Wataha ze wsi - Psy.pl

Wataha ze wsi

- Gdy Klusce założy się obrożę, to jej łapy w ogóle nie chodzą. Maks gdy zobaczył autobus zrobił z wrażenia pod siebie. Tylko Sonia to panienka z miasta - opowiada o swoim stadku Justyna Pochanke, prowadząca "Fakty" w telewizji TVN

Pierwsza wybiega czarna, kosmata suka z życzliwym błyskiem w oczach. Bez żadnych oporów, ochoczo wtyka łeb w uchylone drzwi samochodu i nadstawia go do głaskania. Rozglądamy się niepewnie, czy dobrze trafiliśmy – miały być przecież trzy psy… Jednak już po chwili pojawia się przed nami biszkoptowa labradorka. Nieco bardziej ostrożna od czarnuli, podchodzi blisko, ale na widok wyciągniętej dłoni lekko się cofa. Najmniej ufny okazuje się piękny owczarek. Trzyma się na duży dystans i szczekaniem informuje swoją panią o obecności intruzów.

Nóż wysmarowany nutellą
– Najpierw coś pani pokażę – Justyna Pochanke wita nas tajemniczo i prowadzi na piętro. Otwiera drzwi dziecięcej sypialni i podchodzi do wózka dla lalek. A w nim – niespodzianka: dwa zaspane kocięta ziewając pokazują różowe języczki. – To nasi najmłodsi domownicy, dwie siostry: Lula (bo ciągle śpi) i Zoja, zwana Zołzą. Imiona mówią same za siebie, bo mają całkowicie różne charaktery – śmieje się pani Justyna.

Skąd u psiarzy koty, i to od razu dwa? – Gdy myszy na oczach naszych gości przeciągnęły po stole nóż wysmarowany nutellą, powiedziałam: dość! Odkąd są koty, mimo że przecież jeszcze nie polują, żadna mysz nie odważyła się wejść za próg.

Głód psa
– Mężczyzna, który by powiedział: albo ja, albo pies, nie byłby mężczyzną mojego życia – mówi z uśmiechem, ale całkiem poważnie pani Justyna. – My połączyliśmy stado.

Ona do rodzinnego zwierzyńca wniosła w posagu labradorkę Sonię, a jej mąż – owczarka niemieckiego Maksa i znalezioną jako szczenię „wielorasową” Kluchę.

– Moja córka Zuzia marzyła o piesku, którego mogłaby nosić na rękach i spać z nim w łóżku. No i miała pecha, bo gdy kupiłyśmy Sonię, pies ważył już 10 kilo, a nad łóżko cenił sobie chłodną podłogę… Nie miałam wtedy czasu ani warunków na zwierzę, ale miałam za to taki głód psa, że regularnie chodziłam oglądać szczeniaki. Pewnego dnia wypatrzyłyśmy jednak z Zuzią potężnego, smutnego psa. Było mi go żal, a Zuzia prawie od razu zaczęła o nim mówić „mój”. Wahałam się jednak, jak taki olbrzym poradzi sobie w naszym niewielkim mieszkaniu. Z opresji wybawił nas mój kolega, który kupił go „za nas”. A my kupiłyśmy Sonię.

Sonia do mieszkania przystosowała się… po swojemu – po swojemu zaczęła je urządzać. Pani Justyna do dziś pamięta, jakiego doznała szoku, gdy weszła do przedpokoju usłanego szczątkami kupionej na raty i jeszcze nie spłaconej kanapy…

I chociaż po ciężkiej chorobie i długiej walce – na szczęście zwycięskiej – o odzyskanie władzy w tylnych łapach Sonia podobno trochę spoważniała, nadal sprawia wrażenie psa, który – jak mówi pani Justyna – cieszy się całe życie.

Narzeczona brata
Zuzia od małego nie bała się psów. – Wolałam taki wariant, niż gdyby miała się psów bać – podkreśla pani Justyna. – A teraz można boki zrywać patrząc, jak moje dziecko rządzi psami. Woła je i idą, cielęciny, za nią.

Orłami – nauki – psy jednak nie są. Maks wychodzi przy sukach na kujona, bo zaliczył pierwszy stopień posłuszeństwa.

– Największe sukcesy szkoleniowe z Sonią odnosił mój brat. Nazywałam go jej narzeczonym, bo gdy przychodził czasem zaopiekować się Zuzią i położył ją już spać, zamawiał pizzę i piwo, a Sonia siadała przy nim i towarzyszyła mu do ostatniego kawałka tej pizzy. Wszystkiego była gotowa się wtedy uczyć. No i się nauczyła – podawać łapę. Obie na raz…. Podaje – i wywraca się.

Najlepiej wychodzi całej trójce przychodzenie na zawołanie – i to niezależnie od tego, które z nich jest wołane. – One wszystkie mają na imię „Chodź”.

Maks Oponiarz
– Człowiek, który nie lubi zwierząt, jest dla mnie… dziwny – mówi pani Justyna. – Dziwnie się też uśmiecham, gdy ktoś mówi, że nie może trzymać psów, bo ma wypielęgnowany ogród. My możemy mieć tylko iglaki, które zresztą też są dokładnie okopane.

Sonia świetnie przystosowała się do nowego trybu życia, jak mawia pani Justyna – psa wiejskiego. Żadne ze zwierząt nie sypia jednak na dworze. – W dzień wszystko jest w porządku. Ale jak tylko ściemni się, od razu cały rząd mord ustawia się pod balkonowymi drzwiami: Jestem bezdomny, wpuść mnie! Widać wtedy w ich oczach lęk, że już na zawsze zostaną na zewnątrz…

Ten rodzaju lęku powinna znać najlepiej przygarnięta z ulicy Klucha. Ale – paradoksalnie – bardziej doskwiera on chyba Maksowi, „psu pana”, i objawia się w bardzo uciążliwy sposób. – Maks przegryza opony wyjeżdżających z naszej posesji samochodów. To chyba pozostałość po okresie, gdy remontowaliśmy dom i nie mieszkaliśmy tu przez jakiś czas. Wprawdzie psy zostały pod opieką osoby, którą znały, ale Maks najwyraźniej nam tego nie wybaczył. Widocznie poczuł się wtedy opuszczony…

Czy tyle zwierząt nie jest balastem dla tak zajętej osoby?

– Wręcz przeciwnie. Zwierzęta odstresowują. Są naturalnym lekarstwem dla duszy. Czasami po prostu siedzę i patrzę na nie.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *