Pamiątki z wakacji - Psy.pl - mamy nosa!

Pamiątki z wakacji

Dom w Polsce znalazły Kostek i Souma z Grecji oraz Szkipi z Albanii. Jednak niewielu bezdomnym psom udaje się zabrać z turystami do lepszego świata

Kto choć raz zaopiekował się bezdomnym psem, wie, ile trzeba wykazać determinacji, aby pomóc zalęknionemu i zabiedzonemu zwierzęciu. Jednak ten, kto przygarnia czworonoga w obcym i często nieprzyjaznym zwierzętom kraju, musi mieć dwa razy więcej odwagi i cierpliwości. Już znalezienie weterynarza bywa trudne. Potem są bariery językowe, granice, celnicy, olbrzymie odległości do pokonania przez zestresowane zwierzę. Czasem aby je bezpiecznie dowieźć do Polski, trzeba nawet złamać prawo. Choć zdarza się i tak, że najtrudniej jest podjąć decyzję, potem pomogą ludzie – mówiący w innym języku, ale czujący tak samo.

Ratunek z wody
To był wrześniowy rejs po Cykladach i najtrudniejszy, bo piąty już dzień żeglugi, a do tego niezbyt sprzyjające wiatry. Dziesięcioosobowa załoga płynęła właśnie z Aten na Kos. Żeglarze dotarli do portu późną nocą. Zmęczeni całodniowym wybieraniem żagli zalegli na twardych deskach.

Zwykle załogę budziło natrętne greckie słońce, które nawet największych śpiochów stawia na nogi. Tym razem było jednak wyjątkowo wcześnie, gdy Dorota Kukiela, uczestniczka rejsu, otworzyła oczy i na pokładzie zobaczyła psa. – To był chodzący szkielet, aż mi się serce ścisnęło z żalu – opowiada. Skoro pies znalazł się na terytorium Polski, to zgodnie ze staropolską gościnnością został solidnie nakarmiony. Po śniadaniu nie chciał jednak opuścić łodzi, więc załoga próbowała dowiedzieć się od straży portowej, do kogo należy. Nie było to łatwe, bo Grecy posługiwali się tylko własnym językiem.

Tymczasem im dłużej żeglarze przyglądali się psu, tym bardziej narastało w nich przekonanie, że potrzebuje natychmiastowej pomocy. Był nie tylko wychudzony, kulał i miał sierść w złym stanie. Po Kosie najwygodniej jest się poruszać skuterami, więc część załogi wraz z psem ruszyła nimi w poszukiwaniu lekarza weterynarii.

Miejscowy weterynarz obsługiwał też okoliczne wysepki. „Ach, ja przecież znam tego psa!” – powitał ich przed kliniką. Grek okazał się właścicielem miejscowego przytuliska dla bezdomnych zwierząt. „Był u mnie przez miesiąc, ale źle znosił niewolę. Jak to dobrze, że się nim zaopiekowaliście!”. Nie dał nikomu dojść do słowa. „Jesteście z Polski? Kocham Polskę i Polaków, bo bardzo dbacie o zwierzęta. Nie to co my, Grecy. U nas nikogo życie psiaka nie obchodzi. One muszą czekać na takich jak wy turystów!”. I już po chwili stał z miską, grzebieniem, szamponem, obrożą i smyczą oraz tabletkami na odrobaczenie. Dopiero wtedy udało się przybyszom powiedzieć, że właściwie wcale jeszcze nie są zdecydowani…

Nie zbiło go to z tropu. „Szkoda, bo to taki miły pies. A wy jesteście jego jedyną szansą”. Dorota poczuła wtedy, że z tą jedyną szansą to prawda, a weterynarz kuł żelazo, póki gorące. „No problem! No problem! Wystawię kartę szczepień i zaświadczenie o kwarantannie. Co prawda jutro nie pracuję, ale przyjadę specjalnie dla was!”.
Pies wrócił z załogą na jacht. Noc upłynęła na dyskusjach. Jedni chcieli go zabrać, inni uważali, że to zły pomysł. Bo przecież będą żeglować jeszcze kilka dni, a nie wiadomo, jak on to zniesie. Postanowili podjąć decyzję rano, ale o świcie zadzwonił weterynarz, że już wszystko przygotował.

– Pomyślałam, a niech tam, bierzemy go – opowiada Dorota Kukiela. – Weterynarz dał nam wizytówkę i w razie czego kazał mówić, że przypłynęliśmy tu specjalnie po psa.
Kostek, od greckiego imienia Kostadinas, świetnie znosił żeglugę, ale żeglarze nie mieli pojęcia, jak go przewieźć do Polski. W Grecji załatwienie czegoś przez telefon graniczy z cudem – a to sjesta, a to nie można się porozumieć po angielsku. Na szczęście ktoś z załogi przypomniał sobie, że znajoma wyszła za Greka i mieszka w Atenach. – Zadzwoniliśmy do Polski, zdobyliśmy telefon do Aten, a Marta przekonała męża, żeby wykupił za nas Kostkowi bilet i żeby przechowali go u siebie przez kilka dni – wspomina Dorota. – Gdy dobiliśmy do portu, mieliśmy kilka godzin na zawiezienie Kostka do nich i zdążenie na własny lot.

Z psem nie chcieli ich wziąć do taksówki ani wpuścić do metra. Policjantom tłumaczyli, że są z Polski, a ten pies bez nich zginie. Pewnie niewiele rozumieli, ale w końcu przymknęli oko na zwierzaka w klatce.

Do końca nie wierzyli, że się uda, ale gdy po kilku dniach Kostek wylądował na Okęciu, powitała go cała załoga. – Dziś wiem, że już wtedy, pierwszego dnia o świcie, nie byłam go w stanie tam zostawić – mówi Dorota. – Bo to on nas wybrał, wchodząc w nocy do łódki.

Mniej problemów z przywiezieniem psa z Grecji mieli Dominika Wiśniewska i Tomek Idziejczak, którzy znają ten kraj jak własną kieszeń. Souma przyplątała się dwa lata temu na plażę i zamieszkała w bazie windsurfingowej. – Spędzamy w Grecji dużo czasu, więc starczyło go również na dopełnienie formalności, między innymi zaczipowanie psa – opowiada Dominika. – Wracaliśmy samochodem, zatem podróż też nie była kłopotliwa.

Na początku Soumie było trudno się przyzwyczaić do życia w Polsce – chyba brakowało jej greckich temperatur. Gdy na wakacje wraca do Grecji, radości nie ma końca, zwłaszcza że – jak przystało na psa surferów – kocha wodę i potrafi towarzyszyć właścicielom w pływaniu na desce!

Pomógł sklepikarz
Szkipi musiała poczuć zapach smażonego mięsa, bo przecisnęła się między prętami bramy i stanęła w półmroku. To był niewielki ośrodek wypoczynkowy w Piqueras nad morzem – zielone domki i cisza. Maciej Affeltowicz z żoną przyjechali tu na miesięczny urlop.

– Przez chwilę obserwowaliśmy, co to takiego tam leży i się nam przygląda. Bo to coś wcale nie wyglądało na psa – mówi Maciej. To coś pierwszej nocy wcale nie zamierzało podchodzić bliżej. Było bardzo głodne, ale strach przed ludźmi kazał mu się trzymać na odległość. Nie rozumiało nawet, że to, co leci w jego kierunku, nie jest kamieniem, lecz kawałkiem smażonego mięsa – i z podwiniętym ogonem umykało za bramę. Tak było przez kilka dni – zwierzę wracało po jedzenie dopiero wtedy, gdy wszyscy już sobie poszli.

Na początku myśleli, że to czyjś stary pies. Szkipi (od albańskiego Shqiperise, czyli Albania) miała strasznie zaniedbane futro i uszy obcięte chyba nożycami do trawy. Była wychudzona i ciągnęła za sobą tylne łapy. Dopiero później się okazało, że miała najwyżej osiem miesięcy. Wreszcie pewnego dnia po raz pierwszy wzięła pożywienie z ręki. – Ale zamiast jeść, mocno się do mnie przytuliła. Była głodna, ale jeszcze bardziej chciała, aby ktoś ją pokochał. Łzy zakręciły mi się w oczach – wspomina Maciej.

Mijały dni, Szkipi nabrała ciała, nie mieściła się już między prętami bramy i większą część dnia spędzała pod samochodem lub – gdy go nie było – na legowisku pod werandą.

Urlop zbliżał się do końca, a państwo Affeltowiczowie nie mogli spać po nocach. Trudno było suczkę zostawić, ale zabieranie jej do Polski nie wydawało się rozsądne. – Którejś nocy żona powiedziała, że musimy ją wziąć z sobą – mówi Maciej. – Jestem przeciw – odparłem, ale skoro uważasz, że to dobra decyzja, pomogę ci. Tak naprawdę mieliśmy do wyboru albo ją zabrać, albo zostawić i liczyć na to, że nie będzie się nam śniła po nocach…

Znaleźli weterynarza. Nie była to typowa klinika weterynaryjna – raczej sklep z mydłem i powidłem, w tym artykułami dla psów. Za to sprzedawca był świetnie zorientowany w psich sprawach. Wyciągnął z szafy książeczkę zdrowia, podstemplował, że niby zrobił Szkipi szczepienia, i napisał na kartce nazwisko. „To mój znajomy, on załatwi potrzebne dokumenty”. I rzeczywiście – w ciągu dnia dostali niezbędne papiery i mogli jechać.

W drodze powrotnej nikt na psa na tylnym siedzeniu nie zwrócił uwagi. Potem emigrantka z Albanii przebywała przez dwa miesiące w Warszawie, aż znalazła dom w Stargardzie Szczecińskim. Dziś mieszka w domu z ogrodem z psem Szamanem. Kocha morze i zabawę. Nadrabia stracony szczenięcy czas, gdy musiała walczyć o życie. Z tamtego okresu pozostało jej tylko jedno przyzwyczajenie: jeżeli znajdzie torebkę po chipsach, zawsze musi sprawdzić, czy nie zostało coś w środku…

Jeżeli podczas wakacji znajdziemy zwierzę, któremu chcemy pomóc, nie wahajmy się. Gdy kilka lat temu z podróży do Maroka wiozłem do Polski biednego kota, okazało się, że choć trudności jest wiele, wszędzie można spotkać ludzi, którzy chcą pomóc – weterynarzy, urzędników czy innych podróżnych. Po prostu ci, którzy kochają zwierzęta, mówią tym samym językiem…


Stanisław Tym o uprowadzeniu psa z Rodos

W październiku 2002 r. „Rzeczpospolita”, do której wtedy pisałem felietony, zorganizowała trzydniową wycieczkę na Rodos dla swych współpracowników – opowiada Stanisław Tym. – Dzięki temu zobaczyłem m.in. słynną w Europie Dolinę Motyli. W drodze powrotnej moja przewodniczka zaproponowała, żebyśmy coś zjedli. Bardzo chętnie – odpowiedziałem i za chwilę siedzieliśmy w knajpie na ryneczku mieściny Psintos. Obserwowałem bezdomne psy, których na Rodos jest bez liku. Nie głodują, bo są tam głównie restauracje i hotele, jedzą więc odpadki i to, co rzucą im turyści, ale na ludzi zupełnie nie reagują. Ani gwizd, ani cmoknięcie, ani nawet poklepanie psiego łba nie wywołują żadnej reakcji. Wszystkie są samotne i chodzą z opuszczonymi ogonami.

W tej gromadzie psów Tym wypatrzył długowłosą istotkę podobną jak dwie krople wody do jego suczki Tasmanii. Podszedł do niej. Biedactwo. Włosy zmierzwione, mordka poklejona. Odruchowo wziął ją pod brzuszek mówiąc: chodź, pyszczek ci przynajmniej umyję… Ach, to ty jesteś chłopczykiem – zdziwił się. Za chwilę piesek siedział u niego na kolanach, umyty i nakarmiony, ale… życie jest okropnie trudne. – Kelner przyniósł rachunek, trzeba było jechać. I wtedy – opowiada dalej Tym – powiedziałem sobie: wywiozę go do Polski. Jak? – zdziwiła się moja przewodniczka. Jeszcze nie wiem, ale spróbuję.

Ciąg dalszy wyglądał w skrócie tak: kupiona u fryzjera plastikowa opaska do włosów została przerobiona nafantazyjną obróżkę, linki do trzech aparatów fotograficznych utworzyły smycz, a folder hotelowy wciśnięty w paszport udawał psie dokumenty. W przezroczystej torbie plażowej wyłożonej kolorowym ręcznikiem leżał piesek, który miał być porwany do Polski.

– Miałem też wyjście awaryjne: na lotnisko pojechał ze mną Grek, któremu zapłaciłem – gdyby porwanie mi się nie udało – za odwiezienie psiaka do miejscowości, z której go zabrałem – przyznaje Tym. – Gdy grecki oficer graniczny poprosił mnie o dokumenty i bilet psa, myślałem, że to koniec. I wtedy niebywałą przytomność umysłu wykazała szefowa PR „Rzeczpospolitej”: Are you kidding? – zaśmiała się głośno. – This is the most famous movie dog in Poland! I opowiedziała, jaką to my, pies i ja, stanowimy zgraną aktorską parę. Reszta wycieczki szybko ją poparła i sytuacja się zmieniła. Z psem na rękach zrobiliśmy sobie z celnikami i oficerami serię zdjęć. I do samolotu.

Piesek Rodos znalazł w Polsce dom, który nawet wymarzyć sobie trudno. Jest kochany i szczęśliwy „ze względu na kolor zboża” – jak mówił Lis w „Małym Księciu” Saint-Exupery’ego.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *