To nic nie kosztuje – nic, czyli psie życie

Sądzę, że to typowa dla naszego gatunku nadgorliwość, która nic nie kosztuje. Nic, czyli psie życie. Cóż jest warte w obliczu zagrożenia ludzkiego bytu? Też nic.

Smutno mi tym bardziej, że moje życie jest poświęcone psom i innym zwierzętom. Gdyby nie one, nie byłabym tą Dorotą Sumińską. Nie chcę i nie umiem sobie wyobrazić, że ktoś mógłby zabić moje zwierzęta. Musiałby zrobić to również ze mną. Większa część naszej populacji nie traktuje poważnie ani życia zwierząt, ani tych, którzy o nie walczą.

Skąd się wziął taki stan rzeczy? To proste – jak okiem sięgnąć sklepy zoologiczne z „żywymi zabawkami”, sklepy mięsne z różowymi mięśniami zwierząt, wystawy z futrami i targi ze swojską kiełbasą. Zwierzę jest rzeczą. Dopóki będzie je można zabić, niewolić, sprzedawać i kupować jak kilogram kartofli, musi być rzeczą. Nie pomogą apele prozwierzęcych organizacji i słowa dające im prawo do godnego życia. To tylko słowa, a biznes jest biznesem. Aby oczekiwać prawdziwej troski o życie zwierząt, trzeba by zmienić nie tylko konstytucję, ale co trudniejsze, a nawet niemożliwe, ludzki stosunek do zwierząt.

Tak naprawdę pies i kot niczym się nie różnią od cielaka, prosiaka lub konia, których życie warte jest tyle, ile można na nich zarobić. Nie dziwmy się więc, że z taką łatwością mijamy zwierzęce cierpienie i nie zatrzymujemy samochodu, gdy potrącimy kota. Między innymi dlatego nie podróżuję ze swoimi zwierzętami. Zawsze może się zdarzyć wypadek. Ja otrzymam pomoc, a one? Nawet jeśli ujdą z życiem, kto zatroszczy się o psa lub kota? Można liczyć jedynie na wyjątkowo dobrą wolę policjanta lub ratownika. Nie mają obowiązku zajmować się zwierzętami. Są już co prawda ekopatrole Straży Miejskiej, ale więcej niż nieliczne i nie ma co czekać, nie pojawią się na czas.

Odpowiedzialność za zwierzęta spoczywa wyłącznie na tych, którym została jeszcze resztka uczuć wyższych i przyzwoitości. Nie mają łatwo. Gdy znajdą potrącone dzikie zwierzę, służby leśne zaproponują „pomoc” w postaci myśliwego. W przypadku zwierząt domowych teoria mówi o odpowiedzialności gminy, w której doszło do wypadku, a praktyka radzi zabrać psa lub kota do najbliższej lecznicy weterynaryjnej, a potem do domu. Przynajmniej ja tak robię i nigdy się na sobie nie zawiodłam. W niektórych gminach są profesjonalne „pogotowia ratunkowe” dla zwierząt, ale to kropla w morzu potrzeb. Najczęściej po poszkodowane zwierzę przybywa hycel. Nawet jeśli jest przyzwoitym człowiekiem, może zaproponować psu jedynie schronisko.

Autor: Dorota Sumińska