Pies, który zmienił moje życie - Psy.pl

Pies, który zmienił moje życie

Pewnie każdy, kto ma psa, uważa, że właśnie on jest najpiękniejszy, najmądrzejszy, najukochańszy. I ja tak myślę o moim psie. O psie, którego już nie ma

Nazywał się Szalik. Był biszkoptowym labradorem. Miał dwa lata i osiem miesięcy. W majowe popołudnie nie wrócił ze spaceru. Udusił się ulubioną piłką podczas zabawy ze swoim najlepszym kumplem, czarnym labradorem Switchem. Pamiętam piękne słońce, powiew wiatru, soczystą zieloną trawę, kwitnące wszędzie żółte kwiatki. I radośnie skaczące dwa szczęśliwe labradory. A reszta to jak senny koszmar. Twarda gumowa piłka, ta, która zawsze tak genialnie odbijała się i latała, utkwiła w gardle Szalika. Widocznie naskoczył na nią z impetem z otwartą mordką. Weterynarzowi z pobliskiego gabinetu, który starał się go ratować, udało się ją wyjąć dopiero, gdy Szalik był w agonii. Półgodzinna reanimacja nie pomogła. Po odejściu Psa nie mogę sobie znaleźć miejsca. Był moim przyjacielem, pocieszycielem, energoterapeutą. Wiele mnie nauczył. To był po prostu członek rodziny.

Zrządzenie gwiazd
Historia z Szalikiem zaczęła się trzy lata temu. W czasie wakacji odwiedziłam moich serdecznych przyjaciół na leśnej działce nad Bugiem. Popijałam herbatę, upajając się śpiewem ptaków, gdy nagle wielka jasna kula radosnej energii, która wyrosła spod ziemi, rzuciła się w moją stronę. Podskoczyła, polizała mnie po twarzy, obwąchała ręce, obśliniła spodnie i… wybiegła z domu, zanim zdążyłam się zorientować, co się dzieje. To była Astra. Biszkoptowa labradorka, spędzająca wakacje nad Bugiem. „Takiego psa nie sposób się bać” – pomyślałam wtedy. Jego przyjazne uczucia można było rozpoznać z daleka. Jako dziecko (i jeszcze długo później, w dorosłym życiu), gdy zobaczyłam psa na chodniku, przechodziłam na drugą stronę ulicy. I choć w marzeniach przez wiele lat widziałam małego szczeniaczka, którego trzymam na rękach, nigdy się głośno nie przyznałam, że chcę mieć psa.
Gdy dwa miesiące później okazało się, że Astra jest w ciąży, serce zabiło mi mocniej. Decyzję pomogła mi podjąć moja przyjaciółka, mówiąc: „Nigdy nie będzie dobrego momentu. Zawsze będą praca, wyjazdy. Decyduj się, teraz albo nigdy”. I podjęłam decyzję. Kupiłam wszelkie możliwe książki o psach. Studiowałam je uważnie, robiąc notatki. I nawet nie wyobrażałam sobie, jak to będzie.

Wielkie odkrycie
Praca zawodowa wypełniała mi dotąd całe dnie. Ważne stanowisko zobowiązywało do ogromnego wysiłku, ambitne zadania i duża odpowiedzialność wywoływały napięcia. Jakże ożywcze były chwile spędzane z Astrą i szóstką jej szczeniaków, zanim mogły „pójść do ludzi”. Podręczniki radziły, aby wybrać pieska najbardziej przebojowego i niepłochliwego. Ale ja już po 15 sekundach wiedziałam, że ten najmniejszy, który ostatni wydostał się z kojca i dreptał za braćmi i siostrami, popiskując, będzie mój. Kiedy niedługo później Szalik pojawił się w moim domu, powoli zaczęłam dostrzegać, że poza pracą istnieje inne, prawdziwe życie: spacer, karmienie, uczenie, zabawa i radość. Mały szkrab nie chciał siusiać na specjalnie kupione dla niego podkładki, tylko się nimi bawił. Na dworze brał do pyszczka każdy śmieć. Szedł tam, gdzie coś go zaciekawiło. Ciągnął na smyczy i uciekał z kapciami po domu. Darł kolejne posłania na kawałki, radośnie się przy tym bawiąc.
Dziś wspominam to wszystko z rozczuleniem, lecz wówczas niezwykłe dla mnie było odkrycie, że zwierzęciu nie wystarczy raz coś powiedzieć, wytłumaczyć. Trzeba je cierpliwie i konsekwentnie uczyć. Gdy pierwszy raz zareagował na swoje imię, kiedy przyniósł rzuconą piłeczkę i przeszedł pierwszy raz 10 kroków prawie spokojnie przy nodze, to były ogromne sukcesy. I jego, i moje. Radość ze wspólnych spacerów i wciąż nowe doświadczenia pomogły mi nie tylko przetrwać trudne chwile w pracy, ale także spowodowały zmianę mojego nastawienia do niej. Skończyło się przychodzenie do domu o 22, a spacery i zabawy z psem stawały się coraz dłuższe i ciekawsze.

Inspiracja do nauki
Szalik nauczył mnie też, że w kryzysowych sytuacjach trzeba zachować zimną krew i działać. Gdy zjadł muchomora, gdy zwichnął łapę, gdy cierpiał na ból w barku i przyplątywały mu się kolejne zapalenia, przeziębienia, dostawałam lekcje, zdawałam trudne egzaminy. Pamiętam powrót z pierwszego wyjazdu bez niego. U moich przyjaciół pod Warszawą, gdzie znalazł schronienie, zastałam przyczepioną do drzwi lodówki kartkę. Zdrętwiała z przerażenia, przeczytałam listę zniszczeń. W ciągu niespełna dwóch tygodni spałaszował m.in. dwie pary kapci, trzy listwy przypodłogowe, popsuł latarkę. Zbił też kilka doniczek i porwał kapę na łóżku. No, i zerwał karnisz, a także ogryzł balustradę na balkonie…
Zaczęliśmy więc intensywne treningi. Doskonała „psia nauczycielka” Agnieszka Boczula nauczyła mnie, jak sprawić, by pies nie tylko słyszał, ale także słuchał i rozumiał. Nauczyła mnie pewności i entuzjazmu w głosie i gestach. Przekonała, że nie jest ważne, co powiedzą ludzie w parku albo na ulicy, tylko – żeby pies zrozumiał. Wyjaśniła, jak należy go nagradzać. Warowanie, zostawanie, równanie i chodzenie na smyczy przestało dla Szalika być problemem. Trenerka odkryła też jego pracowitość i talent węchowy. Ulubioną zabawą stało się poszukiwanie rzuconych lub schowanych rzeczy, podobnie jak noszenie listów od jednego domownika do drugiego.
Dla mnie Szalik stał się inspiracją do nauki. Aby lepiej zrozumieć jego potrzeby, zapisałam się na SWPS na podyplomowe studia z zakresu psychologii zwierząt. Ekstremalnie ciekawe zajęcia, prowadzone przez ludzi znających się na rzeczy. Dzięki tym studiom organizowałam ciekawsze, bardziej stymulujące zabawy. I lepiej nam się razem żyło.

Nierozłączni
Od Szalika uczyłam się cierpliwości i pogody ducha. Obserwowałam, jak podczas zabaw z nieznanymi psami te początkowo warczały, obawiając się widocznie jego nadmiaru entuzjazmu, a już po kilku spotkaniach razem z nim ganiały za patykiem. Uczyłam się, gdy siedmiomiesięczny Szalik przygarnął kocią sierotkę, którą spotkaliśmy w przychodni. Kilkudniowe zwierzątko obudziło w nim opiekuńcze instynkty. Mocne liźnięcia po brzuchu były tym, czego brakowało pozbawionemu kontaktów z matką maluchowi. A Szalik lizał, starannie i systematycznie, pobudzając kociaka do życia. Suszi, bo takie dostał imię, został z nami.
Odpłacił za czułość i opiekę Szalikowi, gdy ten w styczniu zeszłego roku walczył o życie, zatruty prawdopodobnie trutką na szczury. Uratowały go wtedy dwie transfuzje krwi i determinacja naszej ukochanej doktor Agnieszki Binkiewicz, która o każdej porze dnia i nocy przyjeżdżała nam na pomoc. Tak wiele się wtedy nauczyłam. O życiu, psach i o sobie… Wcześniej nie wiedziałam nawet, że jest psi bank krwi! Pies krwiodawca, którego imienia nawet nie znam, uratował Szalikowi życie. Gdy leżał pod kroplówką w domu, ja siedziałam z jednej strony, głaszcząc go delikatnie, a Suszi leżał z drugiej, opierając łapkę na łapie Szalika. Wtedy udało mi się go wyrwać śmierci… Choć bardzo cierpiał. Co chwila badania krwi, sprawdzanie, czy wszystko jest w porządku.
Kryzys sprawił, że staliśmy się nierozłączni. Zabierałam go wszędzie, gdzie mogłam: na spotkania, do urzędów, sklepów. Zaczęłam dzielić ludzi na tych, u których widok psa wywołuje radosny uśmiech, i na tych, którzy się złoszczą, gdy go widzą. Tych drugich unikaliśmy z Szalikiem. Jeździł ze mną po całej Polsce. Do hoteli wchodził ze swoją miską w zębach. Podróżne posłanie na stałe było w aucie, a jego paszport leżał w skrytce. Razem jeździliśmy na narty biegówki i na wycieczki rowerowe. Konferencje, wykłady, seminaria…

Mój Aniołek
Tak często do niego mówiłam. Wszędobylski i ciekawski. Uważny i posłuszny. Czuły i opiekuńczy, nie lubił, gdy byłam smutna. Lizał mnie wtedy po twarzy. Gdy się denerwowałam, wyczuwał to i starał się być grzeczniejszy w dwójnasób. Rozczulał mnie tym i… złość przechodziła. Zawsze skory do zabawy, pełen energii i towarzyski. Wraz z nim i ja nawiązywałam znajomości, które przerodziły się w przyjaźnie. W czasie wakacji do upadłego dokazywał ze swoją mamą Astrą w lesie nad Bugiem. W Warszawie wsadzał patyk do pyska Bimbra, by tylko się bawić. Mógł godzinami ganiać z maleńką Lusią za kawałkiem sznurka. Z ogromnym Forestem uwielbiał tarzać się po trawie. A najbardziej ze wszystkiego lubił gonitwy za piłką ze Switchem.

Jak uniknąć tragedii?

  • Nie wystarczy zabawka na tyle duża, aby pies nie mógł jej połknąć. Trzeba też zwrócić uwagę na inne jej cechy.
  • Nie każ psu aportować patyków – pogryzione mogą utkwić w gardle, a drzazgi często wchodzą między zęby.
  • Bezpieczniejsze od piłek są kauczukowe kółka i krążki.
  • Najbezpieczniejsze spośród piłek to te na sznurku – w razie zadławienia łatwiej je wyjąć psu z pyska.
  • Miękkie gumowe zabawki są odpowiednie tylko dla małych szczeniąt lub psów o „miękkim” pysku – a i tak należy uważać, by nie odgryzły i nie połknęły ich części.
  • Unikaj zabawek wypełnionych gąbką – jej połknięcie jest groźne.
  • Jeżeli dajesz pupilowi kość z dziurą na wylot, tak dobierz jej wielkość, by nie mógł zakleszczyć w niej dolnej szczęki.
  • Frisbee dla psa musi być specjalne – to przeznaczone dla dzieci łatwo rozgryzie i połknie.
  • Do aportowania w wodzie używaj zabawek niezatapialnych – pies mniej się zmęczy i będzie bezpieczniejszy.
  • Żarłocznemu psu nie dawaj kości ze zwijanej skóry wołowej – połknięty kawałek może utkwić w przewodzie pokarmowym.
Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *