"Pora umierać" - Psy.pl

„Pora umierać”

Moja najdroższa sunia Blue rasy border collie odeszła do swego nieba. Paradoksalnie od kilku miesięcy nie mam już psa, ale nadal co miesiąc przychodzi do mnie „Mój Pies”, Państwa gazeta, której prenumeratę wykupiłam na rok. Chciałam napisać to wspomnienie dla siebie samej i dla czytelników. Trudno pokrótce zawrzeć bogactwo i różnorodność czyjegoś istnienia, nie będę przywoływać historii jej życia, pogmatwanych losów i zdarzeń, które przeżyła, nim trafiła do mnie. Napiszę to, co chcę i czuję.

Blue spędziła ze mną 3 lata i 3 miesiące ze swego dziewięcioletniego psiego żywota. Niby niedużo, ale wystarczyło, by mogła we mnie stopniowo narodzić się miłość, której nigdy w życiu nie dane mi było przedtem zaznać. Nigdy nie uwierzyłabym, że można tak kochać zwierzę, rozpaczać i tęsknić, gdybym tego nie doświadczyła sama. Miłość psia jest czysta w swej istocie, niezmącona egoizmem, wierna wiernością nieludzką. Do takiej miłości człowiek zdolny nie bywa, pies kocha na przekór wszystkiemu, bezwarunkowo i z góry wybaczając wszelkie potknięcia po drodze.

Mój przyjaciel ostrzegał mnie wielokrotnie mówiąc, że kocham Blue miłością niebezpieczną, że zatraciłam się w niej bez reszty. To przyszło bodajże po roku naszego wspólnego zamieszkania, nie od razu, z czasem, kiedy zdążyłyśmy się lepiej poznać, wypracować nowe nawyki i ustalić granice wolności i posłuszeństwa. Oznaczyć terytorium i określić role w domowym stadzie. Blue była psem niezwykłym, nie było to w żadnej mierze moją zasługą, raczej splotem wypadków, różnych okoliczności, które wpłynęły na nasze życie i ukształtowały jej wspaniały charakter. No i w ogromnej mierze dzięki dobremu wpływowi Jurka z Monachium – pierwszego właściciela Blue – na proces jej wychowania. Kochająca i oddana bez reszty, z pięknymi bursztynowymi oczyma wyrażającymi mądrość. W swoim mniemaniu chyba uważała się za istotę wyższą, postawioną „ponad” innymi zwierzętami. Troszkę gardziła psim towarzystwem, czując, że bardziej przynależy do świata człowieka niż do psiej sfory.

Dla ludzi była uosobieniem oddania i dobroci. Każdy obcy człowiek był od razu jej przyjacielem, wystarczyło, że odezwał się zachęcająco, by zaraz mógł usłyszeć jej radosne i pełne ekstazy pojękiwania. Kolejnym etapem było natychmiastowe kładzenie się na grzbiecie (choćby w błocie czy kałuży) z rozstawionymi tylnymi łapami i wystawionym brzuszkiem do głaskania. Czasem bywałam zazdrosna (nazywałam ją w myślach dziwką), ale byłam świadoma, że psy tej rasy po prostu tak mają, wymagają nieustannej adoracji ze strony ludzi (a Blue szczególnie jakoś jeszcze bardziej). Zdarzało się, że głaskałam ją przez kilkadziesiąt minut dziennie, zwłaszcza wieczorem, przed zaśnięciem przychodziła na rytualne pieszczoty, trącając mnie pyszczkiem w rękę. A potem już następowała orgia pełna zmysłowej rozpusty, nie omijałam żadnego ważnego miejsca na jej ciele, i tak po kolei: różowy brzuszek, pod paszkami, biały kołnierz na piersi, pyszczek i za uszkiem. Do tego lubieżne prostowanie łap i przymykanie oczu z rozkoszy przy wtórze delikatnego pomruku zadowolenia. Były to dla mnie powody do szczęścia. Świadomie dawałam jej radość i sama też fizycznie tej radości doznawałam. To były nasze magiczne niezapomniane chwile.

Teraz jeszcze nieraz w zapomnieniu i rozpaczy bezwiednie wyciągam rękę, wierząc, że znajdę tam, gdzie zawsze, miękkość i jedwabistość jej futerka. Podobnie, jeśli chodzi o pieszczoty, wyglądały nasze poranki, gdy wywijając młynka ogonem na moje powitanie po nocnym oddaleniu, próbowała wgramolić się do łóżka. Miałyśmy taką niepisaną umowę. Dopóki maksymalnie 3/4 psa było w łóżku, przymykałam na to oko, 4/4 – to już było za dużo (musiała to wiedzieć i znać swoje granice). Potrafiłam docenić jej oddanie i zapatrzenie w człowieka. Uwielbiałam z nią rozmawiać i obserwować jej reakcje: nastawianie ciekawych uszu, przekrzywianie główki, rozumienie słów (kiedy chciała, umiała też udawać, że nie słyszy i nie rozumie nic a nic). Wystarczyło w takiej sytuacji cichutko zabrzęczeć miską, by wybudzić ją z udawanego letargu bądź rzeczywistego snu i przywrócić rozumienie obydwu języków, które w swoim psim życiu poznała (niemiecki, później polski). Dla Blue lodówka była w domu najważniejszym meblem (świątynią nieomalże), zawsze ciekawie zaglądała do środka przy otwieraniu drzwi. A nuż coś wpadnie przypadkiem w łapy? Nikt nie miał tyle cierpliwości do suni, co ja. Ani moi rodzice, którzy opiekowali się nią podczas moich wyjazdów (po powrocie zawsze była przez dobę obrażona i totalnie mnie ignorowała), ani jej dawny właściciel Jurek, ani moja córka Oleńka. Choć wszyscy kochali ją bardzo i byli z niej ogromnie dumni, zwłaszcza na spacerach, gdy grzecznie szła przy nodze, niosąc w pyszczku swoją zabawkę.

Blue zwracała na siebie uwagę innych osób, była bardzo ładnym i dobrze zbudowanym psem, pięknie aportowała frisbee i łapała je w locie podczas wyskoku. Wyćwiczyłyśmy się w tym obie doskonale (ja w rzutach tylko – dla jasności). Chodziła przeważnie bez smyczy, smakując i doceniając swoją wolność i niezależność. Na zawołanie przychodziła zawsze, choć nieraz z pewnym ociąganiem (jak można przerywać jej obwąchiwanie terenu i „czytanie” świeżych wiadomości zostawianych na drzewach i krzewach tudzież słupach latarni?). Ostatnio przyłapałam się na tym, że pomaleńku, przestaję pamiętać jej indywidualny zapach, delikatny i niepowtarzalny, który tak uwielbiałam. Pamięć zapachu jest chyba najbardziej ulotna ze wszystkich rodzajów pamięci, ręka pamięta dotyk, oczy wygląd, serce różne sytuacje i zdarzenia, a zapach zanika pierwszy.

To już prawie 3 miesiące, odkąd odeszła. Choroba zaczęła dawać pierwsze mało charakterystyczne objawy z początkiem grudnia ubiegłego roku. Pojawiły się poranne wymioty żółcią (raz na dwa tygodnie). Jako że psy generalnie lubią wymiotować i Blue też do nich należała, te wczesne symptomy zlekceważyłam (może coś przekąsiła przy śmietniku, może najadła się zamarzniętej trawy). Poza tym była radosna, miała apetyt (ogromny – jak zawsze), chętnie biegała. W tymże grudniu podobnie jak w latach ubiegłych wystawiłam aukcje na Allegro z „prawdziwym futrem do głaskania”. Blue znowu stała się wirtualną wolontariuszką zbierającą rzeczywiste pieniądze na rzecz WOŚP Jurka Owsiaka (zarobiła ponad 300 zł).

W styczniu częstotliwość porannych wymiotów się nasiliła, poszliśmy do weterynarza, badanie ogólne i badanie krwi – morfologia, biochemia – jak najbardziej w porządku, pierwsza diagnoza – nadkwasota bądź wrzody. Dostała stosowne leki, ale poprawy widać nie było. Zdecydowałam się na gastroskopię żołądka, by poznać przyczynę problemów. Diagnoza dosyć niejasna i niejednoznaczna: wrzodów wprawdzie brak, ale w okolicach odźwiernika niewielka zmiana na ściance żołądka (rozpulchnienie błony i nieduże zagłębienie). Pobrano wycinek do dalszej analizy. Zachowanie Blue za dnia bez zmian: je, biega, domaga się pieszczot. Nad ranem jej ciałem wstrząsają potężne męczące torsje zakończone serią wymiotów. Zawsze budziłam się na czas, by jej pomóc, przytrzymać i uspokoić, powiedzieć, że nic się nie stało, że zaraz posprzątam i ona nie musi się martwić, że zabrudziła podłogę (wychodziła do przedpokoju, gdy czuła, że zbliża się czas wymiotów i przerażonym wzrokiem patrzyła na mnie, jakby pytając, co się z nią dzieje). Potem przez parę godzin dochodziła do siebie. Była w tym czasie jakby nieobecna, zapatrzona do wewnątrz, bezgranicznie smutna. Psie oczy potrafią wyrazić wszystko. Ten scenariusz powtarzał się 2,3-krotnie w ciągu tygodnia. Dostała bardzo silne leki ograniczające produkcję żółci, usprawniające jej przepływ i zapobiegające cofaniu się treści pokarmowej, które miały jej pomóc, jednak nie zadziałały. Lekarka w klinice w Chorzowie bezradnie rozkładała ręce. Jedyną szansą na lepszą diagnozę Blue była wizyta w Klinice Uniwersyteckiej we Wrocławiu, gdzie mają nowocześniejszy sprzęt do endoskopii. W lutym zatem pojechaliśmy na umówioną wizytę do Wrocławia, Blue była już bardzo słaba, od kilku dni nie miała ochoty jeść, gotowałam jej specjalne papki niemowlęce z jarzyn i mięsa, które później wyrzucałam nie tknięte. Jej oczy były tak smutne i oddalone, chyba wiedziała wszystko wcześniej niż ja, psy wiedzą, kiedy odchodzą. We Wrocławiu okazało się, że żołądek w części trzonowej kompletnie jej zarósł, nie było już przejścia i połączenia z dwunastnicą i jelitami. To wszystko stało się w ciągu jednego miesiąca od wykonania pierwszej gastroskopii. Tak szybko mogły narastać tylko komórki nowotworowe. Wracaliśmy do domu w deszczu zmieszanym ze śniegiem, Blue po narkozie słabiutka i wycieńczona brakiem jedzenia. Tego wieczoru pierwsza kroplówka i zastrzyk przeciwwymiotny (skutecznie zahamował wymioty, ale nie zlikwidował mdłości). Rozmowa z lekarzami w klinice chorzowskiej: można by zaryzykować operację polegającą na usunięciu części żołądka wraz z odźwiernikiem i dwunastnicą i bezpośrednio połączyć resztę żołądka z jelitami. Żadnej gwarancji na skuteczność tej metody nie dają. Sami nie wiedzą, czy to będzie funkcjonować, pomysł jest bardziej akademicką hipotezą niż pewnym i sprawdzonym sposobem leczenia. Blue od ponad tygodnia już nie je, liże tylko śnieg, grozi jej śmierć głodowa. Muszę podjąć decyzję. Najtrudniejszą decyzję w życiu. Zbyt bardzo ją kocham, by dla własnego egoizmu, narażać ją na dalsze cierpienia i niewiadome później. By eksperymentować na jej ciele. Zaczyna się kilka najgorszych dni, kiedy mamy już tak mało czasu, by się pożegnać. Proszę Jureczka, by był z nami przy odejściu suni. Dla niego to oczywiste. Może przylecieć z Monachium w piątek 27 lutego.

Wtorek 24 lutego 2009
Zostały 3 dni. Najgorsza jest ta świadomość ostateczności, że wszystko się kończy, każdy dzień wymierzony godzinami bólu zmierza do nieuchronnego, które musi nastąpić. Jestem w okropnym stanie psychicznym i fizycznym, stale płaczę, staram się to robić ukradkiem, by jeszcze bardziej nie niepokoić suni i Oleńki. Nocami nie śpię, nasłuchując nierównego oddechu Blue, jej niespokojnego ziajania, tłumionych mdłości. Ostatni tydzień śpi ze mną w łóżku (na koniec spełniło się jej największe marzenie). Jestem przy niej przez całą noc, głaszczę, uspokajam, przytulam, całuję, zapewniam o swej miłości, obiecując, że będę z nią do samego końca. Za dnia mamy w domu mały szpital, sama podaję jej kroplówki i robię zastrzyki, by nie męczyć jej już wyjazdami do weterynarza.

Środa 25 lutego 2009
Jestem kompletnie zdruzgotana, nie umiem już ukrywać swego stanu, łykam ziołowe tabletki uspokajające (niewiele pomagają). Blue z wenflonem wbitym w łapkę leży nieruchomo pod oknem, z wzrokiem przynależnym już do innego wymiaru rzeczywistości. Na przemian jest wyciszona i niespokojna. Czuwam przy niej. Nie ma już ochoty wychodzić na spacer. Wychodzimy tylko tyle, ile to konieczne.

Czwartek 26 lutego 2009
Przyjeżdżają rodzice, by pożegnać się z Blue, sunia na ich widok bardzo się cieszy, nadstawia brzuszek i piszczy z radości. Gadamy o rzeczach neutralnych, choć to wcale łatwe nie jest. Później, gdy Oleńka wraca ze szkoły, idziemy na spacer. Blue obwąchuje dokładnie okolicę, zatrzymuje się w swoich ulubionych miejscach, długo patrzy zamyślona na łąkę pokrytą śniegiem, gdzie najczęściej biegała za frisbee. Żegna się ze światem. Wieczorem, gdy resztki jej karmy i smakołyków pakowałam dla właściciela kilku psów, Blue wykazuje nieoczekiwane zainteresowanie kostką dentystyczną, którą uwielbiała. Podaję jej kawałek, delikatnie liżąc i żując, zjada odrobinę, syci się smakiem ostatniego pokarmu w swoim życiu. Taki psi wiatyk na drogę. Nadchodzi nieubłaganie ten czas. Czas odejścia. Ostatni wieczorny spacer dookoła bloku, jest zimno, brodzimy obie, tonąc w grudach zmarzniętego śniegu, policzki pieką mnie od mrozu i łez, ostatnie pożegnanie swojego terenu. Blue jest już bardzo słaba, ale widok kota budzi w niej pierwotne instynkty. Rzuca się ostro w pogoń, ale wkrótce rezygnuje. Nie ma już sił, z trudem i niechętnie wdrapuje się po schodach na nasze 3 piętro. Ostatnia noc, długa, ciężka i prawie bezsenna. Zapadam w krótką drzemkę, budzi mnie jej przerażony nierówny oddech, następnych kilka godzin głaszczę ją i uspokajam, mimowolnie moczę jej futerko nieustannym strumieniem bezgłośnych łez. Przed świtem polizawszy mnie z wdzięczności po ręce (zawsze tak dziękowała) zwija się w kłębek i zapada w krótki sen.

Piątek 27 lutego 2009
To już dzisiaj. Poranne wyjście na spacer (obowiązek Oli przed szkołą), pożegnanie, rozpacz. Czekam na przyjazd Jurka, jest około 11.30, pijemy kawę, niewiele rozmawiamy, trzeba jechać, by niepotrzebnie nie przedłużać cierpienia wszystkich. Raz puszczonej w ruch machiny czasu, nie da się już zatrzymać. Nie unikniemy tego, co nieuchronne. W klinice na szczęście pusto, brak psich pacjentów w poczekalni. Blue pogodzona i spokojniutka, jak nigdy dotąd (zawsze w tym miejscu wtulała mi ze strachu głowę między kolana i udawała, że jej nie ma). Lekarka podaje jej „głupiego jasia”, mamy kilka ostatnich minut dla siebie, jeszcze przytomna krótko oszczekuje innego psa, jeszcze podaje mi obydwie łapki po kolei. Słabnie i jest coraz bardziej senna. Kładziemy ją na stoliku. Próbuje podnieść główkę, ale nie potrafi jej utrzymać. Oczy zachodzą mgłą. Oddala się. Przytulam się do niej całym ciałem, głaszczę po pyszczku. Lekarka niczym anioł śmierci przychodzi z wybawieniem w strzykawce. Gdy podaje jej narkozę (uśpienie to przedawkowanie narkozy), szeptem dziękuję Blue za to, że jest (że była), że dane nam było spędzić na tej ziemi jakiś czas ze sobą, pokochać bezgranicznie i z miłością żegnać. Westchnęła dwukrotnie ciężko i odeszła.

12.37.
Moja sunia najdroższa. Ja zostałam po tej stronie Tęczowego Mostu. Lekarka objęła mnie ze zrozumieniem, również nie kryjąc swoich łez. Nie bez emocji wykonała swoją ostatnią posługę . Blue umarła z godnością, miała dobrą śmierć – stwierdziła (dziękuję w tym miejscu Pani Doktor Gabrieli Czopik za opiekę i wsparcie, za to że zrobiła wszystko, co było w jej mocy). Wychodzę na drżących nogach, broniąc się przed naporem rzeczywistości ucieczką w emocjonalny niebyt. Niewiele do mnie w tym momencie dociera. Ciało Blue zostawiłam w klinice, pamięć i miłość do niej noszę w swoim poranionym sercu. Miewam lepsze i gorsze dni, a życie toczy się dalej, Oleńka prosi o następnego pieska, Jurek ogląda w internecie psiaki do adopcji ze schronisk, a ja póki co, nie jestem gotowa i chyba jeszcze długo nie będę. W początkach choroby Blue obejrzałam piękny film Doroty Kędzierzawskiej i Artura Reinharta: „Pora umierać”. Oprócz wspaniałej roli Danuty Szaflarskiej jest jeszcze druga nie mniej ważna rola, filmowej suni o imieniu Filadelfia (również border collie). Oglądając ten film, po raz pierwszy wtedy przyszło mi do głowy, że mogę wkrótce Blue stracić. Był to wyraz moich nieuświadomionych lęków i obaw, jakoś od początku miałam fatalne przeczucie, że to wszystko nie skończy się dobrze. Ale wtedy jeszcze nie przypuszczałam, że rozwój choroby nastąpi tak szybko. O wiele za szybko. Ale czy kiedykolwiek byłabym gotowa na jej odejście? Czy za kilka tygodni, miesięcy, lat cierpiałabym mniej? Nigdy się nie jest gotowym na śmierć bliskiej istoty, istoty, która przez ostatnie lata towarzyszyła mi bezustannie, wspierając samą swoją cichą codzienną obecnością i naturalną radością w najtrudniejszych chwilach mojego życia. Blue była przy mnie stale, bez względu na wszystko, a ja w rewanżu obiecałam, że zostanę z nią do końca, że będę jej towarzyszyć także w chwili jej ostatecznego odejścia (choć strasznie się tego bałam).

Dziękuję Ci Blue, Blueli, Blueni, Bluesieńko, Myszko. Bądź szczęśliwa w swoim niebie, wolna od cierpienia i strachu, nadal kochana miłością pozaziemską, wieczną i nieskończoną.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *