Opowieść o Maryśce - Psy.pl - mamy nosa!

Opowieść o Maryśce

Porzucona trafiła do schroniska, tam pewien pan zainteresował się nią. Czekał na adopcję 5 tygodni. Jednak nie było jej dane być szczęśliwą. Przywiązał ją w lesie, bez jedzenia, wody, schronienia.

Jedno z trzech zwycięskich opowiadań z konkursu listopadowego – to miejsce III.

 

Porzucona trafiła do schroniska, tam pewien pan zainteresował się nią. Czekał na adopcję 5 tygodni. Jednak nie było jej dane być szczęśliwą. Przywiązał ją w lesie, bez jedzenia, wody, schronienia. Stała tak przez 3 dni, oblazły ją kleszcze, a wszystko dlatego, że była wysterylizowana. Jacyś ludzie zlitowali się nad nią i zabrali do tego samego schroniska. Po jakimś czasie trafiła do nas. Wraz z kolegą pojechałam po nią z Warszawy do Bydgoszczy. Pamiętam jak dziś – był to najgorętszy dzień w roku, było około 35 stopni. Gdy dotarliśmy do Bydgoszczy i ją zobaczyłam, moje serce się zakochało. Była wspaniała – pręgowana, z uszami, niestety bez ogona. Aż posiwiała z całego stresu jaki ją spotkał, a miała zaledwie około 4 lat. Gdy weszliśmy do Domu Tymczasowego, w którym przebywała powitała nas radośniej niż można to sobie wyobrazić. Po krótkiej rozmowie zabraliśmy ją. Już na samym początku dała się we znaki, zerwała obrożę goniąc za kotem. Gdy już dotarliśmy do domu to bała się wejść, nie wiedziała co ją czeka w tym, kolejnym już, domu. Jednak szybko się przełamała i pokazała prawdziwą siebie. Na spacerach szarpała smycz jak żaden inny pies. Miała dwie wielkie miłości – kamienie i wodę. Jak zobaczyła jakiś większy kamień, to nie potrafiła przejść obok niego obojętnie, musiała się nim bawić, turlać, popychać nosem, szczekać na niego, kiedy się nie ruszał. Natomiast w wodzie potrafiła siedzieć godzinami, wychodziła tylko na chwilę, żeby sprawdzić czy nigdzie sobie nie poszłam. Zimą biegła z otwartym pyskiem przy ziemi i jak mała koparka zgarniała śnieg. Uwielbiała środki lokomocji – samochody, tramwaje, autobusy. W drodze do weterynarza przechodziłyśmy obok przystanku, zawsze była gotowa wsiadać do autobusu. Najbardziej lubiła wsiąść na jednym przystanku, wysiąść na następnym, czekać na kolejny autobus, wsiąść, wysiąść na następnym przystanku i tak w kółko. Jednak pewnego zimowego dnia, zauważyliśmy, że ma większy brzuch, a na grzbiecie jest chuda. Poszłyśmy do weterynarza, diagnoza – niewydolność wątroby. Zaczęła dostawać leki wątrobowe, jednak to nic nie dawało. Brzuch stawał się coraz większy, a kręgosłup i kości miednicy coraz bardziej wystawały. Pewnego dnia w centrum handlowym odbywało się spotkanie Fundacji, dzięki której do nas trafiła. Gdy zobaczyła dziewczynę, która uratowała ją ze schroniska i zapewniła Dom Tymczasowy, to dostała szału, tak się cieszyła, że aż przewróciła swoją wybawicielkę. Jednak szczęście nie trwało długo. Poszłam z nią na umówione USG jamy brzusznej. Diagnoza była najgorsza – rak wątroby z przerzutami na gruczoły sutkowe, został jej najwyżej miesiąc. I tak żyliśmy z tą myślą i nadzieją, że może jednak będziemy mieć więcej czasu. Ale ona słabła, miała coraz większy brzuch, była coraz chudsza, miała coraz mniej siły na cokolwiek. Kiedy wiedzieliśmy, że jej cierpienie jest już za duże, poddaliśmy ją eutanazji. Nawet, gdy nie miała siły wchodzić po schodach i musiałam ją wnosić, to znalazła siłę dla swojej największej miłości – kamieni.

Miała na imię Maryśka, była bokserem. Pożegnaliśmy ją 24 marca 2011, po 9 miesiącach razem. 

 

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *