Dom bez zwierząt jest smutny - Psy.pl - mamy nosa!

Dom bez zwierząt jest smutny

W domu Maryli Rodowicz rządzą trzy koty, a pilnuje go długowłosy owczarek Czubaka. Stoi też tam pusta klatka po szynszylach, która czeka na gadającą papugę

W wywiadach sprzed kilku lat można przeczytać o kotach, żółwiach i innych zwierzętach… Długo dojrzewała Pani do psa?
Miałam już wcześ­niej kilka psów. Pierwszego kupiłam w Czechach. Zachwyciłam się na ulicy małym bokserkiem. Nie zdawałam sobie sprawy, jakim kłopotem jest pies. Zwłaszcza że długo nie miałam własnego domu. Mieszkałam wtedy głównie w Pradze, z narzeczonym i jego foksterierem, a w Polsce – w hotelach. I zaczęły się udręki, odszkodowania. Przez Britta miałam zakaz zatrzymywania się w warszawskim hotelu Bristol, bo poobgryzał zabytkowe meble… Postępowałam nierozsądnie, na przykład zabierałam go na koncerty. Trzeba go było przywiązywać do kaloryfera w garderobie – inaczej wybiegał za mną na scenę. W końcu zresztą kiedyś wybiegł razem z kaloryferem… Z Brittem dopiero się uczyłam, co to znaczy mieć psa.

Kiedy udało się opanować sytuację?
Do końca nie została opanowana. Kiedy się wyprowadziłam z Pragi, Britt został w tamtym domu, razem z foksterierem. Teraz wiem, że kiedy człowiek się decyduje na psa, musi mieć świadomość, że pies nie powinien zostawać sam, że trzeba z nim wychodzić. Koty nie wymagają aż takiego zaangażowania.

Czyli pierwotna miłość była jednak do kotów?
W dzieciństwie koty przynosiłam z ulicy. Teraz zresztą też mam trzy: starą kotkę o męskim imieniu Szarik i dwa młode norweskie leśne: kotkę Rysię i kocura Rysia. Ale zawsze się zaprzyjaźniałam z różnymi psami. W drodze do szkoły mijałam bramę, za którą ujadał groźnie wyglądający owczarek. Dzieliłam się z nim swoim śniadaniem. Kiedyś wracałam po lekcji wychowania fizycznego, na której nauczyłam się robić stójkę na rękach. Chciałam mu to pokazać i stanęłam na rękach przy bramie. Wtedy but przeleciał mi przez wysokie ogrodzenie. Przeszłam więc przez ten mur…

Aż się boję pytać, co było dalej…
Na szczęście byliśmy już z tym psem zakolegowani. Odzyskałam but!
W końcu zostałam jednak pogryziona. Na podwórzu chciałam się pobawić z obcym psem i ten nieoczekiwanie wbił mi zęby w udo. A że jak się później okazało, miał wściekliznę, w nocy dostałam jakiegoś ataku. Babcia w nocnej koszuli zaniosła mnie na rękach do szpitala. Nie ominęła mnie seria zastrzyków w brzuch. Jeszcze biorąc te zastrzyki, podczas pobytu na wsi u rodziny weszłam do budy innego psa, też mnie ugryzł. Na wszelki wypadek zaaplikowano mi kolejną serię. Widać nie uczę się na błędach…

Miała Pani tak nieprzyjemne przygody z psami, a jednak Panią do nich
ciągnęło?

Ciągnęło mnie do wszystkich zwierząt. Nawet zdawałam na weterynarię. Niestety, oblałam chemię…

…i pozostało tylko kupić kolejnego psa?
Kupiliśmy sznaucera olbrzyma.

Z dobrej hodowli?
Miał utytułowane babki i ciotki championki, ale mimo to nie ominęły nas problemy. Popełniliśmy zasadniczy błąd: Brunet (tak go nazwaliśmy) był tresowany przez szkoleniowca bez naszego udziału. W efekcie słuchał jego, a nie nas. Mieliśmy w związku z tym sporo kłopotów. Lubił np. przegryzać gumowe przedmioty – nie tylko piłki, ale i pontony podczas wakacji na Mazurach. „Ratował” wszystkich pływających, wskakując im na plecy. Uwielbiał porywać torebki… Kiedyś nawet pewna Niemka zarzuciła nam, że był do tego celu tresowany… No i kradł puszki z mielonką wczasowiczom na kempingu i zadowolony przywlekał je do domu. A najgorsze było to, że uciekał. I któregoś dnia nie wrócił. Dawaliśmy mnóstwo ogłoszeń, serca biły nam z nadzieją na widok każdego napotkanego sznaucera – ale Brunet się nie znalazł…

I teraz znów ma Pani psa dużego i czarnego – żeby odstraszał intruzów?
Po prostu takie mi się podobają. Lubię dużych mężczyzn, duże psy i samochody z dużą mocą pod maską.

A duzi mężczyźni dobrze się dogadują z dużymi psami?
Oj, nie zawsze. Mój mąż boi się psów i na wszelki wypadek ich nie lubi.

I zgodził się na owczarka?
Namówiłam dzieci, żeby go wyjęczały.

Zwykle to raczej dzieci namawiają rodziców na pieska…
Ale moje dzieci nie miały najlepszych wspomnień związanych z Brunetem, który strasznie je ciągnął na smyczy.

Jak się namawia dzieci na psa?
"Ja będę z nim wychodziła, tylko przekonajcie tatusia…". Mąż najpierw mówił: Nie ma mowy, ale w końcu został spacyfikowany.

Dlaczego tym razem zdecydowała się Pani na sukę?
Bo wiedziałam już, że nie dam rady zapanować nad psem.

I jest łatwiej?
O, tak! Czubaka jest słodka!

I niczego nie pogryzła, jak Britt?
Już umiałam temu zapobiec. Przede wszystkim kupiłam jej zabawki i gryzaki. Trochę się tylko zapędzała do jednego zabytkowego krzesła…

Czubaka ma coś wspólnego z bohaterem „Gwiezdnych wojen” – oprócz imienia?
Kiedy była mała, wydawała odgłosy zupełnie jak Chewbacca…

I jest równie odważna?
Boi się tylko burzy i… dźwięku motocykla. Gdy mieszkaliśmy na Bemowie, odbywały się tam często zloty motocyklistów – musiała się ich kiedyś wystraszyć.

Jako osoba dużo podróżująca nie wolała Pani kupić sobie małego pieska, którego łatwiej jest zabierać z sobą?
Wspólne podróże na koncerty przerobiłam już z bokserem. To jakby wozić z sobą dziecko – miałam koleżankę, która tak robiła. Przyjechała na festiwal do Opola i podczas prób zostawiała niemowlę w samochodzie na parkingu…
Kiedy wyjeżdżamy, Czubaka zostaje z opiekunką, którą zna od szczeniaka. Oczywiście tęskni za nami, ale przynajmniej jest wtedy z kimś, kto lubi zwierzęta i potrafi jej zapewnić bardzo dobrą opiekę.

Ale można Panią spotkać na spacerach z psem?
Tak… czasami.

Czubaka faworyzuje kogoś w rodzinie?
Syna. Koty zresztą też. Rozpoczął właśnie studia, więc zwierzęta tęsknią za nim i rzucają się na niego, gdy przyjeżdża. Suka go budzi, wskakuje do łóżka, piszczy z radości na jego widok. Natomiast czuje respekt przed mężem – przy nim nigdy nie wejdzie na kanapę, natomiast kiedy go nie ma, wręcz przeciwnie.

A jak Czubaka dogadała się z kotami?
Szarik od razu ją sobie ustawiła. A z młodymi fantastycznie się razem bawią.

Z Pani doświadczeń wynika więc, że antagonizm między psami i kotami jest do pokonania?
Absolutnie tak!

Miała też Pani mniejsze zwierzęta – na przykład żółwie…
To był pomysł córki, która dziś studiuje zootechnikę i wyprowadziła się już z domu, ale też ma zwierzęta – dwa koty i konie, z którymi czasem podróżuje! Dzwoni na przykład, żebym jej znalazła boks w Warszawie – rzucam wszystko i szukam… A żółwie to ulubione zwierzęta mojego męża – bo nic od niego nie chcą.

A Pani?
Ja nie miałam z nimi kontaktu. Za to bardzo lubiłam szynszyle. To było bardzo miłe – oswajać i wabić takie mięciutkie zwierzątko, miałam do tego cierpliwość. Ich monstrualnej wielkości klatka była wypełniona zabawkami. Trzymam ją do dziś, bo marzy mi się gadająca papuga. Może kiedyś, jak rozbudujemy dom, zrobimy wolierę…

A co na to mąż?
On nie czyta tego pisma…

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *