Nie jem ludzi – wywiad z Michałem Pirógiem


Dlaczego nie je misiów haribo i jak by karał za zabicie psa - mówi Michał Piróg, ambasador piątej edycji akcji "Zerwijmy łańcuchy".

Uratowany zajączek mieszkał w łazience, przedpokój i duży pokój zajmowało siedem kotów, a w małym pokoju był szpital dla gołębi. Cały zwierzyniec wraz z moją rodziną mieścił się na 60 mkw. Znosiłem do domu z ulicy wszystkie zwierzęta, które potrzebowały pomocy. A zaczęło się, kiedy miałem siedem lat i koledzy namówili mnie, żebym strzelił z procy do gołębia. Zrobiłem to, ale od razu poczułem ścisk w gardle i wiedziałem, że to coś bardzo złego. I tak zaopiekowałem się pierwszym poszkodowanym zwierzakiem. Nieocenionym sojusznikiem i pomocnikiem była mama, po której pewnie odziedziczyłem miłość do zwierząt. To ona zorganizowała nasz szpital na peryferiach, w którym nie brakowało specjalnych butelek, łyżeczek i smoczków dla potrzebujących zwierzaków. Używaliśmy gumowych rękawiczek, żeby nie zostawiać na nich zapachu człowieka, ponieważ kiedy nasi podopieczni wracali do zdrowia, wypuszczaliśmy ich na wolność.

Ja, czyli 100 proc. sznaucera

Przebywanie z większą liczbą zwierząt pod jednym dachem wiele uczy. Choćby hierarchii czy życia w społeczności. Przez kilka lat mieszkałem z moim partnerem w domu z ogrodem wraz z czterema psami. Dalmatyńczyk był zrównoważony, tak jak mój partner i w zasadzie tylko jego słuchał. Husky był zwariowany i pewnie dlatego trzymał się blisko mnie, bo wiedział, że tu zawsze coś się dzieje i nie grozi mu nuda. Jedyną suczką w stadzie była niewielka kundelka. Nikt jej nie podskoczył, bo gdy tylko ktoś nieproszony się zbliżał, niewyobrażalnie jazgotała.

Do tego domu wprowadziłem się z moim pierwszym psem – sznaucerem. On był w 100 proc. mną. Z gniazda wziąłem szczeniaka sprawiającego najwięcej kłopotów, z rozdartym nosem, całego poobijanego, który nie mógł usiedzieć spokojnie ani sekundy. Wyrósł na mądrego psa. Słuchał tylko wtedy, kiedy rozpoznawał, że polecenie jest wydawane poważnie. Zupełnie natomiast mnie ignorował, kiedy wyczuwał, że to tylko moja fanaberia. Niełatwo było go wprowadzić do stada. Z początku czuł się odrzucony. Musieliśmy więc zamienić się w psich psychologów, żeby umiejętnie każde zwierzę dowartościować. Ale się udało.

Zresztą nie tylko my wychowywaliśmy nasze psy. Wszyscy znajomi, którzy nas odwiedzali, dostawali instrukcje, jak się obchodzić z każdym z nich, tak by czuły się komfortowo. Było dla mnie oczywiste, że goście muszą wiedzieć, czego który pies nie lubi, żeby nie dochodziło do niepotrzebnych konfliktów. Gdyby wszyscy w ten sposób podchodzili do swoich i obcych psów, z pewnością byłoby mniej pogryzień. Mój sznaucer był wielką ciapą, ale miałem problem, bo warczał na dzieci. To był sygnał, że nie chce mieć z nimi do czynienia. Dlaczego? Bo kiedyś pewni rodzice nie zareagowali, kiedy ich dziecko szarpało go za brodę. Trudno winić dziecko, które nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji tego, co robi. Ale rodzice powinni je uczulić na to, że pies też odczuwa ból.

Zamiast pantofelka

Dlatego uważam, że warto stworzyć program dla szkół, w którym dzieci w ramach godzin wychowawczych spędzałyby czas ze schroniskowymi psami. Każde dziecko dostawałoby pod opiekę jednego psa, którego wyprowadzałoby na spacer, dawałoby mu jedzenie, bawiło się z nim. W ten sposób dzieci pod okiem nauczycieli uczyłyby się obcować z psami, nabierałyby doświadczeń, jak z nimi postępować. Zanim by doszło do takiego eksperymentu, zamiast wkuwać na biologii o pantofelku i euglenie, powinny mieć lekcje o zwierzętach, z którymi żyjemy na co dzień. Gdyby powstał mądry system edukacji, to z pewnością podejście dzieci, a potem dorosłych do psów byłoby zupełnie inne. Bo to człowiek powinien sobie zadać trochę trudu, żeby poznać psychikę psa, a potem dopasować do niej swoje postępowanie. Dopóki tak się nie stanie, media będą nas straszyć obrazkami pogryzionych przez psy ludzi. Tylko rzadko się mówi, że większości tych pogryzień winien jest człowiek.

A przecież można postępować tak jak moja przyjaciółka, która ma amstafkę Lusię. To najbardziej przyjazny pies, jakiego znam. Jednak właścicielka, zanim go kupiła, perfekcyjnie się przygotowała do posiadania tej rasy. Przestudiowała wszystko, co było możliwe: od charakteru rasy po sposoby żywienia i wychowania. Sunia nie mogła trafić lepiej. Jest cudownym, ciamajdowatym psem. Ale wykreowana zła sława rasy powoduje, że kiedy idą na spacer, wszyscy wytykają je palcami z obrzydzeniem i strachem.

Kamieniołomy i miliony

Okrucieństwa wobec zwierząt nigdy nie zrozumiem. Ale przypuszczam, skąd się bierze. Brak pieniędzy i problemy z tym związane powodują, że ludzie popełniają rzeczy radykalne, najczęściej złe. Zrzucają swoje frustracje na słabszych. Czyż zwierzę nie jest dobrym obiektem tych złości? Weźmy przykład z ostatnich tygodni: facet zarąbał psa siekierą i zadźgał widłami tylko dlatego, że ten zjadł mu kurę. A młodzi ludzie, którzy przypalają żywego kota, inni ciągną psa kilometrami za samochodem, aż urwą mu głowę?

Jestem zwolennikiem kary śmierci za zabicie człowieka. Pies jest dla mnie taką samą żywą istotą jak człowiek, więc za zamordowanie go też powinna być taka kara. Wiem, że to są poglądy niepopularne, ale tak czuję. Mogę ewentualnie dopuścić inne kary, ale na pewno nie więzienie. Bo jak to, na koszt podatnika ma żyć okrutny człowiek? Gdyby nasze prawo dopuszczało pracę w kamieniołomach, to taka kara mogłaby zastąpić karę śmierci. Do najdotkliwszych należą także kary pieniężne. Pół miliona złotych za zabicie psa i delikwent do końca życia będzie pamiętał, co zrobił. Moje poglądy idą jeszcze dalej. Uważam, że jeśli ktoś źle traktuje zwierzęta domowe, to należy mu odebrać prawa rodzicielskie do dzieci, jeśli je ma. Bo czy człowiek, który nie zawaha się skopać psa, może być dobry dla dzieci?

Ten kretyn przypiął się do budy

Posłowie wkrótce będą rozpatrywać nowelizację Ustawy o ochronie zwierząt. Jest tam ważny zapis o psach łańcuchowych, w myśl którego nie będzie można ich trzymać na uwięzi dłużej niż 12 godzin. Ustawa jest super, prawo mamy super, tylko to, że jest ono ustanowione, nie znaczy, że działa. Jeśli się nie przemówi do ludzkiej mentalności, to prawo będzie martwe. Komuś, kto wychowywał się na wsi, gdzie na podwórku był pies na łańcuchu i jego dziadek i pradziadek też mieli psy na łańcuchach, i jeszcze wszyscy sąsiedzi dookoła tak samo, pies kojarzy się wyłącznie z budą i łańcuchem. Skąd taki człowiek ma wiedzieć, że to jest niehumanitarne?

Zbawieniem dla zwierząt, ale także dla ludzi, jest zrozumienie. Jeśli człowiek zrozumie, czym jest krzywda i jaki ból sprawia drugiej istocie, to jest nadzieja, że przynajmniej się zastanowi, zanim zrobi coś złego. Zwierzęta to istoty czujące, ale nieumiejące mówić. Zatem potrzebni są ludzie, którzy przemówią w ich imieniu. Szczególną rolę do odegrania mają osoby publiczne, bo na nich wzorują się inni. Zaangażowałem się w obronę praw różnych zwierząt, delfinów, karpi, kur hodowanych w klatkach, psów łańcuchowych, bo to jest dla mnie najważniejsze.

Niedawno z Joasią Krupą mieliśmy zdjęcia na Mazurach. Wiadomo, jaka ona jest zwariowana na punkcie zwierząt, zresztą była nominowana do nagrody Serce dla Zwierząt. Joasia prawie wyciągnęła mnie z planu, ponieważ zobaczyła psa na łańcuchu. Okazało się, że interwencja nie była potrzebna, bo uwiązano go na nim tylko na czas remontu podwórka. Ale zareagowaliśmy. A najgorsza jest obojętność i przyzwolenie na okrucieństwo. W akcji „Zerwijmy łańcuchy” przecież też chodzi o to, aby zwrócić uwagę jak największej liczby ludzi na problem, który istnieje. A najlepsze efekty osiąga się przez szokowanie, bo ono ma większą siłę przebicia.

I co z tego, że znajdą się krytycy akcji, że ktoś powie: „O, widziałeś, ten kretyn przypiął się do budy”. To tylko pomoże kampanii, bo wywiąże się dyskusja, dzięki której do kolejnej grupy nieuświadomionych dotrze przekaz, że psa należy przywiązywać do siebie, nie do budy.

Uzależniony od haribo

Jeśli włączam się w akcję na rzecz zwierząt, to robię to z pełnym oddaniem. I konsekwentnie. Bardzo mocno jestem związany z WWF – biorę udział w kampaniach tej organizacji na rzecz ochrony ginących gatunków. Dlatego od dziesięciu lat nie jem mięsa. Inna rzecz, że nie było to wielkie poświęcenie, ponieważ jak twierdzi moja mama, jako dziecko wszystkie potrawy mięsne chomikowałem za policzkiem i potem wypluwałem.

Jednak były dwie rzeczy, których nie potrafiłem sobie odmówić. Pierwsza to salami, takie prawdziwe z osła. A druga, od której byłem uzależniony jak od narkotyków, to misie haribo. Jednak nie chciałem być uznany za hipokrytę [żelatyna jest pozyskiwana z kości i chrząstek zwierzęcych – przyp. red.] i również te potrawy definitywnie usunąłem z jadłospisu. I naprawdę się dziwię, że ludzie mogą jeść kurczaka, oddzielając mięśnie gładkie od poprzecznych w udku, i jednocześnie mówić, że kochają zwierzęta. To znaczy, że zwierzę, które okazuje człowiekowi atencję, czeka na niego, jest przywiązane, zasługuje na to, by o nie dbać, a inne, nienależące do niego, anonimowe, można zjadać? To dlaczego ludzie nie jedzą ludzi?

Michał Piróg
Tancerz, choreograf, prezenter. Był jurorem w programie TVN „You Can Dance – Po prostu tańcz”. Prowadzi reality show „Top Model. Zostań modelką” realizowany dla TVN.