Motyl na śniegu – wywiad z Anną Samusionek


Poranne bieganie, jazda na rowerze i chrupanie surowej marchewki to wspólne, ulubione zajęcia aktorki Anny Samusionek i jej papillonki Lilly.

Chociaż nie wierzę w przeznaczenie, to jednak trudno uznać za przypadek, że jeden z pierwszych spektakli, w których zagrałam, miał tytuł „Szał łowienia motyli” (według Brunona Schulza), a dziś jestem opiekunką papillonki Lilly. „Papillon” wszak znaczy po francusku „motyl”. Psy tej rasy mają duże, stojące uszy porośnięte długim włosem. Zarys ich głowy przypomina sylwetkę motyla.

Pewnego dnia moja córeczka Angelika zabrała mnie w odwiedziny do swojego kolegi Szymona. Przywitał nas tam uroczy szczeniak przypominający białą kulkę. To była Mia, spaniel kontynentalny miniaturowy papillon. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej rasie, ale podobnie jak Angelika od razu uległam jej urokowi.

Po stracie ukochanej świnki morskiej Funi i chomika nie byłam jeszcze gotowa na przyjęcie nowego czworonożnego domownika. Ale Angelika od czasu do czasu wierciła mi dziurę w brzuchu. Dlatego tuż przed moimi czterdziestymi urodzinami postanowiłam spełnić jej marzenie. Tym bardziej, że kiedyś już rzuciłam hasło „pies” i głupio mi było się z tego wycofać. Dzięki pomocy znajomego, który ma rękę do znajdowania fajnych psów, już wkrótce w drodze powrotnej z gali festiwalowej w Gdyni zahaczyłam o Grudziądz, gdzie znajdowała się hodowla papillonów. Bez wahania wybrałam najmniejszą, ale jednocześnie najbardziej rozbrykaną suczkę. Okazało się, że z całego miotu to ona pierwsza wskoczyła na wysokie łóżko. Ponadto to ona rozstawiała rodzeństwo po kątach i to ona potrafiła rozwiązywać kokardki yorkom, z którymi mieszkała. Miała więc charakter, była szybka, zwinna i jednocześnie przemiła. Takiego psa chciałam. A przy okazji wyszło na jaw, że Mia pochodzi z tego samego miotu co Lilly i teraz siostry mieszkają blisko siebie i mogą się razem bawić.

Socjalizacja na planie

Filmowe imię Lilly dla naszej suczki wybrała Angelika zainspirowana amerykańskim sitcomem dla młodzieży „Hannah Montana”, w którym Lilly jest przyjaciółką tytułowej bohaterki. Szybko też nasza Lilly została stałą bywalczynią planów filmowych. Miałam wtedy bardzo dużo pracy i nie chciałam zostawiać szczeniaka na wiele godzin samego w domu. Miało to swoje dobre i złe strony. Dobre było to, że Lilly przeszła socjalizację, jakiej niejeden szczeniak mógłby jej pozazdrościć. Przebywała w różnych miejscach, z wieloma osobami i dzięki temu jest wyjątkowo towarzyska, ale przede wszystkim nie boi się prawie niczego, a to często bywa problemem u tych małych piesków. Z drugiej strony nie było jednak mowy o ustabilizowanym życiu, w którym powinien się znaleźć czas na naukę czystości. Zdarza jej się więc sporadycznie zostawić małą kałużę na podłodze. Trudno, przy moim trybie pracy musiałam dokonać wyboru. Posprzątanie to nie problem, a przynajmniej mam szczęśliwego psa.

Stolikowy schowek

Lilly jest psem, po którym widać, że myśli. I nie dziwię się, że papillony zajmują wysoką, ósmą pozycję w rankingu inteligencji użytkowej. O słuszności tej opinii przekonałam się, kiedy sama zaczęłam uczyć ją posłuszeństwa. Pomocny okazał się internet, ale także ciekawy film na Animal Planet. Co prawda pokazano w nim, jak uczyć psa za pomocą klikera sztuki malowania, ale ostatecznie liczyła się zasada. Zaopatrzyłam się więc w kliker i ku mojej radości w dwa dni Lilly reagowała na komendy „siad” oraz „przynieś-daj”. Podarowałam sobie słowo „aport”, bo śmiesznie brzmiało w odniesieniu do tej pchełki. Teraz na spacerze w lesie nie musimy już stosować kombinacji alpejskich, żeby ją złapać i zapiąć na smycz. Wystarczy, że pokażę ręką „siad”, i Lilly już grzecznie czeka.

Zadziwiła mnie też swoim sprytem. W jednym z hoteli musiała się zmierzyć ze zbytnią natarczywością zakochanej w niej suczki owczarka niemieckiego. Cały czas chciała się bawić z Lilly, a ta, choć nie czuje respektu przed dużymi, ale przyjaznymi psami, w pewnym momencie miała już dosyć jej towarzystwa. Schowała się więc pod stolik, wokół którego stały krzesła, i spokojnie sobie odpoczywała, podczas gdy jej wielbicielka bezradnie chodziła dookoła.

Zapalona ogrodniczka

Mimo typowej dla papillonów nadpobudliwości Lilly jest posłuszna. Choć wypuszczona do ogrodu potrafi zawsze znaleźć jakąś dziurę w płocie, żeby przejść do sąsiadów, to jeśli w porę zauważę jej zakusy i z tarasu zawołam „nie”, bez żalu rezygnuje z zaplanowanej eskapady.

Niestety ogród to jej żywioł. W tym roku nie miałam ani jednego tulipana, ponieważ ogrodniczka Lilly wykopała wszystkie cebulki. Odgryzione przynosiła na wycieraczkę jak trofeum myśliwskie. Jej instynkty myśliwskie są tak silne, że jeśli tylko zobaczy mały prześwit w trawie, od razu zaczyna kopać, a dziury, które pozostają po jej zaciętej pracy, są tak duże, że bez problemu mogłaby cała w nich się schować. Przednią część ogrodu musiałam więc oddać Lilly. Zamiast tulipanów posadzę jakieś krzewy, mając nadzieję, że Lilly nie da rady ich wykopać.

Duży pies w małym ciele

Jej małe łapki to nie tylko doskonałe łopatki. Są też zadziwiająco wytrzymałe, kiedy razem biegamy. Codziennie pokonujemy kilkukilometrową trasę i Lilly nigdy nie jest zmęczona, nie mówiąc już o tym, że zawsze biegnie na czele peletonu. Podobnie się zachowuje, kiedy zabieram ją na wycieczkę rowerową. Okazało się, że ten delikatny piesek o niewielkich gabarytach jest idealnym partnerem do zajęć terenowych.

Lilly jest też mistrzynią skoczności, szczególnie kiedy poluje na muchy. Potrafi wtedy skoczyć na wysokość parapetu okiennego z taką lekkością, jakby nie wkładała w to żadnego wysiłku. Jej ulubioną zabawą jest łapanie wszystkiego małego, co się rusza. Tak więc żuczki, pająki i muchy, których mamy pod dostatkiem, są zdecydowanie fajniejsze niż wyszukane psie zabawki.

Czasami odzywa się w niej krew szpica. Jest bardzo czujnym stróżem i kiedy tylko ktoś się zbliża do bramy, od razu szczekaniem daje mi sygnał. To duża wygoda, bo Lilly z powodzeniem zastępuje dzwonek.

Śniegowa panienka

Przed pierwszą w życiu Lilly zimą miałam ambicję wydziergać dla niej na drutach sweterek, żeby nie marzła. Nie dane mi było jednak popisać się swoimi umiejętnościami. Ten motylek w ogóle nie boi się ani mrozu, ani śniegu. Przeciwnie, zabawa na śniegu tak ją pochłania, że zapomina o całym świecie. Nawet kiedyś łapka skaleczona przez ostry lód, który dostał się między opuszki, nie skłoniła jej do powrotu do ciepłego domu. No, chyba że usłyszy dźwięk skrobania marchewki. Dla tego ulubionego przysmaku jest skłonna zrezygnować nawet z baraszkowania w zaspach. Jestem wegetarianką, więc bardzo mnie cieszy, że Lilly, tak jak ja, woli marchewkę od mięsa.

Anna Samusionek, aktorka teatralna i filmowa, znana z seriali „Plebania” i „Na Wspólnej”, a także z „Linii życia” oraz „Czasu honoru” 

Autor: Paulina Król