Jeśli podrywać, to na stafika - Psy.pl - mamy nosa!

Jeśli podrywać, to na stafika

Gdy znana z serialu "Kryminalni" aktorka Magda Schejbal budzi się rano, najpierw patrzy w oczy psu, który ma łeb na poduszce obok niej

Jak osoba taka zajęta jak Pani znajduje czas na opiekę nad psem?
Gdy pierwszy raz przywiozłam Bruna na plan serialu „Kryminalni”, wszyscy byli w szoku, że się zdecydowałam na psa. Myślę jednak, że po tych kilkunastu miesiącach przekonałam ich, że jestem dobrą „mamą”… Pies ma się dobrze. W podbramkowych sytuacjach pomaga mi mój chłopak Piotr lub przyjaciółki, które w razie potrzeby nie odmówią Buniowi.

Staram się jednak wywiązywać ze swoich obowiązków. Nawet kiedy muszę wcześnie wstać, to doliczam pół godziny na poranny spacer z Brunem. Gdy mam przerwę, też wsiadam w samochód i przyjeżdżam do niego – kosztem obiadu. A wieczorami fundujemy sobie długie spacery.

Poza tym, jeżeli tylko jest to możliwe, wszędzie jeździmy razem. To pies hotelowy: na widok długiego korytarza macha ogonem, jest żądny nowych przygód, kuchni i znajomości. Jeździ ze mną tak często, że poznał już chyba całą drogówkę. Żeglował po mazurskich jeziorach. Nie zapomnę też jego pierwszych wakacji nad morzem: na widok piasku mała czarna kropka latała w tę i z powrotem, kopiąc dziury i wpadając do wody.

Skąd się wzięła mała czarna kropka po owczarku Oskarze, który towarzyszył Pani w domu rodzinnym?
Był taki czas, że w ogóle nie chciało mi się wychodzić z domu i patrzeć na świat. Postanowiłam wtedy przygarnąć przyjaciela. Pomyślałam, że pies mnie zmobilizuje. A na stafika namówił mnie kolega. Jego amstaf jest fajny, ale Konrad doradzał mi mniejszego teriera typu bull. Znalazłam w internecie hodowlę staffordshire bull terrierów pod Wrocławiem i pojechałam tam z koleżanką. Były jeszcze dwa szczeniaki, ale dziewczynka miała wyjechać do Krakowa. W kącie siedział tylko mały czarny chłopczyk, więc go zabrałyśmy. I tak ja z Wrocławia, a on spod – oboje wylądowaliśmy w Warszawie.

Początki były stresujące. Wprawdzie to nie był mój pierwszy pies, ale pierwszy wychowywany od małego. Oskarem, uratowanym po powodzi, opiekowała się moja mama, my z siostrą byłyśmy jego towarzyszkami zabaw.

Kolega, znawca psów, przyuczał mnie do bycia psią mamą, ale i tak miałam obsikane całe mieszkanie – wynajmowane! – więc z przerażeniem latałam ze ścierką i wycierałam kałuże. Na szczęście Bruno nie niszczył rzeczy, no może z wyjątkiem kabli…

Decydując się na stafika, nie obawiała się Pani, że przedstawiciele tej rasy
miewają problemy w kontaktach z innymi psami?

Trochę, ale tylko do momentu, kiedy zobaczyłam, że już urósł i jest posłuszny. Zresztą Konrad od początku przyjeżdżał do nas ze swoim amstafem, więc wcześnie rozpoczęliśmy socjalizację Bruna. Tylko z Oskarem na początku było trudno, bo on raczej się nie bawi z innymi psami, tylko trzyma na uboczu i obserwuje. To dystyngowany stróż, wydaje się świadom odpowiedzialności, która na nim spoczywa. Gdy więc zobaczył tego małego gówniarza, który wszędzie się wpychał, to go gonił. Za to, gdy się w końcu dogadali – a było to podczas ostatnich świąt – zaczęli jeść z jednej miski, a po naszym wyjeździe Oskar podobno dwa dni głodował z rozpaczy.

Ludzie boją się Bruna?
Prowadzę dom otwarty, więc Brunowi nie sprawia różnicy, czy przyjdzie listonosz, czy wpadną znajomi – dla wszystkich ma równie dużo miłości, a dla dzieci nawet jeszcze więcej: na ich śmiech natychmiast stawia uszy i pędzi do nich. W pobliżu naszego domu są szkoła i przedszkole. Gdy wychodzimy rano na spacer, to wspólnej zabawie z dziećmi nie ma końca.

Sąsiedzi też go kochają, jest ulubieńcem całej klatki. W czasie awarii kanalizacji hydraulicy chodzili po mieszkaniach, więc drzwi były pootwierane. No i Bruna nie było w domu, bo musiał skorzystać z okazji i wszystkich odwiedzić…

Mnie i Piotra także owinął sobie wokół palca. Gdy budzę się rano, najpierw patrzę w oczy psu, który ma łeb na poduszce obok mnie. I jeszcze się rozpycha! Kiedy wychodzimy z domu, też automatycznie włazi na łóżko – to jego azyl. I pomyśleć, że Konrad, który do kwestii wychowania psa podchodził kategorycznie, zabronił mi spania ze szczeniakiem – więc kładłam się ze łzami w oczach, a Bruno zostawał pod drzwiami na swoim legowisku i patrzył smutnie tymi swoimi ślepkami. Nie wiem, jak to zrobiłam, że byłam wtedy taka twarda.

Kanapa też miała być naszym azylem – już nie jest. Bruno ładuje się na nią i ogląda z nami telewizję.

Chyba jednak nie we wszystkim ulega Pani psu?
Oczywiście, że nie – zwłaszcza gdy chodzi o jego bezpieczeństwo. Spędziłam kiedyś pół dnia, chodząc w kółko po skrzyżowaniu i ucząc go zatrzymywania się przed przejściem. Od tamtej pory reaguje na komendę „stój”.

Jedyna sytuacja, w której nie potrafię go jeszcze okiełznać, to spotkanie z innymi psami – wtedy w jednej chwili głuchnie na moje wołanie. Na szczęście pędzi do nich w podskokach wyłącznie w towarzyskich zamiarach.

Nauczyłam go też, że po spacerze trzeba wytrzeć łapy – zatrzymuje się więc w przedpokoju i czeka. Ja już czasem o tym zapominam, bo zrobiło się ciepło i sucho. Krzątam się po kuchni, a on wciąż stoi przy drzwiach, więc myślę: o co mu chodzi? A, łapy!

Komu poleciłaby Pani stafika?
Zwłaszcza samotnym koleżankom i kolegom – to genialny kompan! Poza tym podrywałam na niego chłopaków w parku – bo większość facetów lubi silne, mocne psy. W pierwszym momencie ja byłam mniej istotna, ale po chwili podnosili wzrok… A zatem dziewczyny: jeśli chcecie podrywać na psa, to tylko na stafika!

Naprawdę żadnych trudnych chwil Pani z Brunem nie przeżyła?
O, przeżyłam naprawdę mocny numer. Poszliśmy nad Wisłę z sąsiadami i przyjacielem Bruna – bassetem. W pewnym momencie Bruno w ferworze zabawy znalazł się w wodzie. Nurt był tak silny, że zaczął go znosić na środek. Zdążyłam tylko zdjąć tenisówki i powiedzieć do koleżanki, z którą akurat rozmawiałam przez telefon, że muszę kończyć, bo pies mi się topi. Wskoczyłam do wody po szyję… Żaden z wędkarzy ani przechodniów się nie ruszył. Chłopcy zdenerwowani wyciągnęli nas na stromy brzeg. Mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że uratowałam życie mojemu psu. To był sprawdzian, dzięki któremu wiem, że mogę na siebie liczyć.

Jako Basia z serialu „Kryminalni” nie uratowała Pani swojego kota…
Nie miałam wpływu na to, że kot mojej bohaterki został brutalnie zamordowany – oczywiście tylko w filmie. W rzeczywistości ma się dobrze – to kotka Martyny, asystentki kostiumografa. Uznaje tylko swoją panią i dawała mi nieraz popalić, bywałam nieźle podrapana. Ale gdy spróbowaliśmy nakręcić scenę ze szkolonym kotem, to okazał się zbyt spokojny, za mało się działo…

Jeśli już postać serialowa ma zwierzę – Basia czy Magda M. – to zwykle kota. Dlaczego?
Może wynika to ze stereotypu, że samotne kobiety mają koty.

A prywatnie jest Pani psiarą czy kociarą?
W moim rodzinnym domu najpierw były koty, a dopiero potem psy. Gdy zamieszkałam w Warszawie, też na początku przygarnęłam dwa koty – jednemu uratowałam życie, bo został znaleziony z brzuszkiem przebitym patykiem. Dziś Misza mieszka u moich rodziców, z drugim dachowcem Zizou i starym maine coonem Mateuszem. A ja jestem panią Bruna zwanego Buniem Buniastym.

Magdalena Schejbal
Absolwentka PWST we Wrocławiu. Laureatka Nagrody Prezydenta Gdyni za debiut aktorski w filmie Przemysława Wojcieszka „Głośniej od bomb”. Popularność zdobyła rolą podkomisarz Basi Storosz w serialu „Kryminalni”. W warszawskim Teatrze na Woli gra Kordelię w „Królu Learze” Szekspira.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *