Polskie psy na gruzach Port-au-Prince

Kali, Macho, Gary, Buddy, Bilas, Hato, Argo, Gordon, Maron i Bruce wraz ze swoimi przewodnikami (i grupą polskich ratowników) poleciały do Haiti w piątek. Dla większości z nich to kolejna misja w kraju dotkniętym trzęsieniem ziemi. Byli już w Pakistanie, Turcji i Albanii. Gdy tylko dowiedzieli się o tragedii w Ameryce Środkowej, czekali na wezwanie. Trzy dni później wsiadali do rządowego samolotu. Gdy wylatywali z Polski, słupki rtęci na termometrach pokazywały minus 10 stopni. Po 15 godzinach lotu na miejscu powitał ich 30-stopniowy upał. Z powodu braku miejsca na małym haitańskim lotnisku, skierowano ich na sąsiednią Dominikanę, skąd konwojowanymi autobusami dojechali do Port-au-Prince. Podróż zajęła im więc w sumie ponad dwie doby. Mimo zmęczenia psy niemal od razu wyruszyły na gruzowisko w poszukiwaniu zasypanych ludzi.

Port-au-Prince ogarnięte jest chaosem. Brakuje wody, jedzenia. Zwłoki ofiar palone są na ulicach, istnieje ryzyko wybuchu epidemii. Dochodzi do grabieży. Już po kilku godzinach przeszukiwania ruin w pobliżu sektora wyznaczonego dla Polaków padły strzały. Naszej ekipie wyznaczono inne, bardziej bezpieczne miejsce (przez cały czas ratowników ochraniają żołnierze ONZ). To nie jedyne trudności. Pracy nie ułatwia niemal 30-stopniowy upał, który powoduje, że ratownicy i zwierzęta muszą często robić przerwy. Zwierzęta ranią sobie łapy, ale po opatrzeniu przeszukują dalej. Działają w systemie zmianowym. Gdy jedna ekipa odpoczywa, inne pracują. – Oni muszą walczyć z czasem, ale są zdeterminowani – komentuje Paweł Frątczak, rzecznik Państwowej Straży Pożarnej. Każdy ratownik tylko czeka na to, by pies w ruinach zaczął szczekać i zachowywać się niespokojnie… To znak, że czuje żywego człowieka. Oby dały takich sygnałów jak najwięcej.