Wiktor Zborowski - Psy.pl

Wiktor Zborowski

Pragnienie, by mieć czworonoga, towarzyszyło mi w latach szczenięcych - jak zapewne większości dzieci. Jednak najpierw nie zgadzali się na to rodzice, a potem - kiedy mieszkałem już ze swoją rodziną w centrum Warszawy - zabrakło porozumienia domowego. Jestem zdania, że pies jest pełnoprawnym członkiem rodziny i jego pojawienie się wymaga całkowitej jednomyślności.

Pragnienie, by mieć czworonoga, towarzyszyło mi w latach szczenięcych – jak zapewne większości dzieci. Jednak najpierw nie zgadzali się na to rodzice, a potem – kiedy mieszkałem już ze swoją rodziną w centrum Warszawy – zabrakło porozumienia domowego. Jestem zdania, że pies jest pełnoprawnym członkiem rodziny i jego pojawienie się wymaga całkowitej jednomyślności.
Jednak to, o czym trudno zadecydować na chłodno, dzieje się często samo, przypadkiem. Piętnaście lat temu pojechałem z rodziną na Mazury. Pewnego dnia w okolicy pojawiła się zabiedzona i zapchlona suczka. Na szyi miała strzępy sznurka, z którego zapewne się zerwała. Moja młodsza córka Zosia zaczęła ją dokarmiać, a potem wspólnie doprowadziliśmy do ładu jej zabrudzone futerko.
Musiałem wyjechać na tydzień na plan zdjęciowy, a w tym czasie suczka urodziła dwa szczeniaki, które ukryła w trzcinach nad jeziorem. I widać było, że to nie wszystko…
Poprosiliśmy o pomoc weterynarza, który stwierdził, że konieczna jest operacja. Podczas zabiegu wyjął z brzucha suczki siedem, niestety martwych, szczeniąt. Po tych przeżyciach podjęliśmy wspólną decyzję, że zabieramy ją do warszawskiego domu. Dwa szczeniaczki umieściliśmy u znajomych na Mazurach.
Podróż okazała się trudna mimo podania suczce leku przeciwwymiotnego. Gdy już znaleźliśmy się w domu, rozpętała się rodzinna dyskusja, jak naszą nową towarzyszkę nazwać. Mnie wydawało się zabawne, żeby wabiła się Stolarz, ale moje córki Zosia i Hania oprotestowały ten pomysł. Zaczęliśmy wołać na nią zwyczajnie: Sunia – i tak już zostało, choć reagowała też na zawołanie Gołąb czy Tralales.
Przygody w nowym miejscu zaczęły się od zderzenia z lustrem wbudowanym w szafę. Później Sunia powoli przyzwyczajała się do życia w mieście. Nauczyła się na przykład siadać przed pasami i nie przechodzić sama przez jezdnię. Zabawy z rzucaniem patyka pokazały, że przeżycia z wcześniejszego okresu mocno się w niej utrwaliły – każde podniesienie go powodowało, że się kuliła ze strachu. Potem biegała za nim, ale na wszelki wypadek nie przynosiła go z powrotem.
Gdy przeprowadziliśmy się do domu pod Warszawą, Sunia dostała do dyspozycji ogród, a między kuchnią i salonem znalazła sobie punkt obserwacyjny. Blisko stąd było do miejsca, w którym mogła liczyć na poczęstowanie ulubioną polędwicą albo francuskim serem, co niewątpliwie miało wpływ na zaokrąglenie jej kształtów.
Lata mijały, aż tu kiedyś starsza córka Hania przyprowadziła kolejną suczkę – tym razem błąkającą się po ulicach Konstancina. Otrzymała imię Szyszka i zaczęła się socjalizować w towarzystwie naszej staruszki. Zaprzyjaźniły się bardzo, a obecność młodego psiaka sprawiła, że i w Sunię wstąpił nowy duch. Miała około 17 lat, gdy odeszła, a ja będę za nią już zawsze tęsknił, bo to był przecudowny pies.
Szyszka została sama, ale po jakimś czasie moje córki udały się do schroniska na Paluchu, by zabrać stamtąd bezdomnego zwierzaka, który miał znaleźć czułą opiekę u ich mieszkającej na sąsiedniej posesji babci. Zdecydowały się na szczeniaczka, który z całego podrzuconego do schroniska miotu był najżywszy i najbardziej ciekawy świata. Ziutek szybko zadomowił się jednak u nas zamiast u mojej mamy – chodziło zapewne o towarzystwo Szyszki, którą uznał za swoją matkę.
Początkowo poczynił duże szkody w kapciach i butach, a potem zajął się też wcale przez nas nieplanowanymi wykopkami w ogrodzie. Absorbuje nas dużo bardziej niż Szyszka. Każe sobie rzucać piłkę i jak dotąd nigdy nie udało mi się go zmęczyć. Śmiało poczyna sobie też w sypialni – chętnie wskakuje na nasze łóżko, śpi na nim, a nawet się rozpycha. Bywa też jednak, że przynajmniej zewnętrznie prezentuje się jak dżentelmen – od znajomych z Los Angeles dostał bowiem krawat, który zakłada do wywiadów i w Wigilię.
Nasze potrójne przygarnięte kudłate szczęście dowodzi, że warto to robić. Takiej miłości nie dostaniemy nigdzie indziej.

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *