Iskierki człowieczeństwa - Psy.pl

Iskierki człowieczeństwa

Można ich spotkać w Warszawie lub Kazimierzu Dolnym. Nierozłączni: znany aktor i jego pies - Bubulina towarzyszy Dariuszowi Jakubowskiemu w podróżach, w restauracjach i na wernisażach

Bubulina to Pana drugi pies o tym imieniu – nie lepiej było je odróżnić?
Zastanawiałem się nad tym. Ale tak krótko miałem tamtego psa i takie zajmuje miejsce w moim sercu, że chciałem przedłużyć żywot tej Bubulinie, która odeszła dawno temu. Byłem chyba w trzeciej klasie liceum, gdy w drodze do szkoły przepiękny młodziutki bokser „przyssał się” do mnie, zaufał i nie odstępował na krok. Wszedłem do klasy, a on za mną – i schował się pod ławką. Zrobiła się afera, przybiegł dyrektor, cały w nerwach, ale zachował się jak prawdziwy pedagog – zwolnił mnie z lekcji, żebym mógł się zaopiekować psem! Niestety, ta suczka bardzo szybko odeszła – miała niedrożność jelit i nie udało się jej uratować.

Druga Bubulina pojawiła się również za sprawą zrządzenia losu?
W domu jesteśmy przekonani, że to ona nas sobie wybrała. Psa chcieliśmy mieć już wcześniej, więc grunt był przygotowany. Pewnego dnia żona przyszła po mnie do teatru i mówi: słuchaj, tam na dole, na bazarze pod Pałacem Kultury zawołał mnie szczeniaczek, ściągnął mnie wzrokiem, musisz go koniecznie zobaczyć. I nie było już dyskusji. Zapłaciliśmy symboliczną kwotę, kupiliśmy smycz i obrożę i poszliśmy na spacer do Ogrodu Saskiego. Bubulina nie umiała jeszcze w ogóle chodzić, tak bardzo była zaniedbana, więc próbowaliśmy ją jakoś zachęcić – i nagle podjeżdża do nas rodzina na rolkach. – Mamy takiego samego psa! – krzyczą. – Będą państwo zadowoleni! Tylko pisać nie będzie potrafił!

To się sprawdziło?
O, tak! Ona nigdy nie była szkolona, a wszyscy są zdumieni, jak głębokie jest porozumienie między nami. W Kazimierzu Dolnym, do którego jeździmy razem od wielu lat, mamy te same ulubione miejsca. Czasem tylko Bubulina wybiera inną drogę. W ubiegłym roku trafiliśmy na straszny mróz. Nacieraliśmy jej łapy wazeliną, ale mimo to chodziliśmy na krótkie spacery. Kiedyś chcemy już wracać, ale ona piszczy: nie chcę tędy! Jeśli pójdziemy Słoneczną, to zamarzniesz – tłumaczę jej. Ale ja chcę iść tamtędy! Tęskniła za pewnymi miejscami, które ma sprawdzone. To są jej tereny, od szczeniaka spędza tam każdą wolną chwilę.
Bubulina świetnie się czuje w atmosferze rozmowy – już po chwili słychać jej chrapanie… Choć zdarza się też, że przy okazji załatwia własne sprawy. Ktoś nam przerywa dyskusję i pyta: Czy ona może jeść kurczaki? Tak, byleby kości nie było – odpowiadamy machinalnie i rozmawiamy dalej. Po chwili słyszymy: Poproszę jeszcze jedną porcję kurczaka…

Kazimierz Dolny jest miasteczkiem przyjaznym dla psów?
Nie bez racji przy uliczce wiodącej od rynku do fary stoi pomnik psa. Tam od sklepów, przez aptekę, nawet do lekarza wchodzimy razem. Kiedy byłem chory, poszliśmy do przychodni, a pani doktor mówi: proszę, niech ona się tu położy, a my porozmawiamy. Traktowała to jak coś oczywistego.
Latem z okolicznych wąwozów schodzą się psy, bo wiedzą, że się tu pożywią i nie będą przepędzane. Bubulina porusza się między nimi jak królowa – z tobą nie rozmawiam, tu siknę, zostawię ślad, idę dalej.

Znała psa uwiecznionego na pomniku?
Nie. Ale jej największym adoratorem był Klocek – znany w Kazimierzu pies, który przypływał z Janowca.

Dobrze się dogaduje z innymi psami?
Zawsze była gotowa raczej do zabawy niż do walki. Teraz jednak nasiliły się jej problemy z kręgosłupem, które ma od szczeniaka. Toteż gdy widzi, że jakiś pies jest zbyt aktywny, to do głosu dochodzi jej mądrość: a wiesz, chodź, pójdziemy sobie bokiem, na co mi to.

Ilu rzeczy nie można już robić z piętnastoletnim psem? Czasem widuję staruszki z trudem nadążające za rowerem…
To potworna nieuważność ludzi – próba nagięcia zwierzaka do swoich wyobrażeń, zamiast rozpoznać, kto do nas przyszedł, co jest jego talentem, a co trudnością. Próbują swoje własne marzenia i kompleksy wtłaczać w psa. Znałem ludzi, którzy będąc wegetarianami, usiłowali odzwyczaić kota od jedzenia mięsa. Jeśli kaktusa za bardzo się podleje, to zgnije. Podobnie psu trzeba stwarzać odpowiednie warunki i pozwolić mu przejawiać jego cechy. To jest nasz obowiązek: wykrzesać z siebie uważność.
Bubulina już nie biega ze mną kilometrami jak dawniej, ale wciąż regularnie pływa. Oczywiście musi być patyk, czyli zadanie, bo pływanie dla samego pływania jest według niej bez sensu. Gdy ostatnio zaniemogła, nasz wspaniały, charyzmatyczny dr Edward Kołodziejski, który prowadzi ją od szczeniaka, zalecił prześwietlenie. Pani radiolog złapała się za głowę: jak ten pies może jeszcze chodzić, skoro ma takie zrosty. Okazuje się, że ta wielość spacerów, aktywność sprawia, że jej organizm się nie poddaje.

Bubulina zawsze ma z sobą piłeczkę, jak dziś?
Zależy to od pory spaceru. Z reguły ją nosi, ale gdy chce zwrócić naszą uwagę na coś, na przykład na kierunek, celowo ją zostawia. To taka nasza gra. Wieczorem tylko wynosi piłeczkę za próg, a potem noszę ją ja. Chyba że na spacerze uczę się roli – wtedy sama niesie piłkę i nie muszę jej pilnować. Jest najlepszym słuchaczem. Pamiętam „Romea i Julię”, scenę z balu – biorę tę łapę: „Jeżeli profanuję nazbyt szorstką dłonią świątynię twojej dłoni, grzech to jest olbrzymi…”, a ona ją trzyma jak Julia…

Jak się Pan uczył tekstów, gdy jej jeszcze nie było?
Sam nie wiem…

Pana zdaniem psa można zabierać wszędzie?
Pamiętam aferę z psem Ludwika Dorna, to zdziwienie wszystkich, że z psem po Sejmie… Tu nie chodzi o sympatie polityczne, lecz o traktowanie psa jako członka rodziny. Czy gdyby ktoś przyszedł do Sejmu z dzieckiem, to też by mówiono, że nie należy?
Parę razy zdarzyło się nam wziąć Bubulinę nawet na cmentarz czy do sanktuarium w Kazimierzu. Leżała pod ławką, nie rzucała się w oczy. Gdyby jednak miało to wywoływać konsternację, to zrezygnowałbym – ze względu na jej spokój. Niemniej uważam, że pies to nasz towarzysz i ma prawo być tam, gdzie my. Sprawdzamy zatem, do której kawiarni możemy z nim wejść. Bardzo fajne miejsce powstało przy placu Teatralnym, ale gdy ajent wywiesił kartkę, że psów wprowadzać nie wolno, pomyślałem: to twoja strata, człowieku, więcej tu nie przyjdę. Wolę iść na trakt vis-a`-vis św. Anny, gdzie jeśli poproszę o wodę dla psa, przyniosą ją bez problemu i zdziwienia. Nieżyjący już wielki tancerz Stanisław Szymański nie rozstawał się ze swoim psem. Jeździł z nim wszędzie, nawet do Brazylii. Zawsze był dla niego bilet, fotel – nie klatka – jeżeli chcecie mnie, musicie wziąć też psa. Gdy Jerzy Grzegorzewski reżyserował spektakl „Cztery komedie równoległe”, pies towarzyszył Stanisławowi na scenie – jako integralna część postaci, którą kreował. Podobnie Marek Walczewski ze swoim Maksem, kiedy jeździliśmy z teatrem, zawsze żądał hotelu, w którym go przyjmą z psem.

Polacy kochają zwierzęta?
Myślę, że generalnie jesteśmy narodem psiarzy. Z przyjemnością wczytywałem się w życiorys Adama Mickiewicza, który gdy się wyprowadzał na lato pod Paryż, to miał z sobą srokę, psa – cały zwierzyniec. I potrafił zerwać stosunki z kimś, kto się oburzył na to, że wszędzie psa zabiera. Ja jestem z tego pnia. I mam nadzieję, że taka orka na ugorze sprawi, że coraz więcej ludzi będzie myślało tak samo. Niech się krzewi zdrowy snobizm. Gdy było stulecie Filharmonii Narodowej i państwo nie miało pieniędzy, by to uczcić, niektóre jubileuszowe koncerty zasponsorował jeden z operatorów telefonii komórkowej. Warunkiem było jednak to, że sponsor rozdysponuje część biletów. I ci biznesmeni, zajmujący sporą część widowni, pozdejmowali w trakcie koncertu marynarki, nie mówiąc już o tym, że klaskali po każdej części utworu. Ale z czasem, gdy ów zdrowy snobizm na bywanie w filharmonii się utrwalił, nauczyli się, że klaskać należy dopiero na końcu, i naprawdę rozkochali się w muzyce. Myślę, że taki właśnie czas transformacji przeżywamy teraz w kwestii zwierząt.

Za co Pan kocha Bubulinę?
Tak samo jak człowieka – nie kocha się za coś. Nawet gdy Gałczyński pisał dla swojej Natalii: kocham cię za to, za to, za to – to wszystko było brane w cudzysłów. Kocha się dlatego, że dzięki temu drugiemu człowiekowi ta jakość w ogóle się pojawia. I Bubę też kocham za to, że pomaga mi kochać, że dzięki niej mogę z siebie wydobyć coś dobrego, iskierki człowieczeństwa – i jej to dać.

DARIUSZ JAKUBOWSKI
aktor filmowy i teatralny, znany m.in. z seriali „Na dobre i na złe” oraz „Tajemnica twierdzy szyfrów”. Występuje na scenie warszawskiego Teatru Studio, można go też zobaczyć i posłuchać w Knajpie u Fryzjera w Kazimierzu Dolnym, gdzie w niedzielne poranki aktorzy czytają dzieciom bajki.


Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *