Na zawsze razem - Psy.pl - mamy nosa!

Na zawsze razem

Wiele psów wybitnych osobistości przeszło z nimi do historii. Jednym z nich był terier szkocki prezydenta Roosevelta, który towarzyszył mu wszędzie tam, gdzie ważyły się losy świata

Franklin Delano Roosevelt, jeden z najwybitniejszych prezydentów Stanów Zjednoczonych, miał teriera szkockiego o imieniu Fala. Piesek przyszedł na świat 7 kwietnia 1940 r. i został ofiarowany prezydentowi przed świętami Bożego Narodzenia. Gdy do niego trafił, umiał już na komendę siadać, kłaść się, kręcić kółka i skakać.

Bohater karykatur
Pierwotnie terier miał na imię Big Boy, ale prezydent zmienił je na Murray the Outlaw of Falahill, a później na John Murray of Falahill – jak jego słynny szkocki przodek. W skrócie wołano na psa Fala.

Mieszkał w Białym Domu od 10 listopada 1940 r. Większość czasu spędzał z prezydentem. Wiadomo, że w pierwszych kilku tygodniach w Białym Domu musiał skorzystać z pomocy weterynarza, gdyż dostał rozstroju żołądka. Prezydent zarządził wtedy, że każdy kęs pożywienia musi zostać zaakceptowany przez niego – i od tamtej pory pies był zdrowy.

Fala jeździł z Rooseveltem do jego rodzinnej posiadłości w Springwood w mieście Hyde Park w stanie Nowy Jork i do sanatorium w Warm Springs w Georgii. Wytwórnia MGM nakręciła film o zwykłym dniu psa w Białym Domu. Każdego ranka Fala otrzymywał kostkę przynoszoną przez swojego pana na tacy, a obiad jadł… w nocy. Wesoły czarny psiak szybko stał się elementem politycznego wizerunku prezydenta. Jego zachowanie było powszechnie komentowane. W 1943 r. został bohaterem serii karykatur politycznych autorstwa Alana Fostera pt. „Pan Fala w Białym Domu”.

Honorowy rekrut
Gdy podczas II wojny światowej Japończycy zaatakowali amerykańską bazę Pearl Harbour i Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, Fala został wcielony do armii jako honorowy rekrut z żołdem w wysokości dolara dziennie, który był przekazywany przez cały rok na potrzeby wojenne. Miało to zachęcić Amerykanów do wspierania swojej armii.

Fala był uczestnikiem wielu ważnych wydarzeń politycznych. W 1941 r. towarzyszył swemu panu, gdy ten podpisywał z premierem Wielkiej Brytanii „Kartę atlantycką”. Leciał też z Rooseveltem na pokładzie prezydenckiego samolotu zwanego Sacred Cow (Święta Krowa) na konferencję do Jałty, na której spotkali się przywódcy koalicji antyhitlerowskiej. Fala wziął też udział w spotkaniu z prezydentem Meksyku Manuelem Avilą Camacho, podczas którego dyskutowano o wystąpieniu tego kraju przeciwko państwom osi.

Przydała mu się wtedy cenna umiejętność, którą posiadł: podczas grania hymnu Stanów Zjednoczonych stał, a właściwie siedział wyprężony na tylnych łapach jak struna. Gdy orkiestra kończyła grać, stawał na czterech kończynach.

Obiekt ataków republikanów
W czasie II wojny światowej w amerykańskiej prasie pojawiła się niesprawdzona wiadomość, że podczas pobytu na Aleutach Fala się zgubił i prezydent wysłał na poszukiwania okręt wojenny. Opozycyjni republikanie podchwycili tę wieść i rozpowszechnili ją w całych Stanach.

Roosevelt nie pozostał dłużny przeciwnikom. 23 sierpnia 1944 r. podczas kampanii wyborczej – walcząc o kolejną prezydenturę – wygłosił jedno z najbardziej dowcipnych przemówień: „Przeciwnicy republikańscy nie ograniczają się do ataków na mnie, moją żonę i moje dzieci. Teraz obrali za przedmiot swych napaści Bogu ducha winnego pieska Falę. Inwektywy i oszczerstwa nie mogą dotknąć mnie ani mojej rodziny, ale Fala czuje się dotknięty do żywego. Republikańscy łgarze wymyślili, że pewnego razu przez zapomnienie zostawiłem Falę na Aleutach i że wysłałem po niego torpedowiec, co kosztowało podatników dwa, trzy, a może 20 mln dolarów. Otóż Fala nigdy nie był na Aleutach. Dowiedziawszy się więc o kłamliwych zarzutach republikanów, głośno zaprotestował i stracił humor. Wydaje mi się, że i ja mam prawo zaprotestować przeciwko zniesławianiu mojego pieska”. Roosevelt wygrał wówczas wybory, pokonując republikanina Thomasa Deweya.

Towarzysz wdowy
Roosevelt przez wiele lat chorował na polio, znaczną część życia spędził przykuty do wózka inwalidzkiego. Zmarł w kwietniu 1945 r.

Fala wziął udział w pogrzebie swojego pana, a potem zamieszkał w Val-Kill razem z wdową po prezydencie Eleanor Roosevelt. Często wspominała ona psa na łamach czasopisma „My Day”: „W 1945 r., kiedy generał Eisenhower przybył z wieńcem na grób Franklina, brama była otwarta i jego samochód wjechał przy akompaniamencie syren policyjnej eskorty. Kiedy Fala usłyszał syreny, wyprostował nogi, postawił uszy. Czekał aż jego pan zejdzie na dół do samochodu, jak to wielokrotnie bywało. Później, kiedy mieszkaliśmy w wiejskim domu, Fala zawsze leżał obok drzwi jadalni, gdzie mógł obserwować obydwa wejścia, tak jak wtedy, gdy jego pan jeszcze tu był. Franklin często nagle podejmował decyzję o wyjściu, a Fala zawsze był gotowy żeby się poderwać i do niego przyłączyć. Fala zaakceptował mnie po śmierci męża i dobrze się dogadywaliśmy”.

Słynny pies zmarł 5 kwietnia 1952 r. i został pochowany obok prezydenta w różanym ogrodzie w posiadłości w Springwood. Ma również swój pomnik obok pomnika Roosevelta w Waszyngtonie. Mały zadziorny szkocki terier pozostał na zawsze ze swoim panem.
Twardziel i gladiator

Nieodłączne towarzystwo psa podczas wojny nie było prezydenckim przywilejem. Generał George S. Patton Jr., wybitny amerykański dowódca w obu wielkich wojnach XX wieku, kupił w marcu 1944 r. białego bulteriera od wdowy po oficerze RAF-u. Nazwał go Willie. Pies wraz z poprzednim właścicielem lotnikiem uczestniczył w sześciu lotach bojowych nad Niemcami. W jednym z kolejnych jego pan zginął.

Willie i generał Patton od razu przypadli sobie do gustu. Generał – uparty amerykański twardziel – i bulterier z genami psich gladiatorów stali się nierozłączną parą. Willie uwielbiał wojskowe życie – towarzyszył generałowi na posiedzeniach sztabu, odwiedzał linie frontu. Jeździł w czołgu i samochodzie terenowym. Opuszczał kwaterę na własną łapę i wracał. Pewnego razu nieoczekiwanie wskoczył na kolana generała Omara Nelsona Bradleya, przełożonego Pattona, co tylko pogorszyło i tak już nie najlepsze relacje między obu wojskowymi.

Generał cenił sobie towarzystwo psa. W listach do żony pisał, że lubi słyszeć w nocy jego chrapanie. Żartował też, że Willie zawsze uznaje jego postępowanie za nienaganne.

Generał Patton zginął w grudniu 1945 r. w wypadku samochodowym. Willie wysłany został samolotem do jego rodzinnej posiadłości w Massachusetts, gdzie dożył 13 lat. Nigdy nie zapomniał swego pana. Gdy pokazano mu jeden z hełmów generała, biegał w kółko, węsząc i szukając go. Często też podbiegał do wjeżdżających samochodów, sprawdzając, czy wśród pasażerów nie ma jego generała… (na zdjęciu powyżej aktor George C. Scott grający generała w filmie „Patton").

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *