Nasz pies – nasz pan

Mam cztery lata i mogę już z dumą patrzeć na wielkie dzieło mego życia. Wysiłek pedagogiczny, który włożyłem w wychowanie moich państwa przyniósł owoce. Zwłaszcza pan, wiem to nawet od zawistnych kolegów, jest doskonale ułożony. Z panią jest trochę gorzej. Jest krnąbrna i – jak to kobieta – zmienna.
Ale nie tracę nadziei, że i ona sięgnie wkrótce ideału. Cała sztuka polega na tym, żeby państwo byli grzeczni i posłuszni, mając głębokie przekonanie, że to oni rządzą, a ja ulegam. Gdyby się, nie daj Boże, zorientowali, że jest odwrotnie, mogliby się zdenerwować i zacząć krzyczeć. A nie ma nic gorszego niż nerwowi i krzykliwi państwo.
Mój pan zrywa się o świcie, żeby się nie spóźnić na spacer. Zresztą wyprowadzam go trzy razy dziennie tak punktualnie, że sąsiedzi regulują według nas zegarki. Na początku musiałem go wypędzać z łóżka łapą. Teraz wystarczy, że siądę obok i popatrzę, taki się zrobił obowiązkowy. Pani zajmuje się kuchnią. Przez żołądek do serca, więc się przykłada. Gotuje jarzynki, przygotowuje rybkę. A kiedy uznam jedzenie za zbyt monotonne, nie okazuję tego brutalnie i bezczelnie. Powącham, postoję nad miską, odejdę, znów powącham. I zawsze dostanę a to serka, a to szyneczki. Trzeba być subtelnym i delikatnym, wtedy można ugnieść państwa tak, jak się chce. Nauczyłem ich nawet dawać łapę. Dają zawsze, a ja tylko wtedy, kiedy mi się podoba.

Lucky, pies z charakterem
wyszczekany kumpel Macieja Rybińskiego