Lucky i jego drużyna

Uważamy się za psy rosyjskie, ponieważ mieszkamy na osiedlu ambasady Federacji Rosyjskiej w Polsce. Jesteśmy jednak bardzo różne - zarówno z racji swego pochodzenia, jak i miejsca urodzenia

Ja sam nie wiem, skąd się wziąłem. Rok temu w mroźny moskiewski dzień ktoś podrzucił mnie pod centrum kynologiczne Ministerstwa do Spraw Sytuacji Nadzwyczajnych Federacji Rosyjskiej, a od niechybnej śmierci z wychłodzenia uratowali mnie, do czego zresztą są powołani – ratownicy tego urzędu. Nawet więcej, podarowali mnie swej bardzo miłej koleżance, która właśnie wybierała się do Polski z mężem dyplomatą. Serce nowej pani zdobyłem od pierwszego wejrzenia, ale w łaski pana wkradłem się nie od razu.

Duma Meksyku
Czego ja nie wyprawiałem! Imałem się wszelkich sposobów. Słusznie przecież piszą o nas, że jesteśmy psami o wyjątkowym intelekcie, arystokratycznych manierach, poruszamy się z gracją, mamy długie subtelne uszy, migdałowe oczy, wyrażające szlachetność i oddanie. Kiedy mój pan z groźną miną prorokował kłopoty w związku z moją osobą, zwinąłem się w żałosną kulkę i podczołgałem na zgiętych łapach do jego nóg. On schylił się, a ja wskoczyłem mu do rękawa. Tak został moim wielbicielem.
Z tymi kłopotami miał zresztą rację. Moi krewniacy – gołe psy meksykańskie, xoloitzquintle, w skrócie xolotl, co znaczy „pies boga Xolotl”, przewodnika dusz ludzkich do Krainy Duchów, są uważane za jedną z najstarszych ras. Hiszpanie, przybyli na teren obecnego Meksyku w roku 1535, zdumieni byli nami, psami bez sierści. Jezuita Sajagun tak pisał w swoim dzienniku: „W kraju tym hoduje się psy bez sierści, a jeśli nawet zdarza się kępka, to niewielka. Na noc przykrywa się je pledem… Są wesołe, machają ogonem na znak przyjaźni, składają uszy na karku na znak miłości, jedzą chleb i zielone pędy kukurydzy oraz surowe i gotowane mięso”. W ogóle to jesteśmy dumą narodową Meksyku i posiadanie nas jest w dobrym tonie. Wśród naszych właścicieli był znany malarz Diego Rivera. Z Meksyku trafiliśmy na Kubę, a stamtąd do Rosji. Cała ta historia wyjaśnia zarówno moje pochodzenie, jak i obawy nowych państwa.
Wszystko jakoś się ułożyło. Na ogłoszenie o mnie nikt nie odpowiedział. Moi państwo zgromadzili potrzebne do wywozu dokumenty i ja, z nowym, odpowiednim do sytuacji imieniem Lucky, czyli Szczęściarz, znalazłem się w Warszawie, mieście, które natychmiast polubiłem. Mam do dyspozycji loggię, na której mogę się latem opalać, od czego robię się ciemny jak czekoladka. O tej porze roku moja opalenizna znika.

Psie towarzystwo
Mam tu spore towarzystwo. Jest nas ponad dziesięciu: colli, terrier irlandzki, pekińczyk, jamnik długowłosy, bullmastiff. Uff, nie sposób wszystkich spamiętać. W pobliżu mieliśmy łączkę do biegania i spacerów, ale teraz buduje się tam droga. Zimą wychodzę w ciepłym kombinezonie, z osłoniętymi uszami, ale wciąż jest kłopot z butami, gdyż nie ma mojego rozmiaru. Dlatego nie mogę długo pobiegać, tylko załatwiam szybko swoje sprawy i wracam do domu, żeby się nie przeziębić.
Mam głównie koleżanki, znacznie ode mnie większe. Prawie 11-letnia rottweilerka Zara chętnie opowiada rozmaite historie ze swego życia. Urodziła się w Moskwie, jej matka była medalistką pierwszej rosyjskiej wystawy rottweilerów i miała domieszkę krwi niemieckiej. W Polsce mieszka nie pierwszy raz. Przez parę lat była w Krakowie, gdzie zdobyła drugie miejsce na tamtejszej wystawie. To tam, w jednym z licznych w tym mieście letnich ogródków czekała cierpliwie, aż pan z przyjacielem skończą piwo i przyjęła poczęstunek od litościwego kelnera. Zjadła ze smakiem 19 porcji sałatki warzywnej. Zara zasłynęła tym, że z budynku konsulatu rosyjskiego wykurzyła całą szczurzą rodzinkę.
Czarująca staffordka Michel wyznała, że zdobyła swoich państwa dzięki urodzie. No jasne, przecież ma oczy kochającego wszystkich psa, śmieje się od ucha do ucha, więc nie zwracasz uwagi na potężną pierś i ostre zęby. Roczna Michel, pierwszy pies w domu, gdzie zawsze królowały koty, kupiona była tutaj. Wdzięczna za troskliwość i rozpieszczanie, przynosi domownikom kapcie i spontanicznie wyraża uczucia. Jest jeszcze dziecinna, bawi się zabawkami 7-letniego syna właścicieli i lubi przymierzać jego ubranka. Dzięki niej pani zawsze ma z kim pobiegać w każdą pogodę. A ja chyba przesadziłem, bo tak się ścigałem z Michel, że naciągnęła łapę i teraz musi chodzić z opaską.

Medale dla obcokrajowca
Dla całkiem dorosłej colli Emmi, bo ma już 9 lat, Polska jest pierwszą zagranicą, więc stara się zachowywać z godnością stosowną do wieku i rasy. Jest jak dobra życzliwa ciocia, guwernantka, z narowami starej panny. Przy niej nie pobiegasz jak szalony. Na jej widok uciekamy jak najdalej.
Niestety, niedawno wyjechała nasza ulubienica – pudel królewski Shelty, medalistka ostatniej wystawy międzynarodowej w Sopocie. To przepiękna przyjaciółka – czekoladowa maść, ślicznie zbudowana, łagodna, a zawdzięcza to, jak mówią nasze panie, „zdrowemu trybowi życia”. Shelty zdobyła również srebrny medal na jednej z wystaw w Polsce wśród psów wszystkich ras, co dla psich obcokrajowców jest rzadkością. Zresztą, skoro mowa o wystawach, to naprzeciwko nas, w budynku rosyjskiego przedstawicielstwa handlowego mieszka prawdziwy champion – piesek rasy shi-tsu i wabi się Aso Mor-san, trzykrotny srebrny medalista wystaw międzynarodowych w Polsce. Takie to nasze rosyjskie psie towarzystwo. Mam wielu przyjaciół i przyjaciółek, ale jeszcze nie spotkałem tej jednej jedynej, o której marzy każdy pies…

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *