Trawnikowe zagrożenie - Psy.pl - mamy nosa!

Trawnikowe zagrożenie

W tym roku zima długo nie chciała obnażyć trawników. Pokryte śniegiem wyglądały całkiem czysto. Aż tu nagle wiosna zdmuchnęła ostatnie śnieżne plamy i odsłoniła… Nie, wcale nie chcę pisać o tym, co pozostawiły psy, a tak naprawdę nie sprzątnęli ich opiekunowie. Tym razem będzie o nas, ludziach, wyrzucających niezliczone resztki jedzenia ubrane w foliowe torby.

Bo tak naprawdę to nie psie kupy, ale folia jest znakiem rozpoznawczym XXI wieku. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że kupa rozłoży się w tydzień, a folia przetrwa milion lat. Ma dużo czasu, aby nie tylko upstrzyć całą planetę, ale spowodować nagłe zagrożenie życia.

Leży otóż sobie na trawniku plastikowe opakowanie po parówkach. Leży i pachnie. Pies jest węchowcem i wyczuje je nawet z dużej odległości. Wie, że nie wolno, więc podąża sprytnie zakosami, tu trawka, tam drzewko i chaps. Spieszy się. Z trudem, ale połyka. Zanim dobiegniemy, folia ginie w psim żołądku. Przynajmniej w połowie takich wypadków kończy się to niedrożnością – zatkaniem jelita i operacją.

Jak uniknąć takiego scenariusza? Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to nie śmiecić. Nierealne, bo wiele innych głów nie działa. Opiekunowie psów śmieciarzy ratują się kagańcem. To znaczy, oni ratują się przed kłopotem, ale psy nie podzielają ich zadowolenia. Nie dziwię się, bo spacerowanie w dybach na twarzy nie należy do przyjemności. Mimo to jestem zdania, że często nie ma innego wyjścia.

Poza zaopatrzeniem psa w namordnik, koniecznie lekki, plastikowy z podwójnym dnem, sami musimy zacząć chodzić z torbą. Nie po to, by ją wyrzucić, ale po to, by zbierać to, co wyrzucili inni. Wiem, że Polak jest zbyt dumny, by po innych sprzątać. Nie da zrobić z siebie śmieciarza. Zapomniał tylko, że już nim jest, bo śmieci nie przyleciały do nas z Honolulu. Są swojskie, nasze, narodowe.

Wiadomo, jak wielu jest wrogów zwierząt. Przeszkadza im nie tylko psia kupa. Sama obecność psa w „ich” kamienicy zakłóca im sen. Na szczęście nas, psiarzy, też nie brakuje. Myślę, że gdyby wszyscy, którzy przeczytają ten tekst, zaczęli sprzątać nie tylko odchody swoich podopiecznych, ale i foliowe torby, zmieniłby się wizerunek i miast, i samego Polaka.  Poza tym zamknęlibyśmy usta wrogom psów, a zagrożenie zdrowia naszych przyjaciół znacznie by zmalało. To takie proste, ale mam powody wątpić, czy realne.

Mieszkam na wsi i co prawda nie chodzę z psami do lasu, ale zawsze z torbą na śmieci. Wcale się nie wstydzę defilować z torbą pełną butelek i folii. Tak samo, jak nie wstydzę się codziennej wędrówki w poszukiwaniu kup moich dziewięciu psów. Mam duży ogród i muszę się nachodzić, ale nie wyobrażam go sobie bez tego obowiązku. To znaczy mogę, bo gdy spojrzę na miejskie trawniki, spieszno mi do „gównianego” zbieractwa. Jestem w o tyle lepszej sytuacji, że nikt nie wrzuca mi do ogrodu foliowych toreb.

Gdy mieszkałam w Warszawie, miałam pięć psów. Zanim pozwoliłam im na swobodne penetrowanie trawników, robiłam rekonesans i zabierałam plastikowe zagrożenia. Mimo to zdarzały się wpadki. Jamniczka Dunia kilka razy skonsumowała reklamówkę. Na szczęście nie skończyła na stole operacyjnym.

Jeśli dojdzie do pożarcia folii, trzeba jak najszybciej odwiedzić gabinet weterynaryjny i spowodować wymioty, albo nakarmić psa dużą ilością makaronu lub purée ziemniaczanego. Potem czekać, aż wypełniacz przepchnie niechciany ładunek. Życzę wszystkim Czytelnikom, aby ich psy ominęło takie doświadczenie, ale pamiętajcie, że to Wy możecie zminimalizować zagrożenie.

Autor: Dorota Sumińska
Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Przeczytaj także

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *