Jeśli podrywać, to na stafika

Jak osoba taka zajęta jak Pani znajduje czas na opiekę nad psem?
Gdy pierwszy raz przywiozłam Bruna na plan serialu „Kryminalni”, wszyscy byli w szoku, że się zdecydowałam na psa. Myślę jednak, że po tych kilkunastu miesiącach przekonałam ich, że jestem dobrą „mamą”… Pies ma się dobrze. W podbramkowych sytuacjach pomaga mi mój chłopak Piotr lub przyjaciółki, które w razie potrzeby nie odmówią Buniowi.

Staram się jednak wywiązywać ze swoich obowiązków. Nawet kiedy muszę wcześnie wstać, to doliczam pół godziny na poranny spacer z Brunem. Gdy mam przerwę, też wsiadam w samochód i przyjeżdżam do niego – kosztem obiadu. A wieczorami fundujemy sobie długie spacery.

Poza tym, jeżeli tylko jest to możliwe, wszędzie jeździmy razem. To pies hotelowy: na widok długiego korytarza macha ogonem, jest żądny nowych przygód, kuchni i znajomości. Jeździ ze mną tak często, że poznał już chyba całą drogówkę. Żeglował po mazurskich jeziorach. Nie zapomnę też jego pierwszych wakacji nad morzem: na widok piasku mała czarna kropka latała w tę i z powrotem, kopiąc dziury i wpadając do wody.

Skąd się wzięła mała czarna kropka po owczarku Oskarze, który towarzyszył Pani w domu rodzinnym?
Był taki czas, że w ogóle nie chciało mi się wychodzić z domu i patrzeć na świat. Postanowiłam wtedy przygarnąć przyjaciela. Pomyślałam, że pies mnie zmobilizuje. A na stafika namówił mnie kolega. Jego amstaf jest fajny, ale Konrad doradzał mi mniejszego teriera typu bull. Znalazłam w internecie hodowlę staffordshire bull terrierów pod Wrocławiem i pojechałam tam z koleżanką. Były jeszcze dwa szczeniaki, ale dziewczynka miała wyjechać do Krakowa. W kącie siedział tylko mały czarny chłopczyk, więc go zabrałyśmy. I tak ja z Wrocławia, a on spod – oboje wylądowaliśmy w Warszawie.

Początki były stresujące. Wprawdzie to nie był mój pierwszy pies, ale pierwszy wychowywany od małego. Oskarem, uratowanym po powodzi, opiekowała się moja mama, my z siostrą byłyśmy jego towarzyszkami zabaw.

Kolega, znawca psów, przyuczał mnie do bycia psią mamą, ale i tak miałam obsikane całe mieszkanie – wynajmowane! – więc z przerażeniem latałam ze ścierką i wycierałam kałuże. Na szczęście Bruno nie niszczył rzeczy, no może z wyjątkiem kabli…

Decydując się na stafika, nie obawiała się Pani, że przedstawiciele tej rasy
miewają problemy w kontaktach z innymi psami?

Trochę, ale tylko do momentu, kiedy zobaczyłam, że już urósł i jest posłuszny. Zresztą Konrad od początku przyjeżdżał do nas ze swoim amstafem, więc wcześnie rozpoczęliśmy socjalizację Bruna. Tylko z Oskarem na początku było trudno, bo on raczej się nie bawi z innymi psami, tylko trzyma na uboczu i obserwuje. To dystyngowany stróż, wydaje się świadom odpowiedzialności, która na nim spoczywa. Gdy więc zobaczył tego małego gówniarza, który wszędzie się wpychał, to go gonił. Za to, gdy się w końcu dogadali – a było to podczas ostatnich świąt – zaczęli jeść z jednej miski, a po naszym wyjeździe Oskar podobno dwa dni głodował z rozpaczy.

Ludzie boją się Bruna?
Prowadzę dom otwarty, więc Brunowi nie sprawia różnicy, czy przyjdzie listonosz, czy wpadną znajomi – dla wszystkich ma równie dużo miłości, a dla dzieci nawet jeszcze więcej: na ich śmiech natychmiast stawia uszy i pędzi do nich. W pobliżu naszego domu są szkoła i przedszkole. Gdy wychodzimy rano na spacer, to wspólnej zabawie z dziećmi nie ma końca.

Sąsiedzi też go kochają, jest ulubieńcem całej klatki. W czasie awarii kanalizacji hydraulicy chodzili po mieszkaniach, więc drzwi były pootwierane. No i Bruna nie było w domu, bo musiał skorzystać z okazji i wszystkich odwiedzić…

Mnie i Piotra także owinął sobie wokół palca. Gdy budzę się rano, najpierw patrzę w oczy psu, który ma łeb na poduszce obok mnie. I jeszcze się rozpycha! Kiedy wychodzimy z domu, też automatycznie włazi na łóżko – to jego azyl. I pomyśleć, że Konrad, który do kwestii wychowania psa podchodził kategorycznie, zabronił mi spania ze szczeniakiem – więc kładłam się ze łzami w oczach, a Bruno zostawał pod drzwiami na swoim legowisku i patrzył smutnie tymi swoimi ślepkami. Nie wiem, jak to zrobiłam, że byłam wtedy taka twarda.

Kanapa też miała być naszym azylem – już nie jest. Bruno ładuje się na nią i ogląda z nami telewizję.

Chyba jednak nie we wszystkim ulega Pani psu?
Oczywiście, że nie – zwłaszcza gdy chodzi o jego bezpieczeństwo. Spędziłam kiedyś pół dnia, chodząc w kółko po skrzyżowaniu i ucząc go zatrzymywania się przed przejściem. Od tamtej pory reaguje na komendę „stój”.

Jedyna sytuacja, w której nie potrafię go jeszcze okiełznać, to spotkanie z innymi psami – wtedy w jednej chwili głuchnie na moje wołanie. Na szczęście pędzi do nich w podskokach wyłącznie w towarzyskich zamiarach.

Nauczyłam go też, że po spacerze trzeba wytrzeć łapy – zatrzymuje się więc w przedpokoju i czeka. Ja już czasem o tym zapominam, bo zrobiło się ciepło i sucho. Krzątam się po kuchni, a on wciąż stoi przy drzwiach, więc myślę: o co mu chodzi? A, łapy!

Komu poleciłaby Pani stafika?
Zwłaszcza samotnym koleżankom i kolegom – to genialny kompan! Poza tym podrywałam na niego chłopaków w parku – bo większość facetów lubi silne, mocne psy. W pierwszym momencie ja byłam mniej istotna, ale po chwili podnosili wzrok… A zatem dziewczyny: jeśli chcecie podrywać na psa, to tylko na stafika!

Naprawdę żadnych trudnych chwil Pani z Brunem nie przeżyła?
O, przeżyłam naprawdę mocny numer. Poszliśmy nad Wisłę z sąsiadami i przyjacielem Bruna – bassetem. W pewnym momencie Bruno w ferworze zabawy znalazł się w wodzie. Nurt był tak silny, że zaczął go znosić na środek. Zdążyłam tylko zdjąć tenisówki i powiedzieć do koleżanki, z którą akurat rozmawiałam przez telefon, że muszę kończyć, bo pies mi się topi. Wskoczyłam do wody po szyję… Żaden z wędkarzy ani przechodniów się nie ruszył. Chłopcy zdenerwowani wyciągnęli nas na stromy brzeg. Mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że uratowałam życie mojemu psu. To był sprawdzian, dzięki któremu wiem, że mogę na siebie liczyć.

Jako Basia z serialu „Kryminalni” nie uratowała Pani swojego kota…
Nie miałam wpływu na to, że kot mojej bohaterki został brutalnie zamordowany – oczywiście tylko w filmie. W rzeczywistości ma się dobrze – to kotka Martyny, asystentki kostiumografa. Uznaje tylko swoją panią i dawała mi nieraz popalić, bywałam nieźle podrapana. Ale gdy spróbowaliśmy nakręcić scenę ze szkolonym kotem, to okazał się zbyt spokojny, za mało się działo…

Jeśli już postać serialowa ma zwierzę – Basia czy Magda M. – to zwykle kota. Dlaczego?
Może wynika to ze stereotypu, że samotne kobiety mają koty.

A prywatnie jest Pani psiarą czy kociarą?
W moim rodzinnym domu najpierw były koty, a dopiero potem psy. Gdy zamieszkałam w Warszawie, też na początku przygarnęłam dwa koty – jednemu uratowałam życie, bo został znaleziony z brzuszkiem przebitym patykiem. Dziś Misza mieszka u moich rodziców, z drugim dachowcem Zizou i starym maine coonem Mateuszem. A ja jestem panią Bruna zwanego Buniem Buniastym.

Magdalena Schejbal
Absolwentka PWST we Wrocławiu. Laureatka Nagrody Prezydenta Gdyni za debiut aktorski w filmie Przemysława Wojcieszka „Głośniej od bomb”. Popularność zdobyła rolą podkomisarz Basi Storosz w serialu „Kryminalni”. W warszawskim Teatrze na Woli gra Kordelię w „Królu Learze” Szekspira.