adopcje robią również do kojca, bo lepszy kojec niż ulica, ale jeśli ja wydaję psa, to pies ma mieć jak u mnie albo lepiej. Pewnie i to się z czasem zmieni, bo gdy masz (fizycznie, nie wirtualnie)  pod opieką jednego psa, to możesz wybrzydzać, dokąd pójdzie, a jeśli masz głodnych psów dziesięć do zabrania JUŻ z ulicy – a nie masz dokąd, to przecież buda i pełna micha to niemal Hilton!

Trzeciego wieczora poprosiłam, by Fabio sam odprowadził psa do sąsiadów. Pies został na tarasie – u nas. Drzwi do salonu były zamknięte. Czwartej nocy pies spał na tarasie, drzwi do salonu były otwarte. Piątej nocy pies spał w salonie, drzwi na taras były otwarte. Szóstej nocy, nasz pies spał w naszym domu, drzwi oczywiście były zamknięte.

Pauza trzecia: byłam pełna podziwu dla osób które brały psy prosto z ulicy. W schronisku, wiadomo – są szczepione itp., zawsze ktoś coś o tym psiaku ci powie, ale z  ulicy?  Enigma przecież.

Bogini jakaś

Powinnam czuć się jak bogini jakaś. Mam osobistych dwanaście łap, z czego osiem z ulicy! Z czego cztery łapy wieeeelkie.

I wiecie co? Gdy moje piesy osobiste na mnie patrzą nie tylko, gdy mam w ręce smakołyk lub smycz, ale choćby gdy rano otwieram oczy taka obecna nieprzytomna rozczochrana, to poważnie: czuję się jak bogini. To trwa jakieś piętnaście sekund. Potem Hacker wskakuje na łóżko, Jocker – śpioch – się wkurza, że go budzimy, Jack szczeka, bo Hacker szczeka, a on małpuje zachowania, moje lustro się śmieje, że byłam boginią, ale krótko, mój mózg domaga się kawy… ale to wszystko spada na drugi plan. Bo punkt pierwszy, nieodwracalny to spacer. Czasem w piżamie, czasem w dresie, ale JUŻ TERAZ.

W bonusie mam i czwartego – to Pocker the polish dogtrotter, maskotka, która krąży po świecie i promuje adopcje zwierząt. Teraz Pocker jest w Tanzanii. Przez rok podróży zwiedził pół Polski oraz: Palma di Majorca, Litwę, Łotwę, Estonię, Wielką Brytanię, Stany jednoczone, Australię, Grecję, Węgry, Holandię, Niemcy, przeleciał przez Turcję i wylądował w Tanzanii.

Jak podsumować ten rok? Zajepsiście.

Plany na przyszłość? Wygrać w Lotto. I mówię poważnie, bo ja tak mam, że gdy sobie coś ubzduram – to się spełnia.

Co zrobię z nadprogramowymi milionami? Na bank coś psiowego, na bank niestandardowego. Szalonego coś, bo ja z szaleństwa nie wyrosłam i pewnie, mając za kilkanaście dni lat xxxdzieści, już nie wyrosnę. „Ten typ tak ma” – mawiał mój świętej pamięci Tatko – i się nie mylił. Ja tak mam.

Kasia Pisarska

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *