Wiosenne przesilenie Reksia - Psy.pl - mamy nosa!

Wiosenne przesilenie Reksia

O wiosennym przemęczeniu, senności i osłabieniu napisano już chyba wszystko. To dyżurny temat wszystkich periodyków, które zawsze o tej samej porze roku wałkują kwestię trudności z koncentracją, rozdrażnienia i ogólnego rozbicia. Nigdy dotąd nie pomyślałam, że problem wiosennego przesilenia dotyka też zwierzęta – jak by nie patrzeć posiadające większe zdolności adaptacyjne niż ludzie.

Badanie przeprowadziłam na moim Reksiu. Kundelek to jakich wiele, dla mnie rzecz jasna jedyny w swoim rodzaju. Imię przyjął po swoim dalekim krewnym, urodzonym w studiu filmowym w Bielsku-Białej. Mój pies nigdy wcześniej nie cierpiał z powodu zmian pór roku, wiosna zwykle napawała go entuzjazmem i ogromną energią. Historia ta jest choć ciekawa, może wydać się nawet niewiarygodna, ma w sobie również wątek dramatyczny. Rozpoczyna się od tego, że Reksio zaginął…

Mój pies chadza własnymi ścieżkami. Znany jest sąsiadom doskonale. Bywa przez nich dokarmiany, mało kto skąpi mu też pieszczot. Nocuje zwykle w swojej budzie, zimą na tarasie. Nigdy nie opuszcza pory karmienia. Musiałby nastąpić chyba koniec świata, żeby Reksio nie zgłosił się na kolację. Zdarza się, że przychodzi nawet z ukradzioną innemu psu miską… Ale o grzechach Reksia zaraz.

Niedawno do mojego ogrodu nieśmiało zapukała wiosna. Nie zdążyła jeszcze na dobre rozpakować swojego kuferka podróżnego, gdy Reksio rozpłynął się w powietrzu. Sądziłam, że zgodnie ze swoim starym zwyczajem zaczął chodzić na randki. Byłam przekonana, że niedługo wróci. Niestety, pies nie pojawił się przez cały weekend, nie widziałam go też przez pierwsze dni kolejnego tygodnia. Zaczęłam się trochę niepokoić. Nigdy wcześniej nie zdarzały mu się takie długie wypady. Żaden z sąsiadów mojego pupila też nie widział. Miałam zamiar jechać już do schroniska, gdy nastąpił niespodziewany zwrot akcji.

Któregoś dnia otworzyłam drzwi prowadzące na oszklony taras i kątem oka zobaczyłam leżącego w kącie Reksia. Przeraziłam się nie na żarty. Nie miałam pojęcia, jakim sposobem dostał się do tego pomieszczenia, często nazywanego przez domowników „szklarnią”. W dodatku byłam już przekonana, że mój ukochany zwierzak zdechł. Reksio leżał już bez ruchu. To nie do pomyślenia, że pies zamknięty przez wiele dni nie drapał w drzwi, nie piszczał i nie szczekał. Przecież taras sąsiaduje z salonem, w którym często przesiaduje rodzina i znajomi. Gdy wbiegłam do „szklarni”, Reksio jak gdyby nigdy nic podniósł głowę, wstał, podbiegł do mnie i rozpoczął swoje standardowe powitanie połączone ze skomleniem. Bynajmniej nie wykazywał oznak cierpienia, złego samopoczucia. Był szczęśliwy i wypoczęty. Wyglądał tak, jakby mnie nie widział zaledwie kilka godzin.

Kto by się spodziewał? Natychmiast pobiegłam po wodę i coś do jedzenia. Pies w ogóle nie miał zamiaru gasić pragnienia, ale mięska nie odmówił. Potem dość niechętnie wyszedł na podwórko. Wróciłam na taras, by przeprowadzić śledztwo. Historia z Reksiem nie dawała mi spokoju.

Odkryłam, że pies musiał wejść na taras za mną kilka dni temu, gdy przechodziłam tamtędy do budynku gospodarczego. To już moja interpretacja, ale chyba ukrył się pod meblami, żebym go przypadkiem stamtąd nie zabrała. Przez te kilka dni zdążył wygrzać się porządnie na tarasie. Najadł się do syta orzechów włoskich z koszyka. Bo właśnie – zapomniałam wspomnieć, że mój pies uwielbia orzechy włoskie. Ma swój sposób na wygryzanie smakołyków z łupinek.

Sama nie wiem, co o tym myśleć. Pies miał widać dość wiosennego przesilenia, bo w trakcie swojej tarasowej kuracji nawet nie szczeknął. Mój Reksio potrzebował urlopu…
 

Chcesz dać głos i ocenić?
Dołącz do naszego stada – zarejestruj się!
Ocena użytkowników

Dodaj komentarz

Zaloguj się do swojego konta lub skomentuj anonimowo. Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *