Ty psie - Psy.pl

Ty psie

Zawsze mam nadzieję, że nowy rok przyniesie nawet malutką zmianę psiego losu na lepszy. Że znajdę na świecie choć jedno miejsce, gdzie „ty psie” zabrzmi dumnie. Dlaczego człowiek za żadne skarby nie chce być nazwany psem? Przecież pies jest naszym najlepszym przyjacielem.

Ja się czuję dużo bardziej psem niż człowiekiem, a mimo to nie oczekuję, że ktoś nazwie mnie suką. To pejoratywne znaczenie psiego imienia weszło nam w krew tak trwale, że nawet najwięksi wielbiciele psów ograniczają się do „pieseczku”.

Choć słowa są mniej ważne niż czyny, to nie można odmówić im wpływu na rzeczywistość. I może dlatego samo słowo „pies” zmniejsza wagę problemu. No bo jeśli coś jest złe, to „pod psem” i „pies z kulawą nogą” tam nie zajrzy. Poza tym „nie dla psa kiełbasa”, a jak panowie ganiają za spódniczkami, to „psy na kobiety”. Te z kolei za niewierność zostają „sukami”. Bez nalegania przyjęliśmy rusycyzm i „obsobaczamy” leniwego pracownika, bo mu się należy „jak psu zupa”.

A pies? Chłepce kartoflankę i marzy o czymś na ząb. To nieprawda, że nie może jeść kartofli. Gdyby nie mógł, umarłyby wszystkie łańcuchowe Burki, bo dostają to, co świnie – parowane ziemniaki. Czasem złapią żabę, czasem ktoś rzuci kość. Myślę, że na tamtym świecie to my trafimy na ich miejsce. Należy się nam. Ktoś zawoła: – Ale nie wszystkim! Ja nie trzymam psa na łańcuchu!

To prawda, nie wszyscy powinniśmy skończyć jako człowiek łańcuchowy, ale wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za psi los. Możemy go zmienić już dziś. Na wyspie Koh Kut nie ma schroniska dla bezdomnych zwierząt i psich łańcuchów. A psów tam dostatek. Chodzą sobie, gdzie chcą, i nikt ich nie odgania.

Objeżdżaliśmy wyspę motorem. Zatrzymaliśmy się przed wiejskim sklepikiem. Stał przy drodze, na skraju małej wioski. Upał prawie czterdzieści stopni i trzeba było uzupełnić braki wody w organizmie. Siedliśmy na ziemi i przyssaliśmy się do butelek. Rozgrzany czas upływał leniwie, a my podziwialiśmy zieloność okolicy. Właściciel sklepu rozmawiał z jakimś klientem. Częstowali się papierosami i skinieniami głowy. Lubię patrzeć na azjatyckie pogawędki. Nic nie rozumiem, ale widzę, ile w nich taktu i nieudawanej uprzejmości.

Aż tu nagle obaj panowie odwracają głowy w stronę wioski. Zrobiłam to samo i moim oczom ukazały się dwa psy. Szły wolniutko. Jeden stary, utykał trochę, drugi młodziak starał się nie pospieszać towarzysza. Właściciel sklepu wszedł do środka. Za chwilę pojawił się ponownie i nie trzymał w dłoni kija, ale miskę z wodą i paczkę herbatników. Poczęstował psy i wrócił do rozmowy. Psy napiły się i spokojnie chrupały ciasteczka. Patrzyłam, jak urzeczona. Przed odjazdem zapytałam „karmiciela”, czy to jego psy. Odpowiedział: – Nie tylko moje, to nasze, wioskowe.

Widziałam wiele azjatyckich wiosek. Wszędzie tam, gdzie ludzie wyznają buddyzm, nie ma łańcuchów ani psich nędzarzy. Tam rzeczywiście pies jest traktowany jak przyjaciel, a nie więzień. Nie twierdzę, że buddyści są kryształowi. Są ludźmi ze wszystkimi ludzkimi przywarami, ale od najmłodszych lat uczy się ich szacunku dla każdego życia. Może warto abyśmy my – chrześcijanie – wzięli z nich przykład. Czasem żałuję, że nie urodziłam się na wyspie Koh Kut. Jestem pewna, że tam „ty psie” brzmi zupełnie inaczej niż w Polsce.

Autor: Dorota Sumińska
Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *