Jacek Federowicz - Psy.pl - mamy nosa!

Jacek Federowicz

W naszych domach rodzinnych zawsze były psy. Przeróżne. Wilczury, boksery, jamniki. My natomiast zbieramy różne biedy, wyrzucone, niechciane, niekochane. Tylko raz kupiliśmy rasowego psa – dalmatyńczyka, obiecanego córce za dobre stopnie (zamówiła go sobie po Disneyowskich „101 dalmatyńczykach”).

Jednocześnie był w domu taki niby pon, szary kudłaczek. To była wspaniała para. Dalmatyński książę – szlachetny Pepi, i kudłaty, dowcipny, filozoficznie podchodzący do świata Dziadek. Na moment dołączyła do nich Uszka, młodziutka wilczka, odkupiona od pijaka, który ją głodził. Niestety, mimo naszych wysiłków zmogła ją choroba. Zdążyła się jednak dowiedzieć, że jest bardzo kochana. Lekarze złagodzili jej odchodzenie. Ale nie nasz żal.

Żył też z nami Beniek, wilcze echo. Cwaniak, zawadiaka o ambicjach przywódczych, babiarz o ciepłym spojrzeniu, czuły i kochający. Miał zwyczaj urywania się z domu na parę dni – robił to, gdy dochodził do wniosku, że jest w nim za mały ruch i nuda. Mieszkał wtedy w parku, grał bezdomnego i był dokarmiany przez dobre parkowe dusze. Znaleziony udawał, że to on nas znalazł, i bardzo się cieszył. Czasem po dłuższej nieobecności, gdy wiedział, że przesadził i czeka go kara, chcąc jej uniknąć, szedł w sąsiedztwo pod okna państwa Bratkowskich. Tam wyszczekiwał Małego (kumpel owczarek), ten udawał, że gwałtownie musi wyjść, Stefan Bratkowski go wyprowadzał i wtedy Beniek radośnie prowadził całą grupę do naszego domu, słusznie uważając, że nie będziemy mu robić awantury przy gościach.

Z kolei Pet był wyżłem, który nie chciał polować, więc właściciele wywieźli go i zostawili, a on czekał na nich uparcie przez kilka dni na dworcu autobusowym w Giżycku. Cudowny przyjaciel, mądry, łagodny, zapalony biegacz długodystansowiec, ale i namiętny zbieracz amator świństw przeróżnych. Miał taką zasadę, że mięsne zjadał, mączne zakopywał, a w rybnych się tarzał. Większymi znaleziskami zawsze był gotów się podzielić. Serdeczny i rodzinny.Teraz jest Kikuś, przywieziony z Bieszczad, uratowany w ostatniej chwili przed uśpieniem. Mały pokraczek na cieniutkich łapkach, o jeszcze cieńszym jadowitym głosie. Wyrzucony z samochodu, a przedtem bity i kopany – ślady miał na całym ciele. Baliśmy się, że po bieszczadzkich przestrzeniach i głodnej, ale jednak wolności, źle będzie znosił spacery na smyczy i mieszkanie w warszawskim Śródmieściu. Tymczasem okazało się, że on właśnie o niczym innym nie marzył, tylko o domu, choćby w bloku na IX piętrze. Przez pierwsze tygodnie już po kilku minutach spaceru rwał z powrotem, tak jakby się bał, że mu ten dom ucieknie. Wraz z Kikusiem bezkonfliktowo mieszkają z nami trzy kotki i kocurek. Krążka odziedziczyliśmy po emigrantce, jedna kotka – sierotka ze śmietnika, druga zdjęta z drzewa po akcji, w którą zaangażowała się spora grupa miejscowych tzw. browarków, trzecia – przyniesiona przez dzieci w bardzo kiepskim stanie. Maleńka trzytygodniowa istotka żyje uratowana dzięki ciągłym, nawet nocnym, konsultacjom z dwiema wspaniałymi lekarkami.

Ze wstydem przyznajemy, że byliśmy obciążeni rzekomą koniecznością wyboru „pies czy kot?” i koty odkryliśmy niestety dopiero jakieś 20 lat temu. To wielka strata, te wszystkie lata bez nich! Wspaniale jest mieć taką powiększoną rodzinę. To oczywiście duża odpowiedzialność, ale i radość z możliwości ciągłego oglądania tego towarzystwa jest wielka. A także poczucie, że się jest im potrzebnym. Nie wyobrażamy sobie życia bez zwierząt, a wśród nich najbliższe są te osobiście uratowane. Proszę kiedyś spróbować! Warto.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *